Dominika Szczotka, Iga Świątek i Maja Chwalińska urodziły się w 2001 roku, a jako juniorki regularnie ścigały się w krajowych turniejach. Dziś dzieli je ogromna przepaść. Świątek jest wielokrotną mistrzynią wielkoszlemową, Szczotka kilka lat temu zakończyła karierę tenisową i pracuje obecnie jako lekarz. W rozmowie wróciła jednak do czasów, gdy wszystkie trzy walczyły o punkty na polskich kortach, a hierarchia była jasna. „Iga pierwsza, Maja druga” – tak podsumowała ówczesny układ sił.
Szczotka nie kryje, że Świątek już w wieku kilkunastu lat traktowała tenis zupełnie inaczej niż rówieśniczki. Inne zawodniczki między meczami zabijały czas, grając w piłkę. Iga trzymała się od tego z daleka. Po skończonym meczu wracała do hotelu albo szła na kolejny trening – o integracji z resztą ekipy nie było mowy. „To była w pełni profesjonalna zawodniczka, w ogóle się z nami nie bawiła. Między meczami graliśmy w piłkę, a Iga z naszą ekipą nigdy nie spędzała czasu. Po meczu do domu, do hotelu, na trening, na siłownię. Ona już wtedy chodziła na siłownię, a ja jeszcze nie wiedziałam, co to jest siłownia. Było to bardzo profesjonalne. Maja też była, ale bardziej się bratała z nami, z tymi słabszymi” – wspomina Szczotka. Jako 12-latka Świątek regularnie trenowała na siłowni, co w tamtym środowisku było rzadkością.
Chwalińska, jak wynika z tej relacji, miała zupełnie inny charakter – była bardziej otwarta i częściej spędzała czas z pozostałymi zawodniczkami. Mimo to Szczotka przyznaje, że na korcie woleała grać właśnie ze Świątek niż z Chwalińską. Powód był prosty: styl gry Igi, mimo agresji i częstych błędów przy próbach szybkiego kończenia wymian, dawał się czytać. Z Chwalińską sprawa wyglądała zupełnie inaczej.
Mecz, który Szczotka pamięta do dziś
Najbardziej wyrazistym wspomnieniem Szczotki jest pojedynek ze Świątek podczas mistrzostw Polski, w którym prowadziła 3:1. Przy tym stanie sędzia liniowa wywołała – jej zdaniem błędnie – aut. Ta decyzja odwróciła losy meczu: ostatecznie Szczotka przegrała 2:6, 3:6. Z Chwalińską też nie miała łatwo. W pierwszym bezpośrednim spotkaniu w Kielcach oddała jej set do zera dwukrotnie, kończąc mecz wynikiem 0:6, 0:6. Jej treningami zajmował się wtedy własny ojciec, który był jednocześnie jej trenerem.
Zdaniem Szczotki Chwalińska praktycznie nie zmieniła stylu gry od juniorskich lat. „Maja grała wtedy tak, jak gra teraz” – stwierdziła. Leworęczność Chwalińskiej była kluczem do jej skuteczności już jako 11-latki – wtedy stosowała slajsy, skróty i różnorodne rotacje, które skutecznie dezorientowały rywalki. Według Szczotki tylko Świątek umiała sobie z tym radzić, przeciwstawiając sile uderzeń Chwalińskiej własną siłę. Pozostałe zawodniczki kończyły te konfrontacje zupełnie inaczej. „Po prostu łamało się rakiety” – tak opisała frustrację rywalek grających z Chwalińską.
Dziś Szczotka nie ma już kontaktu ani ze Świątek, ani z Chwalińską. Śledzi jednak ich kariery z dystansu, zwłaszcza losy Chwalińskiej, która zmagała się z depresją i na pewien czas zniknęła z kortów. Jak podkreśla, kibicowała jej właśnie w tym najtrudniejszym okresie.