„Iwo Baraniewski stoczył czwarty pojedynek w organizacji UFC” – tak najprościej można opisać kolejny rozdział kariery Polaka. Tym razem jednak historia potoczyła się inaczej niż w trzech poprzednich odsłonach. Baraniewski wystąpił na gali UFC 331 w Los Angeles, rozegranej 19 września. Naprzeciw niego stanął Alonzo Menifield, a starcie – wbrew dotychczasowym przyzwyczajeniom kibiców Polaka – rozciągnęło się na wszystkie trzy rundy. Po ich zakończeniu sędziowie nie byli jednomyślni, ale ostatecznie zwycięstwo przypadło Amerykaninowi.
Przy okazji gali Kalifornijska Komisja Sportowa opublikowała listę oficjalnych zarobków zawodników walczących tego wieczoru. Wynika z niej, że Iwo Baraniewski za swoją walkę zainkasował 50 tysięcy dolarów. To jednak tylko kwota podstawowa – komisje sportowe ujawniają wyłącznie bazowe wypłaty za walki, bez dodatkowych bonusów, które przyznaje sama organizacja.
Bez premii, ale i bez wcześniejszych porażek
Tym razem Polak nie może już liczyć na dopłatę za efektowne starcie, czyli nagrodę Performance of the Night. Zgarniał ją po każdym z trzech poprzednich pojedynków w UFC. To realna strata w portfelu – bonus ten wynosi od tego roku aż 100 tysięcy dolarów, czyli dwa razy więcej niż podstawowa wypłata za samą walkę.
Powód jest prosty. Starcie z Menifieldem okazało się pierwszą porażką Iwo Baraniewskiego w całej karierze MMA. Polak rywalizuje zawodowo od 2023 roku i aż do tego pojedynku pozostawał niepokonany. To był też pierwszy pojedynek w jego karierze, który powędrował na pełny dystans trzech rund – wcześniej Baraniewski załatwiał sprawę znacznie szybciej.
Statystyki mówią same za siebie. Przed starciem z Amerykaninem Polak stoczył osiem pojedynków i każdy z nich wygrał już w pierwszej rundzie. Siedem razy kończył rywalizację nokautem, dwukrotnie zmuszał przeciwnika do poddania. Gala UFC 331 w Los Angeles przerwała więc nie tylko serię zwycięstw, ale i serię błyskawicznych rozstrzygnięć, które uczyniły z niego jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego MMA za oceanem.