Do końca pierwszej rundy brakowało mniej niż dziesięć sekund. Wtedy właśnie Damian Piwowarczyk znokautował niepokonanego wcześniej Emilio Quissuę. Był 22 września, a Polak walczył w programie Contender Series. Chwilę później na ekranie pojawił się Dana White – szef UFC osobiście pogratulował mu zwycięstwa.
„Świetna pierwsza runda. Emilio to twardy gość, który szedł mocno na ciebie, a ty co zrobiłeś? Znokautowałeś go w mniej niż dziesięć sekund przed końcem rundy. Gratuluję. Jesteś w UFC” – powiedział White wprost do Piwowarczyka. Ten jeden nokaut otworzył Polakowi drzwi do najbardziej prestiżowej organizacji MMA na świecie. Chwilę później White dodał, że angażuje go do UFC.
Piwowarczyk wywalczył więc kontrakt z UFC, choć droga do niego wymagała sporego ryzyka. Zawodnik zdecydował się opuścić organizację KSW, żeby spróbować sił w walce o miejsce w amerykańskiej federacji. Łatwo nie było – jak sam przyznał w programie Klatka po Klatce, w KSW spędził praktycznie całą dotychczasową karierę.
„Wiadomo, że spędziłem w KSW praktycznie całą moją karierę. Oni mnie wychowali jako zawodnika, a trochę nawet jako człowieka” – powiedział Piwowarczyk.
Niższa pensja, ale spełnione marzenie
Pierwszy kontrakt z UFC to dla Piwowarczyka finansowy krok w tył. Zarobi mniej, niż mógł liczyć w KSW. On sam nie kryje jednak, że nie o pieniądze mu chodziło. „Mimo wszystko kierowałem się przede wszystkim nie pieniędzmi tylko swoimi ambicjami sportowymi i marzeniami” – wyjaśnił.
Walka o kontrakt kosztowała go więcej niż tylko rezygnację z wyższej wypłaty. Podczas starcia z Quissuą Piwowarczyk złamał palec u stopy, a na razie nie wiadomo, kiedy wróci do pełnych treningów. Sam liczy jednak, że w UFC zadebiutuje za około trzy miesiące.