Co skłania zawodnika do rezygnacji z korzystnego kontraktu w rodzimej organizacji na rzecz niepewnej walki o miejsce w UFC? Damian Piwowarczyk wybiera się do Las Vegas, gdzie 22 września stanie w oktagonie Contender Series, by ubiegać się o kontrakt z amerykańską federacją.
Do tej pory Polak walczył w KSW. Zanim zdecydował się na start w programie Contender Series, dostał od tej organizacji propozycję podpisania nowego, lukratywnego kontraktu. Mimo to postawił na ryzyko wejścia do największej promocji MMA na świecie.
Zawodnik nie kryje, że finansowo ten ruch w krótkiej perspektywie mu się nie opłaca – przyznał, że w UFC na start jego zarobki spadną wyraźnie poniżej tego, co mógłby zgarniać w KSW. Zamiast liczyć na wysoką pensję podstawową, Piwowarczyk stawia na inny sposób zarabiania.
Chce celować w bonusy – za skończenie rywala albo najlepszy występ wieczoru. Stawka jest konkretna: za wygraną przed czasem UFC płaci 25 tysięcy dolarów. Jeszcze więcej dostają ci, którzy dają kibicom prawdziwe widowisko – nagroda za najefektowniejszy pojedynek gali to już 100 tysięcy dolarów.
Śladem rodaków
Swoją decyzję Piwowarczyk tłumaczy też przykładem innych Polaków. W zeszłym roku kilku rodaków przebiło się do UFC właśnie przez Contender Series, co – jak sam przyznał – zaczęło mu „trochę piec tyłek” i ostatecznie skłoniło do spróbowania własnych sił.
Jeśli plan wypali, Piwowarczyk nie zamierza długo czekać na debiut w oktagonie UFC. Po zdobyciu kontraktu chciałby zawalczyć jeszcze w tym roku albo na przełomie roku.