6 czerwca miał być dniem powrotu Jakuba Wikłacza do klatki. Plany legły w gruzach – podczas treningu zapaśniczego zawodnik z Poznania uszkodził żebro i staw obojczykowo-mostkowy, co zmusiło go do rezygnacji z zaplanowanego starcia.
Wikłacz, zawodnik UFC, zgłosił organizacji gotowość do rywalizacji i czeka teraz na konkretną propozycję. Problem w tym, że nowego terminu wciąż nie ma.
„Nie mam jeszcze terminu walki, ale trenuję tak, jakbym miał wskoczyć za miesiąc, czy nawet za krótki czas jestem gotowy”.
Brak daty nie oznacza jednak przestoju – Polak przygotowuje się z rozmysłem. Obciążenia rozkłada tak, by nie wypalić się przed nieznanym jeszcze dniem walki.
„Staram się robić trochę na zmianę, raz cięższy tydzień, raz lżejszy, bo nie wiem, kiedy mamy walkę, więc nie chcę się zajechać”.
Dłuższa baza bez strat
Obecny etap przygotowań – praca motoryczna – daje Wikłaczowi pewien komfort czasowy, jak sam przyznaje. Wydłużenie tej fazy, jego zdaniem, nie powinno zaszkodzić formie, z jaką wejdzie do klatki.
„Jestem w momencie przygotowań motorycznych, w którym mogę wydłużyć ten okres i to nie będzie negatywnie na mnie wpływać, więc fajnie”.
Teraz pozostaje czekać na telefon z UFC. A gdy ten zadzwoni, odpowiedź – jak zapewnia Wikłacz – przyjdzie bez wahania.