Środa. Konferencja prasowa przed UFC 329 właśnie się skończyła, a Max Holloway opuścił salę z uśmiechem i planem, który trudno jednoznacznie nazwać — strategia szachowa? Prowokacja? Jedno i drugie. Nie zamierza niszczyć Conora McGregora. Chce go zostawić na tyle w jednym kawałku, żeby Irlandczyk sam uwierzył, że ma ochotę na jeszcze jedną walkę.
„Sprawię, że będzie mu się wydawało, że stać go na jeszcze jedną walkę, abyśmy stanęli pod koniec roku do trylogii” — powiedział Holloway.
To nie jest skromność. To zimna kalkulacja.
Debiut w kategorii półśredniej i trzynaście lat przerwy
W sobotę w Las Vegas obaj stają naprzeciwko siebie po raz drugi. Tym razem w limicie kategorii półśredniej — 170 funtów — co oznacza, że Holloway po raz pierwszy w karierze walczy na tej wadze. Pierwsze starcie rozegrano trzynaście lat temu i zakończyło się zwycięstwem McGregora. Od tamtej pory drogi obu zawodników rozeszły się diametralnie.
McGregor wraca do klatki po pięciu latach nieobecności. Holloway przez ten czas wyrósł na jedną z największych gwiazd UFC. Bukmacherzy, kibice i eksperci są zgodni — Hawajczyk to zdecydowany faworyt. A jednak nie zamierza wchodzić do klatki z poczuciem wyższości.
„Przygotowuję się pod najgroźniejszego Conora McGregora w historii. Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej” — zadeklarował przed galą.
Obóz Hollowaya do debiutu w nowej kategorii wagowej podszedł metodycznie. Na sparingi ściągnięto byłego mistrza wagi półśredniej Jacka Dellę. Planowano tydzień wspólnych treningów — wyszły dwa.
„Mieliśmy trenować tylko przez tydzień, ale tak nam się spodobało, że trenowaliśmy przez dwa tygodnie” — przyznał Holloway.
Plan jest więc gotowy. Wygrać — ale z głową. Zostawić McGregora z przekonaniem, że rewanż ma sens, i zaprosić go na jeszcze jedną noc w klatce przed końcem roku. Jeśli to zadziała, Las Vegas może zobaczyć trylogię, na którą kibice MMA czekają od dekady.