Liverpool przegrał z Arsenalem 0:1 w hicie dziewiątej kolejki Premier League. Jedynego gola meczu strzelił Kai Havertz, zawodnik Kanonierów – już w 16. minucie. Tym samym Arsenal potwierdził formę z pierwszych ośmiu kolejek, w których radził sobie w lidze lepiej niż Liverpool.
Stawka tego spotkania była wyjątkowa – naprzeciw siebie stanęły dwa kluby z czołowej grupy tabeli. Arsenalowi do samodzielnego prowadzenia wystarczał nawet remis. Dodatkowym kontekstem były dwie ostatnie porażki Manchesteru City – Kanonierzy mogli to wykorzystać i wyprzedzić mistrzów Anglii w tabeli. Liverpool z kolei grał o awans na czwarte miejsce, a trzecie zwycięstwo z rzędu dałoby mu właśnie taki skok. Dla ekipy z Emirates Stadium mecz miał też wymiar rehabilitacji po kompromitującym występie w Pucharze Ligi Angielskiej.
Błąd Alissona i gol Havertza
Gol na 0:1 padł po fatalnym zagraniu z udziałem bramkarza gospodarzy. Alisson źle wykopnął piłkę, a przejął ją Bruno Guimaraes. Wcześniej akcję rozegrali Noni Madueke i Declan Rice, którzy dociążyli ofensywę Arsenalu – i to z tego zagrało trafienie Havertza.
Niemiecki pomocnik mógł zresztą zapisać na koncie dublet. W 24. minucie, po kolejnym kontrataku Arsenalu, nie zdołał wykorzystać podania od Bruno Guimaraesa – zabrakło mu ułamka sekundy, by dobiec do dośrodkowania. Liverpool w pierwszej połowie dwukrotnie protestował, domagając się jedenastki, ale sędzia Andrew Madley nie wskazał na rzut karny w żadnej z sytuacji. Frustracja na ławce gospodarzy sięgnęła zenitu: jeden z członków sztabu Liverpoolu zobaczył żółtą kartkę za awanturowanie się po tych decyzjach arbitra.
Po przerwie trener Liverpoolu wprowadził Dominika Szoboszlaia, licząc na ożywienie ataku. Arsenal odpowiedział własną zmianą – po godzinie gry na boisku pojawił się Myles Lewis-Skelly. W pewnym momencie bilans strzałów celnych wynosił 2:0 dla gości, co dobrze oddawało przebieg meczu.
Liverpool miał jeszcze swoje momenty. W 73. minucie Alisson obronił uderzenie Christosa Tzolisa, ratując zespół przed drugim golem. Po stronie Arsenalu David Raya zachował czyste konto, choć w końcówce musiał interweniować przy jednym, niegroźnym strzale celnym rywali. Jest jednak statystyka, która lepiej niż cokolwiek innego podsumowuje bezradność Liverpoolu: przez całe 90 minut gospodarze nie oddali ani jednego celnego strzału.