Wiosną nikt by w to nie uwierzył. A jednak Legia Warszawa pojechała do Zagrzebia na mecz z Ciboną w drugiej kolejce Koszykarskiej Ligi Mistrzów, nie mając obsadzonego ostatniego, piątego miejsca dla obcokrajowca. Zaskakuje to tym bardziej, że w czterozespołowej grupie z turnieju odpadnie tylko jeden zespół – każdy punkt tu waży złoto.
Korzenie tej sytuacji sięgają jeszcze okresu przed startem sezonu, kiedy Legia zrezygnowała z Michaela Christmasa. Od tamtej pory warszawski klub dysponuje tylko pięcioma zagranicznymi zawodnikami, a przynajmniej dwa z sześciu meczów grupowych Ligi Mistrzów rozegra bez kompletnego składu. Trener Heiko Rannula nie zamierza jednak działać pod presją. „Znacie mnie wystarczająco dobrze. Nie chcemy się spieszyć, jeśli nie mamy wybranego właściwego koszykarza. Po poprzednim nieudanym tygodniu nie chcieliśmy wykonywać żadnego ruchu w panice” – mówił.
W lidze Legia wygrała jednak u siebie z Anwilem Włocławek 73:72, po dwóch wcześniejszych porażkach – w Strasburgu i w Zielonej Górze. Efektowności to zwycięstwo jednak nie miało: gospodarze oddali rywalom aż 21 zbiórek ofensywnych, choć Anwil miał tylko 35 proc. skuteczności z gry. Rannula nie krył niezadowolenia z jakości gry swojego zespołu. „Trenerowi jest trudno przyjąć takie sytuacje jak spudłowane proste rzuty spod kosza od początku meczu. Rzuty wolne, rozgrywanie szybkich ataków, podejmowanie właściwych decyzji. Widać, że pewności w naszej grze jeszcze nie ma” – powiedział po meczu.
Legia grała bez zawieszonego rezerwowego Jakuba Andrzejewskiego. Kapitan Michał Kolenda wciąż wraca do formy po operacji przebytej latem. Reprezentant Estonii Markus Ilver, znakomity jeszcze na wrześniowym turnieju o Superpuchar Polski, ostatnio gra bezbarwnie. Trochę światła w ataku dał za to Mathieu Wojciechowski, były skrzydłowy reprezentacji Polski, który jeszcze w poprzednim sezonie występował w drugiej lidze francuskiej.
W Zagrzebiu na Legię czeka rywal w nieco innej formie. Cibona dwa tygodnie wcześniej rozbiła na inaugurację Ligi Mistrzów Galatasaray Stambuł 96:76, ale w ostatni weekend przegrała u siebie w Lidze Adriatyckiej z serbskim Boracem Čačak – tam rozgrywającym jest dobrze znany polskim kibicom Jovan Novak, występujący w ostatnich latach w Kingu Szczecin.
Anwil szuka stabilizacji, Trefl tonie
Sytuacja kadrowa Anwilu nie jest wiele lepsza niż u Legii. Włocławek nie korzysta z kompletu obcokrajowców z powodu sytuacji losowych i problemów zdrowotnych. Josiah Strong, zawodnik obwodowy, jest kontuzjowany, a Jack Forrest, w poprzednim sezonie czołowy strzelec ligi fińskiej, we wtorek ma przejść badania, które zdecydują o dalszym postępowaniu w jego sprawie. Do tego zespół trenera Vedrana Bosnića ma w lidze zaledwie 26 proc. skuteczności z dystansu.
Adam Brenk, 31-letni zawodnik, który przeszedł do Anwilu latem, w dwóch pierwszych wygranych meczach sezonu grał po prawie 24 minuty. W spotkaniu z Legią nie wystąpił już w drugiej połowie – zawinił wcześniejszy uraz. W klubie wciąż odczuwalne są skutki poprzedniego sezonu, gdy Anwil zajął siódme miejsce po rundzie zasadniczej i nie awansował do play-off. Obecny zespół, razem ze sztabem trenerskim, jest kilkanaście procent tańszy niż ten sprzed roku – tak tłumaczy to dyrektor sportowy Leo De Rycke. Klub wciąż przesyła pieniądze byłemu trenerowi Ronenowi Ginzburgowi, który nie zgodził się na rozwiązanie umowy. Nadzieją na odbudowę jest rozgrywający Emmanuel Lecomte, który dwa lata wcześniej dotarł ze Startem Lublin do finału ligi.
Najgorzej w lidze wypada jednak Energa Trefl. Po trzech kolejkach to zdecydowanie najsłabsza drużyna, z trzema porażkami różnicą łącznie 63 punktów. Gdańszczanie przegrali na inaugurację z Dzikami Warszawa, potem w derbach wyraźnie z Arką Gdynia po długo wyrównanej grze, a następnie z Kingiem Szczecin 81:91, choć po pierwszej kwarcie przegrywali już 7:29.
Do tego problemy kadrowe. Michał Michalak, wieloletni reprezentant Polski i były król strzelców ligi, cierpi na uraz pleców. Pod jego nieobecność ciężar kreowania gry spada właściwie na dwóch zawodników – Jakuba Schenka i Fina Perttu Blomgrena. W zespole gra też 20-letni Szymon Kiejzik, na którym częściowo oparta jest przyszłość klubu.
Dzikom Warszawa też nie idzie najlepiej, choć powody są inne. Zespół przegrał w Wałbrzychu 71:74, prowadząc jeszcze po trzeciej kwarcie. W czwartej odsłonie zdobył łącznie tylko 9 punktów. Joseph Girard, który imponował skutecznością w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, trafił w tym meczu siedem trójek, ale decyzją trenera Marco Legovicha ostatnie ponad trzy minuty spędził na ławce. I mimo tej akcji jego dołek formy widać jak na dłoni – po czterech meczach w Pucharze Europy FIBA i lidze w październiku miał na koncie ledwie 30 punktów w sumie i skuteczność 6/28 za trzy. Bilans Dzików, gdy Girard zdobywa co najmniej 20 punktów, to wciąż dodatnie 2-1. Najlepszym strzelcem zespołu pozostaje Landrius Horton.
MKS Dąbrowa Górnicza bez porażki
Na drugim biegunie tabeli znajduje się MKS Dąbrowa Górnicza. Po trzech kolejkach to jedyna niepokonana drużyna w lidze. Zespół pokonał wcześniej Twarde Pierniki z Torunia i GTK z Gliwic, a w ostatnim meczu rozbił Śląsk Wrocław 97:80. Klub od końca ubiegłego roku prowadzi trener Artur Gronek, a jego niezmiennym punktem odniesienia jest, jak nazywany jest w klubie, „niezniszczalny symbol” – Marcin Piechowicz.
Jedną z kluczowych postaw buduje Jakub Musiał, 28-letni zawodnik, który na początku grudnia ubiegłego roku rozstał się z Czarnymi Słupsk, gdzie przesiadywał na ławce rezerwowych. To właśnie on rzucił najwięcej punktów dla MKS-u w jedynym wygranym meczu play-off z Legią Warszawa. Na początku tego sezonu gra najwięcej minut w karierze – prawie 22 na mecz – notując 12,7 punktu i trzeci najwyższy wskaźnik +/- w zespole. Dla klubu, który jeszcze rok temu szukał stabilizacji, to sygnał, że obrany kurs zaczyna przynosić efekty.