„I agree, yeah” – odpowiedział Victor Wembanyama, gdy francuski twórca internetowy zapytał go, czy zgadza się ze stwierdzeniem, że jest w stanie zdobyć ponad 100 punktów w jednym meczu NBA. Krótkie Q&A, pomyślane jako żartobliwa wymiana zdań, w mgnieniu oka rozniosło się po sieci jako poważna deklaracja gwiazdy San Antonio Spurs.
Wembanyama nie musiał się długo zastanawiać. Padło pytanie, padła zgoda – żadnych „być może”, żadnych zastrzeżeń.
Deklaracja pojawiła się w cieniu świeżego rekordu. W marcu tego roku Bam Adebayo zdobył 83 punkty w meczu Miami Heat przeciwko Washington Wizards. To jeden z najwyższych wyników w historii ligi – i punkt odniesienia, który natychmiast ożywił dyskusję o tym, ile punktów można w ogóle zdobyć w jednym spotkaniu.
Sam Wembanyama do takiego wyniku jeszcze nie dotarł. Jego najlepszy występ w NBA to 50 punktów, zdobytych w 2024 roku – także przeciwko Washington Wizards. Do 83 punktów Adebayo wciąż daleko, a co dopiero do stu. Francuz jednak nie ma wątpliwości, że pewnego dnia może tę granicę przekroczyć.
Jak wygląda droga do 100 punktów
Historia NBA zna tylko jednego zawodnika, który faktycznie dotarł do stu punktów w jednym meczu – Wilta Chamberlaina. Stało się to w 1962 roku, gdy Chamberlain grał dla Philadelphia 76ers w meczu rozegranym w Pensylwanii. Wynik przetrwał ponad sześćdziesiąt lat i wciąż traktowany jest jako granica niemal nieprzekraczalna.
Taki rekord nie powstaje przypadkiem. W meczu Chamberlaina 76ers, mając już bezpieczną przewagę na tablicy, konsekwentnie szukali swojego centra w każdej akcji ofensywnej. Pod koniec spotkania drużyna wprost faulowała rywali, zatrzymując zegar, odzyskiwała piłkę i za każdym razem oddawała ją Chamberlainowi. Cały zespół grał w jednym celu – jak najwięcej punktów dla jednego zawodnika.
Podobny mechanizm zadziałał w marcu tego roku podczas rekordowego meczu Adebayo. Miami Heat w końcówce spotkania praktycznie nie robiło nic innego, jak dostarczanie piłki swojemu centrowi. Heat celowo faulowali rywali, by odzyskać posiadanie, a nawet umyślnie pudłowali rzuty wolne, żeby zebrać piłkę z tablicy i ponownie przekazać ją Adebayo. Wniosek jest prosty: rekordowe wyniki punktowe rzadko są dziełem jednego człowieka. Potrzebny jest cały zespół grający pod jeden scenariusz.
Nie każdy historyczny wieczór wyglądał jednak tak samo. Gdy Kobe Bryant zdobył 81 punktów przeciwko Toronto Raptors w 2006 roku, Los Angeles Lakers przegrywali i po prostu potrzebowali, by Bryant przejął kontrolę nad meczem. Bryant został na parkiecie nieco dłużej, niż wymagał tego sam wynik – był w fenomenalnej formie i miał realną szansę wpisać się do historii. To była gorąca noc jednego zawodnika, nie z góry zaplanowana operacja całego zespołu.
Wembanyama wierzy we własne możliwości, ale droga od 50 punktów do granicy stu jest usłana warunkami, które nie zależą tylko od jednego koszykarza. Potrzebny byłby mecz, w którym trener San Antonio Spurs zdecyduje się grać właśnie w ten sposób – z jednym celem wypisanym na tablicy wyników.