Czy jeden z najwybitniejszych koszykarzy w historii NBA mógł przy okazji przykładać rękę do upadku karier własnych partnerów z zespołu? Zdaniem Kwame’a Browna, byłego numeru jeden draftu, odpowiedź brzmi: tak.
Brown, wybrany przez Washington Wizards z najwyższym numerem draftu 2001 roku bezpośrednio po szkole średniej, nie owijał w bawełnę podczas występu w programie „The Basketball Show”. Jego zdaniem LeBron James nigdy nie zasłużył na miejsce w jednym gronie z Michaelem Jordanem i Kobe Bryantem – zwłaszcza tam, gdzie liczy się to najbardziej, czyli w decydujących momentach meczów.
Mówię to wprost, ponieważ ludzie umieszczają go w tej kategorii, a ja po prostu tego nie widzę. Długowieczność pozwoliła mu wykręcić takie liczby, ale w kluczowych momentach widzę w nim zwyczajnego zawodnika
Brown poszedł dalej i zestawił zachowanie Jamesa w kluczowych fazach spotkań z postawą Bryanta i Jordana. Różnica, jego zdaniem, jest zasadnicza.
LeBron czasami potrafi się wycofać. Nigdy nie widziałem, żeby Kobe czy MJ unikali odpowiedzialności w takich momentach. Oni byli stworzeni do rozstrzygania tego typu spotkań
Jako przykład takiej gotowości do brania odpowiedzialności przywołuje się finały NBA z 1997 roku. Wtedy Jordan – zamiast szukać własnego rzutu – podał piłkę Steve’owi Kerrowi. Ten trafił, dając Chicago Bulls prowadzenie i ostatecznie zwycięstwo w serii.
„Toksyczne odpady” machiny marketingowej
Najostrzejsze słowa Brown zarezerwował jednak na opis samego mechanizmu, jaki – jego zdaniem – narósł wokół Jamesa. Nazwał go maszyną, nie zwykłym człowiekiem.
Myślałem, że LeBron James jest po prostu człowiekiem, ale z czasem zrozumiałem, że stanowi część większej machiny. LeBron James to maszyna, przede wszystkim marketingowa, a nie pojedynczy człowiek. Kiedy stajesz naprzeciwko takiej machiny, produkuje ona toksyczne odpady. To, co pozwala jej dobrze wyglądać, jednocześnie niszczy wszystko, co znajduje się wokół
Tymi „toksycznymi odpadami” mają być kariery konkretnych koszykarzy. Brown wymienił z nazwiska Russella Westbrooka, Daltona Knechta oraz Andrew Wigginsa – zawodników, których rozwój ucierpiał, jak twierdzi, w otoczeniu Jamesa. Wiggins, przypomnijmy, sam był kiedyś numerem jeden draftu – w 2014 roku – zanim trafił do Minnesota Timberwolves w wymianie za Kevina Love’a.
Brown nie oszczędził też wątku rodzinnego. Skrytykował obecność Bronny’ego Jamesa w lidze, sugerując, że o miejscu syna gwiazdy w NBA zadecydowały względy polityczne, a nie czysto sportowe. Dorzucił do tego zarzut, że sam LeBron zbyt mocno koncentruje się na własnych statystykach indywidualnych.
Dwie różne kariery, dwa różne dorobki
Warto zestawić biografie obu koszykarzy, bo kontrast jest wyraźny. Brown spędził w lidze 12 sezonów w barwach siedmiu różnych klubów i zakończył karierę w 2013 roku z bilansem 607 rozegranych meczów oraz średnimi 6,6 punktu i 5,5 zbiórki.
James tymczasem rozegrał ponad 1600 spotkań sezonu zasadniczego przy średnich 26,8 punktu, 7,5 zbiórki i 7,4 asysty. Do tego cztery mistrzostwa NBA, cztery nagrody MVP sezonu regularnego i cztery MVP finałów. W obecnym sezonie 2025-26, mając 41 lat i grając w Los Angeles Lakers, wciąż notuje 20,9 punktu, 6,1 zbiórki i 7,2 asysty na mecz, a do tego otrzymał kolejne powołanie na Mecz Gwiazd. W 302 spotkaniach play-off jego średnie wynoszą 28,2 punktu, 8,9 zbiórki i 7,2 asysty. Przed sezonem 2026-27 James zmienił zresztą barwy klubowe – przeniósł się do Philadelphia 76ers.
Słowa Browna z pewnością wywołają dyskusję wśród kibiców. Tym bardziej że padły z ust człowieka, który sam nosił niegdyś etykietę numeru jeden draftu, zanim jego kariera potoczyła się zupełnie inaczej niż ta Jamesa.