5 listopada w Gorzowie Wielkopolskim zbierze się 14 z 17 powołanych koszykarek. Dwa dni później kadra wyruszy w podróż, od której zależy, czy Polska wróci na EuroBasket po dwunastu latach nieobecności. Pierwszy przystanek – Ryga. Tam 11 listopada Polki zagrają z Izraelem.
Droga do tego momentu zaczęła się od czystego kompletu – w pierwszej fazie eliminacji reprezentacja Polski wygrała wszystkie sześć meczów. Te wyniki jednak nic już nie znaczą. Przepisy każą zaczynać decydującą fazę od zera, z czystym kontem, tak jak wszystkie rywalki.
A rywalki w tej grupie nie są z łatwych. W kluczowej fazie kwalifikacji do EuroBasketu 2027 Polki zmierzą się z Izraelem, Czarnogórą i Turcją. Terminarz pierwszego okienka ułożono tak, że Biało-Czerwone czekają dwa wyjazdy i tylko jeden mecz we własnej hali. Najpierw Ryga i Izrael, potem przelot do Bar na mecz z Czarnogórą 14 listopada w Sports Hall Topolica, a na koniec powrót do Polski na spotkanie z Turcją.
Ten ostatni mecz odbędzie się 17 listopada w Gorzowie Wielkopolskim, w Arenie Gorzów. To miasto nieprzypadkowo zamyka okienko – przecież właśnie tam zbiera się większość kadry już dwa tygodnie wcześniej.
Kto poniesie tę misję
Za całym projektem stoi trener Karol Kowalewski, który dostał od losu ogromną szansę na przerwanie dwunastoletniej posuchy. Do kadry na eliminacje wybrał 17 zawodniczek. Na liście znalazły się: Liliana Banaszak, Kamila Borkowska, Weronika Gajda, Klaudia Gertchen, Zuzanna Kulińska, Anna Makurat, Stephanie Mavunga, Aleksandra Mielnicka, Julia Niemojewska, Anna Pawłowska, Malina Piasecka, Amalia Rembiszewska, Natalia Rutkowska, Magdalena Szymkiewicz, Weronika Telenga, Klaudia Wnorowska i Aleksandra Wojtala.
Zabrakło jednak kilku nazwisk, które jeszcze niedawno wydawały się pewnikiem. Wśród powołanych nie ma młodych zawodniczek, na które selekcjoner stawiał w ostatnich miesiącach. Nieobecne są Helena Danielewicz i Karolina Ułan – obie latem zdecydowały się kontynuować kariery w lidze NCAA, co w praktyce wyklucza je z bieżącego zgrupowania.
Kowalewski musi więc ułożyć zespół bez części perspektywicznych nazwisk, mając za sobą tylko serię zwycięstw, które formalnie nie liczą się już do niczego. Trzy mecze w jedenaście dni. Trzy różne hale, trzy kraje. I dwanaście lat czekania, które mogą się właśnie skończyć – albo wydłużyć jeszcze bardziej.