Na trasie Mistrzostw Europy w Lublanie pojawił się ktoś, kogo na starcie być nie powinno – wciąż kontuzjowany Tadej Pogačar. Sam nie jechał, przyjechał tylko porozmawiać. Przy okazji wydarzenia charytatywnego w miejscowości Volčji Potok słoweński kolarz usiadł z dziennikarzami i po raz pierwszy od wypadku na Vuelcie opowiedział szerzej o tym, co przeżył w ostatnich tygodniach.
Zaczął od tego, co przed nim. „Moimi głównymi celami na rok 2027 są mistrzostwa świata, Tour de France oraz Vuelta a Espana” – zadeklarował. Hiszpański wyścig od lat pozostaje jego białą plamą, więc nietrudno zgadnąć, dlaczego pojawił się na liście. „W tym roku się nie udało, ale chcę dopiąć swego i zaliczyć Vueltę” – dodał, nie kryjąc, że triumf w klasyfikacji generalnej tego wyścigu to dla niego sprawa niedokończona.
Skorzystał też z okazji, by raz na zawsze zamknąć temat spekulacji narosłych wokół jego upadku pod koniec sierpnia podczas Vuelty. W sieci krążyły różne wersje – winny miał być kamień rzucony przez kibica, błysk flesza, a nawet element kamery zamontowanej na kasku. Słoweniec uciął temat jednym zdaniem: „To był duży kamień, wszystko inne to fake newsy”.
Bilans tamtego upadku był poważny – złamanie i zwichnięcie lewego obojczyka, do tego pęknięcie kręgu szyjnego. Lekarze obawiali się ponadto wstrząśnienia mózgu. Efekt? Pięć tygodni bez roweru. „Przez pięć tygodni nie wsiadałem na rower” – przyznał kolarz.
Powrót krok po kroku
Gdy bark zaczął się w końcu goić, powrót do treningów zaczął się ostrożnie, od trenażera. „Gdy bark zaczął się goić, zacząłem od jazdy na trenażerze” – relacjonował Pogačar. Pojawiła się nawet pokusa startu w mistrzostwach Europy w rodzinnej Słowenii, ale strach przed kolejnym upadkiem okazał się silniejszy. „Szybko pojawiła się pokusa, by wystartować w mistrzostwach Europy w Słowenii, ale strach przed kolejnym upadkiem mnie powstrzymał” – wyznał. Dziś, jak twierdzi, trenuje już regularnie od tygodnia.
28-letni Słoweniec zamyka właśnie sezon, którego – mimo wypadku – nieudanym nazwać się nie da. Wygrał po raz piąty Tour de France, dołożył do tego trzy monumenty – Mediolan-San Remo, Dookoła Flandrii i Liège-Bastogne-Liège – a także wyścigi etapowe Tour de Romandie i Dookoła Szwajcarii. Jedyną gorzką pigułką pozostał Paryż-Roubaix, gdzie po raz drugi z rzędu musiał uznać wyższość rywala i skończył na drugim miejscu.
Najboleśniejsza strata dotyczy jednak Vuelty. Pogačar prowadził w klasyfikacji generalnej od samego początku wyścigu i miał realną szansę sięgnąć po pierwszy w karierze triumf w Hiszpanii, notując po drodze trzy zwycięstwa etapowe. Upadek na ósmym etapie przekreślił te plany i zmusił go do wycofania się z rywalizacji. Kontuzja odebrała mu też szansę na obronę tytułów mistrza świata i Europy – z obu imprez musiał zrezygnować, kończąc sezon przedwcześnie.
Czas rekonwalescencji Pogačar wykorzystał też poza siodełkiem. Jego fundacja charytatywna miała za sobą najbardziej aktywny rok w swojej historii. Słoweniec przekazał 118 000 euro swojej rodzinnej miejscowości Komenda, która wcześniej w tym roku ucierpiała w wyniku gwałtownej nawałnicy.