„Ben Simmons ma wziąć udział w zgrupowaniu reprezentacji Australii w Melbourne, trenując bez żadnych ograniczeń zdrowotnych” – taką informację przekazał Marc J. Spears z ESPN. Dla kibiców, którzy od lat śledzą losy byłego rozgrywającego, to najkonkretniejszy sygnał od miesięcy, że jego ciało wreszcie zaczyna współpracować.
Simmons ostatni raz zagrał w meczu NBA w sezonie 2024/25. Barwy bronił wtedy najpierw Brooklyn Nets, a później Los Angeles Clippers. Cały ten sezon spędził jednak praktycznie poza parkietem – próbował odbudować zdrowie po problemach z plecami, które ciągnęły się za nim od lat, i po serii mniejszych urazów.
W czerwcu powiedział o tym otwarcie, bez owijania w bawełnę: musiał odciąć się od koszykówki, żeby zająć się sobą – ciałem i głową. Kilka miesięcy później wraca już do treningów w pełnym wymiarze. Na razie w barwach narodowych, nie klubowych.
Od jedynki draftu do gracza bez kontraktu
Trudno o karierę pełną większych kontrastów. W 2016 roku Simmons został wybrany z numerem 1 w drafcie NBA i szybko udowodnił, że jest najbardziej utalentowanym graczem swojego rocznika. Otrzymał nagrodę dla najlepszego debiutanta ligi, trafił do pierwszej piątki debiutantów sezonu i trzy razy zagrał w Meczu Gwiazd NBA. Znalazł się też w All-Defensive First Team – przy wzroście 208 centymetrów i umiejętnościach rozgrywającego był wtedy wyjątkowym, uniwersalnym zawodnikiem defensywnym. Najlepsze lata tej kariery przypadły na czas gry w Philadelphia 76ers.
Od tamtego szczytu droga wiodła jednak wyłącznie w dół. Seria urazów i problemów zdrowotnych sprowadziła go do roli zawodnika bez umowy klubowej, który dziś musi na nowo przekonywać do siebie skautów.
Daily Telegraph informuje, że kilka klubów NBA obserwuje sytuację Simmonsa. Jeden z zespołów z Zachodniego Wybrzeża ma już zaproponować mu zaproszenie na obóz przygotowawczy. Sam zawodnik ma być gotów podpisać nowy kontrakt za ligowe minimum – i to mówi wszystko o tym, jak bardzo priorytetem stał się dla niego sam powrót do gry, a nie negocjowanie wielkich pieniędzy.
Reprezentacja Australii to dla Simmonsa temat równie skomplikowany, co jego klubowa kariera. Po raz pierwszy zagrał w niej w 2013 roku, podczas mistrzostw Oceanii FIBA, mając wtedy 17 lat i rozgrywając dwa spotkania. Od tamtej pory nie znalazł się w narodowym składzie na trzy kolejne Igrzyska Olimpijskie – długa nieobecność, która stawiała pod znakiem zapytania jego relację z kadrą. Zgrupowanie w Melbourne może więc być czymś więcej niż tylko treningiem. Może być szansą na odbudowanie mostów, które przez lata zdążyły popękać.