Jak to możliwe, że GKS Tychy strzelił dokładnie tyle samo goli co rok temu, a mimo to ma o cztery punkty więcej w tabeli? Odpowiedzi nie znajdziemy w ataku. Trzeba spojrzeć na zupełnie inną defensywę i na to, kto dziś właściwie trafia do siatki.
Liczby wyjściowe są niemal bliźniacze. Po siedmiu kolejkach sezonu 2025/26 Tychy mają na koncie 30 goli — dokładnie tyle samo, co po siedmiu meczach rok wcześniej. Oddali przy tym 255 strzałów wobec 258 rok temu, czyli średnio około 36,5 próby na mecz. Skuteczność strzelecka drgnęła nieznacznie w górę, z 11,63% do 11,76%. Kosmetyka, nic więcej. Tabela mówi już jednak coś zupełnie innego: 15 punktów na 21 możliwych wobec zaledwie 11 rok wcześniej. Pięć zwycięstw w regulaminowym czasie gry to też więcej niż rok temu, gdy zespół wygrywał w podstawowym czasie trzy razy, a raz dopiero po dogrywce.
Klucz tkwi w obronie. GKS stracił w tym sezonie 15 bramek, podczas gdy rok temu po tej samej liczbie kolejek było ich 21. Jeszcze wyraźniej widać to w statystykach gry 5 na 5: rok temu bilans wynosił 21:19, w tym sezonie 21:9. Drużyna strzela tyle samo co zawsze, tylko przestała tracić bramki w równej grze.
Spora część zasługi spada na bramkarza Tomáša Fučíka. W meczach z Katowicami, Sosnowcem, Jastrzębiem i Bytomiem notował skuteczność interwencji na poziomie 90-96%. W obronie wyróżniają się też Lukáš Kovář z najwyższym w zespole wskaźnikiem plus/minus +9 oraz Bartłomiej Pociecha z notą +8.
Polscy strzelcy przejmują inicjatywę
Jeszcze rok temu obcokrajowcy odpowiadali za 70% goli Tychów. Dziś proporcje się odwróciły — polscy zawodnicy zdobyli 60% wszystkich bramek zespołu w tym sezonie. Symbolem tej zmiany jest Alan Łyszczarczyk. Rok temu po siedmiu meczach nie miał na koncie ani jednego gola, dziś ma 4 trafienia i 7 asyst, prowadząc w klasyfikacji kanadyjskiej drużyny. Dominik Paś nie strzelił jeszcze gola, ale zanotował już 10 asyst. Nowy nabytek klubu, Szymon Kiełbicki, ma na koncie 3 gole i 3 asysty, w tym dwa trafienia decydujące o zwycięstwie. Najlepszym strzelcem zespołu pozostaje jednak Fin Henri Knuutinen z sześcioma golami w siedmiu meczach. Kapitan Filip Komorski nie rozegrał w tym sezonie jeszcze ani minuty.
Nie wszystko jednak idzie w dobrym kierunku. Gra w osłabieniu to wyraźny problem — GKS obronił zaledwie 61,5% takich sytuacji i stracił w nich 5 bramek, podczas gdy rok temu było to tylko 2 trafienia. Jedna trzecia wszystkich straconych w tym sezonie goli padła właśnie wtedy, gdy rywal grał w przewadze liczebnej.
Dwie porażki pokazują, jak to się przekłada na wynik. Z Energą Toruń Tychy przegrali u siebie 1:4, mimo że oddali 38 strzałów wobec 19 rywala — ale zaliczyli też 33 minuty kar, w tym karę meczu (5+20 minut) dla Kiełbickiego. Z Unią Oświęcim było podobnie: rok temu domowa porażka 3:4, w tym sezonie 3:5 mimo aż 40 strzałów na bramkę gości. W obu przypadkach przewaga w statystykach gry nie przełożyła się na punkty, bo zawiodło to samo: dyscyplina i gra w osłabieniu.