63 094 kibiców na Soldier Field. Tyle osób zjawiło się na starciu Chicago Fire z Interem Miami, ustanawiając absolutny rekord frekwencji w historii klubu. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, ale to, co działo się na trybunach, było ciekawsze niż wydarzenia na boisku.
Jeszcze przed transferem 38-letniego Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire klub miewał problemy z przekroczeniem 30 tysięcy widzów na własnym stadionie. Po jego przyjściu coś się zmieniło: w trzech pierwszych domowych meczach z udziałem „Lewego” średnia frekwencja skoczyła do 41 815 osób. To ogromna różnica, zwłaszcza że Soldier Field ma pojemność przekraczającą 60 tysięcy miejsc.
Tego efektu nie da się przegapić, jeśli śledzi się ligę na co dzień. Alex Calabrese z portalu meninred97.com, poświęconego wyłącznie Chicago Fire, zwraca uwagę, że po mundialu frekwencja w całej MLS ogólnie poszła w górę. Podobny mechanizm dało się zaobserwować już wcześniej, przy transferze innej wielkiej gwiazdy do ligi.
Precedens Messiego i polska diaspora
Kiedy w 2023 roku do Interu Miami przyszedł Lionel Messi, argentyński mistrz świata od razu zaczął wypełniać stadiony na Florydzie. W Stanach Zjednoczonych mieszka szacunkowo około 10 milionów osób polskiego pochodzenia, a Chicago od dekad jest jednym z największych skupisk Polonii poza granicami kraju. Nie jest wykluczone, że właśnie ta społeczność stoi za częścią niecodziennego wzrostu frekwencji, jaki MLS notuje w ostatnich tygodniach.
Kolejny sprawdzian dla popularności Lewandowskiego na amerykańskich trybunach nadejdzie szybko. Następne starcie zaplanowano na niedzielę, 13 września, na godzinę 23:30.