„W tych dwóch dniach nie mówimy o rezygnacji. Ból jest zbyt wielki, myślimy o tej porażce, która nas boli” – powiedział Gheorghe Hagi, selekcjoner reprezentacji Rumunii. Jego zespół przeżył właśnie jedną z najboleśniejszych chwil w swojej historii.
Na PGE Narodowym w Warszawie Polska nie dała Rumunom żadnych szans – 6:0. Robert Lewandowski zapisał się na listę strzelców aż trzy razy, kompletując hat-tricka. A było jeszcze gorzej, bo już w 22. minucie czerwoną kartkę zobaczył Radu Dragusin, co praktycznie przypieczętowało losy gości.
Hagi nie próbował się tłumaczyć ani szukać winnych wokół siebie. „Przede wszystkim to ja jestem winny (…). To ja ułożyłem plan, biorę na siebie odpowiedzialność” – mówił po meczu, przepraszając kibiców za wynik. Opowiedział też, jak jedna czerwona kartka zburzyła cały plan na mecz. „Chcieliśmy kontynuować to, co robiliśmy dobrze również przed czerwoną kartką. Mieliśmy okazje z rzutów rożnych, postanowiliśmy grać prosto, nie marnować energii, skupić się na obronie, ale natychmiast wszystko się załamało” – relacjonował selekcjoner, cytowany przez „Przegląd Sportowy”.
Hagi zostaje, ale ból jest świeży
Mimo katastrofalnego wyniku Hagi na razie nie zamierza podawać się do dymisji. Przyznał jednak bez ogródek, że porażka mocno zaważyła na nastrojach w zespole. „To trudny wynik, który nas zabolał, ale mamy nadzieję, że pójdziemy naprzód” – powiedział.
Czasu na rozpamiętywanie klęski nie będzie wiele. Już 5 października Rumuni zmierzą się ze Szwecją.
Bo skala tej porażki jest naprawdę historyczna. Rumunia nie straciła sześciu goli w jednym meczu od 1977 roku, kiedy przegrała z Jugosławią 4:6. Z różnicą sześciu bramek przegrali też wcześniej, w 1967 roku – Szwajcaria rozbiła ich wtedy 7:1.