Artur Szpilka ma 37 lat, ale datę swojego pożegnania z klatką już wyznaczył. Były pięściarz, który od 2022 roku rywalizuje w MMA, zapowiedział, że planuje walczyć jeszcze trzy lata, czyli do czterdziestki.
Taką deklarację złożył w programie „Klatka po klatce”. „Widzę, że jeszcze te trzy lata mogę poświęcić maksymalnie. Mówmy sobie szczerze: do czterdziestu lat” – przyznał Szpilka.
„Ja uważam, że właśnie przechodzę prime. Na pewno mentalny, to bezapelacyjnie” – dodał zawodnik.
Zapowiedź końca kariery zbiega się z momentem, w którym Szpilka prezentuje się najlepiej, odkąd przeszedł do MMA. Do klatki wróci podczas gali XTB KSW 124, zaplanowanej na 19 grudnia w Gliwicach. Stawką będzie tymczasowy pas wagi ciężkiej, o który zmierzy się ze Stefanem Vojcakiem.
Seria zwycięstw i czwarte miejsce w rankingu
Na koncie ma trzy zwycięstwa z rzędu. Ostatnią walkę stoczył w lipcu, pokonując doświadczonego Augusto Sakaia. Wcześniej znokautował Michala Martínka, a w kolejnym starciu poddał Errola Zimmermana. Dzięki tej serii awansował na czwarte miejsce w rankingu wagi ciężkiej KSW.
Starcie z Vojcakiem w Gliwicach może być więc kolejnym krokiem w stronę szczytu dywizji. I jednym z ostatnich wielkich sprawdzianów, zanim ruszy odliczanie, które zawodnik właśnie sam rozpoczął.
Polska znalazła się wśród siedmiu krajów ubiegających się o organizację mistrzostw Europy w futsalu w 2030 roku. Listę kandydatów UEFA ogłosiła we wtorek.
Oprócz Polski o UEFA Futsal EURO 2030 powalczą Chorwacja, Finlandia, Francja, Gruzja, Kazachstan i Hiszpania. Tylu zgłoszeń od krajowych federacji jeszcze nie było — to rekordowa liczba kandydatur w historii tej imprezy. Ciekawostka: z całej siódemki doświadczenie w roli gospodarza mistrzostw Europy w futsalu mają na razie tylko Chorwacja i Hiszpania.
Sama procedura wyboru rozciąga się na kilka lat. Na zgłoszenie kandydatury federacje miały czas do 13 października 2026 roku, natomiast szczegółowe dokumenty ofertowe trzeba będzie złożyć najpóźniej 8 czerwca 2027 roku. Ostateczną decyzję podejmie dopiero wtedy Komitet Wykonawczy UEFA, a nazwisko gospodarza poznamy we wrześniu 2027 roku.
Poprzednią edycję mistrzostw Europy w futsalu rozegrano w 2026 roku na Łotwie, Litwie i w Słowenii. Jak podkreśla UEFA, turniej ten zgromadził na trybunach wysoką frekwencję i pobił rekordy zaangażowania kibiców w mediach cyfrowych oraz społecznościowych.
PZPN liczy na kolejną dużą imprezę
W Polskim Związku Piłki Nożnej nie krygowano się z radością po ogłoszeniu listy kandydatów. Jak oświadczył PZPN, polska piłka „od lat cieszy się uznaniem UEFA i FIFA, które regularnie powierzają Polsce organizację prestiżowych imprez piłkarskich”.
Bilans ostatnich sezonów rzeczywiście robi wrażenie. W 2025 roku Polska gościła mistrzostwa Europy kobiet do lat 19, we wrześniu 2026 roku przyszła kolej na mistrzostwa świata kobiet do lat 20. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze finał Ligi Mistrzyń UEFA 2027, który odbędzie się na PGE Narodowym w Warszawie.
PZPN zwrócił też uwagę, co organizacja mistrzostw Europy w futsalu mogłaby dać samej dyscyplinie nad Wisłą. Zdaniem związku „organizacja UEFA Futsal EURO 2030 byłaby okazją do popularyzacji tej dyscypliny, zwiększenia zainteresowania nią wśród kibiców oraz promocji futsalu wśród kolejnych pokoleń zawodniczek i zawodników”.
20 października minęła dokładnie 26. rocznica walki Andrzeja Gołoty z Mikiem Tysonem. O starciu, które do dziś wraca w rozmowach o boksie, po ćwierćwieczu przypomniał ukraiński portal sport.ua.
Scena była gotowa na widowisko. Walka odbyła się na arenie The Palace. Tyson – jak sam przyznał później w autobiografii – szedł na ring z bardzo konkretnym celem finansowym. „W tamtym czasie przygotowywałem się do zarobienia 20 milionów dolarów za walkę z Andrzejem Gołotą, »Parszywym Polakiem«” – napisał Amerykanin.
Nie krył też, jaką opinią cieszył się wówczas Polak w środowisku bokserskim. „Gołota, krzepki dżentelmen polskiego pochodzenia, miał reputację jednego z najbrudniejszych bokserów na świecie” – ocenił w książce. Ta reputacja nie wzięła się znikąd. Gołota dwukrotnie pokonał Riddicka Bowe’a, ale za każdym razem został zdyskwalifikowany za wielokrotne ciosy poniżej pasa. Dla Tysona sprawa miała też osobisty wymiar: „Uczęszczałem do tej samej szkoły specjalnej co Bowe, więc byłem psychicznie zdeterminowany, by wygrać walkę i go pomścić” – przyznał.
Załamanie w narożniku i grad owoców z trybun
Sama walka potoczyła się zupełnie inaczej, niż zapowiadały te słowa. Po drugiej rundzie Andrzej Gołota oznajmił, że nie chce dalej walczyć, i zrezygnował ze starcia. W jego narożniku zapanowała desperacja – główny trener Polaka, Al Certo, próbował siłą wcisnąć ochraniacz w usta zawodnika, lecz i to nie zmieniło jego decyzji.
Dalej zrobiło się jeszcze bardziej dramatycznie. Gdy Gołota opuszczał ring, publiczność obrzuciła go owocami, puszkami po napojach i plastikowymi kubkami. Jeden z kibiców trafił go napojem – czerwona ciecz wylała się wprost na ciało Polaka. Jak ocenia sport.ua, to właśnie ten występ odcisnął piętno na całej karierze Gołoty.
Formalnie zresztą nikt tej walki nie wygrał. Początkowe zwycięstwo Tysona zostało unieważnione po wykryciu śladów marihuany w jego teście antydopingowym wykonanym krótko po starciu, przez co pojedynek oficjalnie figuruje jako „no contest”.
Po tym epizodzie kariery obu bokserów potoczyły się zupełnie różnymi torami. Gołota wrócił na ring dopiero trzy lata później, a zawodowe rękawice zawiesił ostatecznie w październiku 2014 roku. Jego bilans to 52 stoczone walki, 41 zwycięstw – w tym 33 przez nokaut – jeden remis i 9 porażek. Tyson po starciu z Gołotą stoczył jeszcze pięć pojedynków, z których wygrał tylko dwa.
BBL i Betclic wywalczyły awans na PGL Bucharest 2027 w CS2, przechodząc zamknięte kwalifikacje europejskie. Główny turniej odbędzie się od 17 do 24 stycznia, a jego pula nagród wynosi 1 000 000 dolarów.
Kwalifikacyjny brakiet padł łupem BBL. Duńska ekipa przeszła górną drabinkę bez jednej wpadki – po drodze ograła EYEBALLERS 2:0, następnie ex-RUSTEC 2:1, a w finale górnej drabinki rozprawiła się z samym Betclic 2:1. To solidny wynik jak na zespół, który tożsamość zmienił całkiem niedawno – tag BBL przyjęto dopiero pod koniec sierpnia, wcześniej drużyna grała pod szyldem Tricked. Niedawno skład zasilił też Mikkel „MistR” Thomsen.
Betclic do przepustki doszło zupełnie inną trasą. Francuzi zaczęli kwalifikacje od wygranej z Eternal Fire 2:1, a potem pokonali Nemesis 2:0 w górnej drabince. Porażka z BBL w finale górnej drabinki niczego nie przekreślała – szansa na awans wciąż czekała w dolnej drabince. Tam Betclic ponownie natrafiło na Nemesis i tym razem przeważyło 2:0, zapewniając sobie drugi bilet na turniej.
Dla Betclic to powrót na najwyższy poziom po dłuższej przerwie. Ostatni raz drużyna grała w liczącym się turnieju LAN po kwalifikacji na PGL Bucharest 2025 – od tamtej pory skład zdążył się już zmienić.
Kto zagra w Bukareszcie
Ostateczna lista uczestników PGL Bucharest 2027 liczy 16 drużyn, a wśród nich znalazło się wszystkie dziesięć zespołów z obecnego top-10 światowego rankingu. Oprócz BBL i Betclic na turnieju zobaczymy Spirit, Vitality, FURIA, MOUZ, Aurorę, Falcons, Legacy, G2, BetBoom, FUT, MIBR, Astralis, B8 oraz Nemigę.
12. kolejka TAURON Hokej Ligi przynosi starcie, które na papierze wygląda jednostronnie: Podhale Nowy Targ podejmie GKS Katowice. Z jednej strony drużyna zamykająca tabelę, z drugiej – zespół walczący o miejsce w czołowej ósemce. Po 11 meczach Podhale wciąż nie zdobyło ani punktu. Bilans bramkowy gospodarzy mówi sam za siebie – 13:91. A w ostatniej kolejce nowotarżanie dostali lanie na wyjeździe od KH Energi Toruń, przegrywając 0:11.
GKS Katowice też nie ma w tym momencie powodów do radości – w niedzielę przegrał z GKS-em Tychy 3:5. Mimo tego katowiczanie wciąż zajmują ósme miejsce, mając na koncie 16 punktów po 13 rozegranych meczach. Warto przypomnieć, jak zakończyło się pierwsze tegoroczne spotkanie obu ekip: górą byli wtedy wyraźnie goście, rozbijając Podhale 10:1. Trudno więc liczyć na rewanżowy dramat.
Tychy przyjmują lidera z Sosnowca
Najciekawiej zapowiada się jednak starcie w Tychach, gdzie miejscowy GKS podejmie ECZD Zagłębie Sosnowiec. Tyszanie są drudzy w tabeli, ale to Sosnowiec prowadzi w ligowej klasyfikacji z dorobkiem 25 punktów. Gospodarze mają ich 24 – dzieli ich zaledwie oczko, więc o prawdziwej przepaści mowy nie ma.
W poprzedniej kolejce GKS Tychy pokonał właśnie GKS Katowice 5:3, podczas gdy Zagłębie zmiotło z lodu STS Sanok Sokół, wygrywając aż 9:0. Formę gości napędzają dziś dwaj liderzy klasyfikacji indywidualnych. Ołeksandr Peresunko przoduje wśród strzelców z dziesięcioma golami i gra właśnie w barwach Zagłębia Sosnowiec, a Dominik Paś, również reprezentujący Sosnowiec, z 23 punktami prowadzi w klasyfikacji kanadyjskiej całej ligi. Pierwszy tegoroczny mecz obu zespołów zakończył się jednak wygraną Tychów 4:1 – co każe traktować niedzielne starcie jako prawdziwy sprawdzian dla lidera.
W Krakowie Comarch Cracovia zmierzy się u siebie z JKH GKS-em Jastrzębie. Oba zespoły mają identyczny dorobek 17 punktów, choć jastrzębianie zajmują szóste miejsce i rozegrali o jeden mecz mniej niż krakowianie. Cracovia wchodzi w ten mecz po bolesnej stracie punktów – w niedzielę prowadziła 2:0 z KS Unią Oświęcim, by ostatecznie przegrać 2:3, bo rywale odwrócili losy spotkania dopiero w trzeciej tercji. Jastrzębie z kolei ma za sobą wygraną z BS Polonią Bytom 1:0, a w pierwszym tegorocznym starciu z Cracovią również triumfowało, i to 2:0. Bilans bezpośrednich spotkań sugeruje więc, że gościom ten rywal po prostu leży.
Ostatnie starcie kolejki odbędzie się w Bytomiu, gdzie BS Polonia podejmie KH Energę Toruń. Bytomianie zajmują trzecie miejsce z 24 punktami, a Toruń depcze im po piętach z czwartej pozycji, tracąc do nich zaledwie punkt. Polonia jest jednak w dołku formy po niedzielnej porażce z Jastrzębiem 0:1, podczas gdy Energa jedzie do Bytomia rozpędzona – w ostatniej kolejce rozgromiła Podhale Nowy Targ 11:0. Starcie czwartej siły tabeli z trzecią może więc zdecydować, kto wejdzie w kolejne tygodnie sezonu z lepszym samopoczuciem.
Borussia Dortmund pokonała Sabah Baku 2:1 w meczu 3. kolejki fazy ligowej Ligi Mistrzów. Spotkanie rozegrano we wtorek. Jednym z bohaterów wieczoru został Tymoteusz Puchacz, który zaliczył asystę w barwach niemieckiego klubu.
Obrońca reprezentacji Polski po raz pierwszy w karierze zapisał na swoim koncie asystę w fazie ligowej Champions League. To nie przypadek. W tegorocznych kwalifikacjach do Ligi Mistrzów Polak zaliczył aż pięć podań decydujących o golu — dyspozycja trzyma się więc od miesięcy.
Dla Sabah Baku wtorkowy mecz był próbą nawiązania do niespodzianki sprzed tygodnia, gdy azerski zespół pokonał Slavię Praga 2:0 — zwycięstwo określono wówczas jako historyczny triumf klubu w europejskich pucharach. Borussia z kolei wchodziła w ten mecz po serii rozczarowań: tydzień wcześniej przegrała w Norwegii z Bodoe/Glimt 0:1, a w sobotę zremisowała w Berlinie z Unionem 0:0 w Bundeslidze.
Początek spotkania należał do drużyny Niko Kovaca — już w 10. minucie na listę strzelców wpisał się Serhou Guirassy. Chwilę później gospodarze mogli wyrównać, gdy w 30. minucie do siatki trafił Joy-Lance Mickels, ale sędzia nie uznał gola z powodu spalonego. Bramkarz BVB Gregor Kobel musiał jednak interweniować jeszcze raz pod koniec pierwszej połowy, broniąc sytuację Kaheema Parrisa.
Wcześniej, w 39. minucie, to właśnie Puchacz dośrodkował z rzutu wolnego na głowę Adena McCarthy’ego, który strzałem głową doprowadził do wyrównania na 1:1. Polak rozegrał całe spotkanie i miał swój udział także w drugiej połowie, gdy Borussia odzyskała prowadzenie.
Guirassy znów skuteczny, Mbina zmarnował okazję
W 53. minucie Serhou Guirassy po dośrodkowaniu Joeya Veermana dał Borussii prowadzenie 2:1. To był już czwarty gol Gwinejczyka w tej edycji Ligi Mistrzów — potwierdzenie jego strzeleckiej formy w europejskich pucharach. Sabah próbowało jeszcze odpowiedzieć: wprowadzony w drugiej połowie Orphe Mbina miał dobrą okazję, ale jej nie wykorzystał.
Po trzech kolejkach fazy ligowej Borussia Dortmund ma na koncie sześć punktów, Sabah Baku zgromadził ich trzy. Warto przypomnieć, że azerski klub to mistrz kraju, a niemiecka drużyna broni barw wicemistrza Bundesligi.
W kolejnej kolejce Ligi Mistrzów Borussię czeka starcie z Betisem, a Sabah Baku zmierzy się z Vikingiem.
Od przyszłego sezonu Euroliga koszykarzy zmieni format rozgrywek z 20 klubów grających systemem każdy z każdym na 24 drużyny podzielone na dwie konferencje. Kryteria tworzenia tych konferencji nie zostały jeszcze zdefiniowane. Informację potwierdził prezes Euroligi Dejan Bodiroga, który mówił o planach podczas programu „Radar Forum”, a jego słowa przytoczyła hiszpańska „Marca”.
Obecny format opiera się na 20 drużynach. Po sezonie zasadniczym sześć najlepszych zespołów trafia bezpośrednio do ćwierćfinału, a kolejne cztery walczą w fazie play-in o dwa ostatnie miejsca w tej fazie. Ten właśnie system odejdzie do historii, gdy wejdzie w życie nowa, 24-drużynowa struktura podzielona na dwie konferencje.
Zmiana zapada w cieniu nieudanych rozmów z zamorskim partnerem. NBA wystosowała formalną propozycję połączenia sił z Euroligą, ale ta ostatecznie została odrzucona. Europejscy decydenci poszli więc własną drogą. Zanim zapadła decyzja o nowym kształcie rozgrywek, odbyło się spotkanie przedstawicieli największych klubów kontynentu.
Kto rządzi Euroligą
Euroliga ma 13 właścicieli. Wśród nich są Barcelona, Real Madryt, Anadolu Efes, Baskonia, Fenerbahçe, Maccabi Tel Awiw, Olimpia Milano, Olympiakos, Panathinaikos, ASVEL, Bayern Monachium, Žalgiris i CSKA Moskwa. To one wyznaczają kierunek rozwoju rozgrywek, a powiększenie stawki do 24 zespołów otwiera drzwi nowym uczestnikom.
Bodiroga podkreślił, że Euroliga spotkała się ze znacznym zainteresowaniem i licznymi ofertami zarówno ze strony drużyn obecnie grających w EuroCup, jak i spoza tych rozgrywek. Według niego nowy format ma uczynić Euroligę najsilniejszą w jej historii.
Liczby zdają się to potwierdzać. W ubiegłym sezonie mecze Euroligi na żywo obejrzało na trybunach 3,3 miliona kibiców, a przed telewizorami śledziło je ponad 500 milionów widzów. Oba wyniki są rekordowe w historii rozgrywek.
UFC zaproponowało Mateuszowi Gamrotowi (26-5-0, 1 NC) starcie z Brianem Ortegą (16-5-0, 1 NC) na listopad. Polak odmówił. Jak sam przyznał, oferta kusiła, ale wchodzić w nią na żywioł nie zamierzał.
„Bardzo ciekawa propozycja i kusząca, ale to by było na wariata, potrzebuję na spokojnie podejść do kolejnej walki” – wyznał Gamrot. O kulisach tej decyzji opowiedział w Kanale Sportowym. Zaznaczył przy tym, że Ortega znajduje się w czołówce rankingu – a to pokazuje, jak poważną ofertę ostatecznie odrzucił.
Powód jest prosty: zdrowie. Przygotowania do poprzedniego występu nie oszczędziły Gamrota – złamał nos, do tego doszły problemy z kolanem. „Patrząc na kontuzje kolana i nosa, nie mogłem wziąć tego pojedynku. Powiedziałem, że bardzo chętnie, ale na późniejszym etapie” – tłumaczył zawodnik. Tamten występ i tak zakończył się porażką – w sierpniu Gamrot przegrał przez poddanie z Quillanem Salkilldem na gali UFC Fight Night.
Po tej walce 35-letni zawodnik sprawdził się w zupełnie innej dyscyplinie. We wrześniu wystartował w mistrzostwach świata ADCC w grapplingu, lecz odpadł już w pierwszej rundzie.
Ciekawostka: zanim układaniem kart walk zajął się Dan Hooker (24-15-0), to jemu, a nie Gamrotowi, zaproponowano starcie z Ortegą. Dla Polaka oznacza to dłuższe oczekiwanie na kolejnego rywala, choć pewne przeczucia już ma. „Pewnie dostanę kogoś, kto jest nade mną w rankingu, albo kogoś rozpędzonego spoza rankingu” – przewiduje zawodnik.
Powrót na własnych warunkach
Gamrot chce wracać do oktagonu w swoim tempie – nie pod dyktando kalendarza UFC. „Trenuję, pewnie po Nowym Roku ruszę na Florydę i będę czekał” – zapowiedział, wskazując połowę stycznia jako prawdopodobny termin wyjazdu. To właśnie tam, w barwach American Top Team, szykuje się do kolejnego starcia.
Sam powrót do klatki widzi dopiero wiosną. „Od 2-3 lat wychodzi tak, że wylatuję w połowie stycznia, w marcu lub kwietniu chętnie zawalczę” – przyznał były podwójny czempion KSW.
Zmieniło się też jego nastawienie przed kolejnym wejściem do klatki. Gamrot deklaruje, że odpuszcza sobie presję rankingów i pogoń za pasem. „Już nie chcę myśleć o kolejnych szansach, o tym, co wydarzy się w przyszłości. Teraz chcę po prostu zadowolić samego siebie, wyjść na pojedynek i zawalczyć tak, jakbym chciał, zadowolić fanów” – podsumował zawodnik American Top Team.
Borys Mańkowski, były mistrz KSW w wadze półśredniej, ostatni raz stanął w klatce w 2023 roku, ale to wcale nie oznacza, że przestał dostawać propozycje powrotu. Zainteresowanie jego osobą nie słabnie – ostatnio odezwały się do niego zarówno Fight Mode, jak i FAME MMA, a sam zawodnik opowiedział o tym w rozmowie z portalem InTheCage.PL.
Mańkowski to wciąż jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego MMA. Pas mistrzowski organizacji dzierżył w latach 2014-2017. W jego dorobku jest też starcie z Rafałem Moksem – uznawane za jedno z najlepszych w historii KSW. Tytuł wywalczył po dwóch starciach z Aslambekiem Saidovem: w rewanżu poddał go trójkątem nogami już w drugiej rundzie. Ta konkretna gala miała dodatkowe znaczenie – była pierwszą, która odbyła się w klatce, odkąd organizacja zrezygnowała z ringu.
Potem przyszły trudniejsze czasy. Walcząc o pas w niższej kategorii wagowej, Mańkowski przegrał po pełnym dystansie z Marianem Ziółkowskim. Dziś 37-letni zawodnik stoczył po tamtej porażce jeszcze dwa pojedynki: z Danielem Torresem w Toruniu oraz z Valerią Mirceą w Szczecinie, gdzie mimo obiecującego początku został znokautowany.
Dzwonił Juras, dzwonił właściciel FAME MMA
Sam przyznaje, że od tamtej pory telefon się nie urywa. Do Mańkowskiego zadzwonił Łukasz „Juras” Jurkowski z pomysłem walki na gołe pięści w formule Bare Knuckle. Odpowiedź padła od razu i była jednoznaczna.
„Juras do mnie dzwonił walki na gołe pięści i tak dalej, ale też nie chciałem słuchać propozycji, bo ja od samego początku jestem wrogiem Bare Knuckle” – przyznał Mańkowski, dodając: „Ja to oficjalnie mówię. Dla mnie MMA jest wystarczające”.
Próbę kontaktu podjęła też organizacja FAME MMA, choć nawet nie doszło do przedstawienia konkretnej oferty – Mańkowski od razu dał jasno do zrozumienia, że nie jest zainteresowany powrotem do klatki. Tym razem do rozmowy zadzwonił sam właściciel organizacji, Rafał Pasternak.
„Dzwoni do mnie i mówi tak: 'Borys, a powiedz czy Ty chcesz w ogóle usłyszeć moją propozycję?’. A ja mówię 'nie’ i on 'okey, szanuję’ i się rozłączył” – zrelacjonował zawodnik.
Całkowicie drzwi na przyszłość Mańkowski jednak nie zamyka. Zastrzega, że mógłby zmienić zdanie, ale tylko w zupełnie innych okolicznościach niż komercyjna oferta.
„Ja się nie zdziwię jak będę miał na przykład 45 lat i strzelam przyjdzie moja córa i powie 'kurde Tata ja nigdy nie widziałam’ i ja powiem 'no dobra, to dla Ciebie'” – przyznał, zostawiając furtkę otwartą tylko dla jednej konkretnej osoby.
Maja Chwalińska w niedzielę sięgnęła po pierwszy w karierze tytuł WTA, wygrywając turniej w Wuhan. W finale pokonała Brytyjkę Sonay Kartal 2:6, 6:4, 6:2. Mecz trwał blisko trzy godziny, a Polka musiała odrabiać straty po przegranym pierwszym secie. Ten triumf dał jej awans z 22. na 11. miejsce w rankingu WTA.
Sukces nie obronił się jednak przed falą krytyki w sieci. Część internautów uznała, że Chwalińska powinna bez trudu rozprawić się z rywalką, skoro dzieliła je przepaść rankingowa – Kartal plasowała się wówczas dopiero na 170. miejscu na świecie. Na te głosy zareagował Piotr Szczypka, menedżer Chwalińskiej. W rozmowie z „Faktem” postanowił wytłumaczyć, dlaczego taka ocena mija się z prawdą.
„Kiedy czytam, że ktoś jest na 170. miejscu na świecie i powinien być łatwym rywalem, coś mnie trafia. To może przecież być zawodniczka, która wcześniej zmagała się z kontuzją, tak jak Sonay Kartal. Skoro Brytyjka pokonuje zawodniczki z pierwszej i drugiej dziesiątki, to znaczy, że jest świetną tenisistką”
Szczypka przypomniał, że niska pozycja Kartal w rankingu to efekt długiej przerwy, a nie braku umiejętności. 24-letnia Brytyjka leczyła kontuzję przez pół roku i nie grała na kortach od marca do końca września, wracając dopiero na turnieju w Pekinie. Właśnie ta przerwa zepchnęła ją pod koniec drugiej setki klasyfikacji WTA – a przecież jeszcze w lipcu 2025 roku notowała najwyższe w karierze 44. miejsce.
Za jakością rywalki Chwalińskiej przemawiała też droga Kartal do finału w Wuhan: po drodze Brytyjka wyeliminowała Belindę Bencic, Jasmine Paolini, Elinę Switolinę oraz Jelenę Ostapenko, czyli zawodniczki regularnie startujące w czołówce rankingu. „Proponuję wszystkim, żeby, zanim zaczną oceniać, poświęcili trochę czasu na lekturę i sprawdzili w internecie, co się wydarzyło, jak ta zawodniczka wcześniej grała i jak wyglądała jej sytuacja. Wszystkie dziewczyny walczą o swoje kariery” – apelował menedżer Chwalińskiej.
„Nikt nie trafia do czołówki przypadkiem”
Szczypka podsumował też znaczenie samego turniejowego sukcesu. „Poziom jest wyśrubowany do granic możliwości. Sport wymaga ogromnego wysiłku fizycznego i nikt nie trafia do czołówki przypadkiem. Jest mnóstwo elementów, które trzeba połączyć, żeby wygrać turniej. O wszystkim decydują drobne szczegóły. Cieszymy się, że tym razem udało się osiągnąć sukces tak szybko” – powiedział.