⚡ Aktualnie:
Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój

LeBron James w tym tygodniu wystartował w swoim 24. sezonie ligi NBA – tym razem w nowych barwach, jako zawodnik Philadelphia 76ers. To już czwarty klub w jego karierze. Na pierwszy mecz sezonu Sixers trafili akurat na obrońców tytułu, New York Knicks, i to na ich terenie, w nowojorskiej hali Madison Square Garden.

Philadelphia lepiej zniosła presję meczu w drugiej połowie i ostatecznie wygrała 106:100. James miał w tym triumfie duży udział. Trudno wymarzyć sobie lepsze otwarcie kolejnego, już historycznego etapu kariery.

Przed obecnym sezonem na koncie Jamesa było 23 lata gry w NBA – w Cleveland Cavaliers, Miami Heat i Los Angeles Lakers. Z Cavaliers, klubem ze swojego rodzinnego stanu Ohio, związany był dwukrotnie. Ostatnie osiem sezonów spędził w Lakers, zanim trafił do Philadelphii, gdzie liczy na piąty tytuł mistrzowski w karierze.

Knicks bez Sochana, ale z mistrzowskim trzonem

Po stronie pokonanych latem doszło do zmiany w składzie – Jeremy Sochan odszedł z Knicks, a wcześniej zdążył podpisać i rozwiązać kontrakt z Portland Trail Blazers. Trzon mistrzowskiej ekipy z Nowego Jorku jednak pozostał nienaruszony, co teoretycznie dawało gospodarzom przewagę doświadczenia nad przebudowaną Philadelphią.

Sixers odpowiedzieli nową jakością. James zaczął spotkanie w pierwszej piątce, a obok niego na parkiecie stanął Jaylen Brown, sprowadzony do klubu latem i także umieszczony w wyjściowym składzie.

Resztę pierwszej piątki tworzyli zawodnicy związani z Philadelphią od dłuższego czasu – Joel Embiid, MVP sezonu 2022/23, Tyrese Maxey oraz V.J. Edgecombe. Ten ostatni zdążył już zwrócić na siebie uwagę kibiców koszykówki na innym froncie – w ostatnich kwalifikacjach olimpijskich rzucił 21 punktów w meczu, w którym Bahamy pokonały Polskę.

Dla Philadelphii to jednak dopiero pierwszy krok w sezonie, w którym obecność Jamesa ma być paliwem dla ambicji całej ekipy. Zwycięstwo nad obrońcami tytułu na ich własnym parkiecie to mocny sygnał na początek.

„W rozgrywkach wystąpi również 70 Europejczyków” — tak NBA podsumowała skład ligi przed nowym sezonem. To drugi najlepszy wynik w historii rozgrywek. Polaka w tym gronie jednak nie znajdziemy.

Najliczniejszą grupę wśród Europejczyków tworzą Francuzi — grają w lidze w liczbie 17. Spośród nich wyróżnia się Victor Wembanyama, uznany najlepszym obrońcą poprzedniego sezonu. Jest też pewna zmiana na szczycie: po raz pierwszy od 13 lat prowadzenie w zestawieniu zagranicznych zawodników nie należy do Kanady — reprezentuje ją 16 koszykarzy. Dalej w klasyfikacji są Australia z dziewięcioma graczami i Niemcy z siedmioma. Po sześciu reprezentantów w lidze mają z kolei Nigeria i Serbia.

Ta europejska lista nazwisk w NBA to coś więcej niż suche liczby. Wśród graczy znajdują się Nikola Jokić, Giannis Antetokounmpo i Luka Dončić — zawodnicy, którzy od lat decydują o tym, komu przypadają najważniejsze nagrody indywidualne. Ostatnie osiem tytułów MVP sezonu zasadniczego trafiło właśnie do czterech koszykarzy spoza Stanów Zjednoczonych: Shai Gilgeousa-Alexandra, Jokicia, Joela Embiida i Antetokounmpo.

W tym gronie zabrakło Jeremy’ego Sochana, jedynego Polaka, który w ostatnich latach występował w lidze. Przed sezonem zawodnik został zwolniony przez Portland Trail Blazers i obecnie pozostaje bez klubu.

Liga coraz bardziej globalna

NBA poinformowała też o rekordowej liczbie ponad 60 koszykarzy urodzonych w Afryce lub mających przynajmniej jednego rodzica pochodzącego z tego kontynentu. W kadrach wszystkich 30 zespołów ligi gra przynajmniej jeden zagraniczny zawodnik. Najwięcej takich graczy — po siedmiu — mają Dallas Mavericks, Miami Heat i Washington Wizards.

To już szósty sezon z rzędu, w którym liczba zawodników spoza USA sięga co najmniej 120. Rekord padł rok temu, gdy w lidze wystąpiło 135 takich koszykarzy. Tegoroczny wynik — nawet bez Polaka w żadnej kadrze — pokazuje, że globalizacja NBA nie zwalnia tempa.

„Powiedzieć, że jestem zdruzgotana to za mało. Wracam do domu. Pełny zakres urazu poznamy podczas piątkowej operacji” — napisała Valerie Grenier, kanadyjska narciarka alpejska, informując swoich fanów o kontuzji zaledwie kilka dni przed startem nowego sezonu.

Do urazu kolana doszło na treningu w Soelden — to tam tradycyjnie startuje nowy cykl Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. Kontuzja okazała się na tyle poważna, że konieczna będzie operacja. Zabieg zaplanowano na piątek, w Kanadzie, skąd zawodniczka pochodzi. Na razie nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy Grenier wróci na stok.

O problemach zdrowotnych alpejka z Ottawy poinformowała na Instagramie, dołączając do wpisu zdjęcie — widać na nim kule i ortezę na kolanie. Zawodniczka, która ma prawie 30 lat (urodziny obchodzi 30 października), doznała kontuzji w wyjątkowo niewygodnym momencie — tuż przed tą okrągłą datą.

Pech po najlepszym sezonie w karierze

Ten cios boli tym bardziej, że poprzedni sezon Pucharu Świata Grenier zakończyła na szczycie podium w gigancie. Triumf przyszedł 25 marca w norweskim Hafjell koło Lillehammer i był już trzecim zwycięstwem Kanadyjki w zawodach Pucharu Świata. Co ciekawe, wszystkie trzy wygrane odniosła właśnie w gigancie — dyscyplinie, w której specjalizuje się od lat.

Zamiast szykować formę do startu w Soelden, Grenier wraca więc do domu na operację, wciąż bez pełnej diagnozy. Kibicom narciarstwa alpejskiego pozostaje uzbroić się w cierpliwość i czekać na wieści o jej powrocie.

„Vamos Barcelona” — taki napis umieścił Robert Lewandowski na zdjęciu swojego telewizora, które opublikował na Instastory. Były piłkarz FC Barcelony nie zamierzał przegapić starcia swojego dawnego klubu z PSG, choć w Chicago, gdzie teraz mieszka i gra, dochodziła dopiero godzina 14.

We wtorek rozegrano trzecią kolejkę fazy ligowej Ligi Mistrzów, a jednym z jej gwoździ programu był mecz w Parku Książąt. Paris Saint-Germain podejmowało tam FC Barcelonę. Gospodarze wygrali 4:2, a dla katalońskiej ekipy była to pierwsza porażka w tym sezonie — wcześniej Barcelona wygrywała dosłownie wszystko.

Wynik może sugerować jednostronne widowisko, ale tak nie było. Barca dwa razy odrabiała straty po golach rywala. Najpierw kontaktowe trafienie na 1:1 dał Xavi Espart, potem PSG znów wyszło na prowadzenie, a wyrównanie do 2:2 zapewnił Lamine Yamal. Finisz jednak należał do paryżan — dwa gole w końcówce przypieczętowały ich zwycięstwo 4:2.

Lewandowski kibicował z Chicago

Z drugiej strony Atlantyku całe widowisko obserwował Robert Lewandowski, jeden z widzów tego spotkania. Polak w tym sezonie reprezentuje barwy Chicago Fire i choć od jego gry w Barcelonie minęło już kilka etapów kariery, emocjonalnie wciąż jest związany z klubem z Camp Nou.

Sam Lewandowski ma za sobą solidny sezon w MLS. W dotychczasowych 20 meczach dla Chicago Fire strzelił 8 goli i zanotował 3 asysty. Różnica czasowa i wczesna popołudniowa godzina w Chicago nie przeszkodziły mu zasiąść przed telewizorem, gdy jego dawni koledzy walczyli o punkty w Paryżu.

„To bolesna porażka” – powiedział Jan Bednarek po tym, jak FC Porto przegrało u siebie z PSV Eindhoven 0:1 w 3. kolejce Ligi Mistrzów. Polski obrońca rozegrał całe spotkanie w defensywie portugalskiego klubu i po meczu nie szukał wymówek.

Dla FC Porto to kolejny ciężki wieczór w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Klub wciąż nie wygrał żadnego meczu i nie zdobył nawet punktu w fazie zasadniczej, co spycha go w dolne rejony tabeli rundy głównej. A w lidze to zupełnie inny obrazek: w Primeira Liga Porto ma komplet 24 punktów po ośmiu kolejkach i prowadzi w tabeli.

Bednarek, 30-letni reprezentant Polski, w pomeczowym wywiadzie dla Canal+ Sport nie owijał w bawełnę. „W pierwszej połowie brakowało nam energii. W taktyce też czegoś brakowało” – ocenił. Zaraz potem zaznaczył jednak, że jego zespół nie stał z założonymi rękami. „Myślę, że nieźle broniliśmy, mieliśmy kilka dobrych okazji” – dodał.

Gol, który wszystko zmienił

O losie meczu zdecydowała jedna akcja po przerwie. „W drugiej połowie straciliśmy gola” – przyznał krótko Bednarek. I tu paradoks: według obrońcy to właśnie po stracie gola Porto zaczęło wyglądać lepiej. „W drugiej połowie kontrolowaliśmy mecz. Oni w zasadzie nie mieli żadnych szans poza golem” – zauważył. Brakło jednak skuteczności pod polem karnym rywala. „Musimy być bardziej pewni siebie. Powinniśmy wykorzystać niektóre z naszych sytuacji, zwłaszcza z rywalem takiej klasy i takiej jakości” – stwierdził Polak.

Bednarek nie kryje, że rozjazd między formą ligową a europejską trudno jest zrozumieć nawet samym piłkarzom. „Trudno przełknąć tę porażkę. Mamy mieszane uczucia, bo w lidze radzimy sobie świetnie, a w Lidze Mistrzów mamy problemy” – powiedział. Na kryzys przepisał spokój, nie panikę. „Myślę, że nie możemy popadać ze skrajności w skrajność. Musimy trzymać ten balans i trzymać się razem” – apelował.

Przypomniał też, czego się wymaga od klubu tej wielkości. „To wielki klub. Wiemy, że oczekuje się od nas, żebyśmy wygrywali” – mówił. Drużyna i ludzie z nią związani, dodał, zasługują na stabilność. „Ten klub na to zasługuje i cała ta grupa ludzi” – zaznaczył.

Na koniec spojrzał w przyszłość. Sezon jest długi, przypomniał, i nie obejdzie się bez wzlotów i upadków. „W całym sezonie będzie dużo trudnych momentów. Dlatego potrzebujemy wsparcia, żeby się potem pozbierać” – powiedział. Na dowód przywołał niedawną historię klubu. „Bez jedności to się absolutnie nie uda. Mieliśmy fantastyczny czas na koniec poprzedniego sezonu i to właśnie dlatego, że wszyscy trzymaliśmy się razem” – podsumował.

„PSG pokazało, że jest od nas lepsze” — powiedział Hansi Flick po meczu na Parc des Princes. Trener FC Barcelony nie szukał wymówek, choć jego zespół przegrał z Paris Saint-Germain 2:4 w fazie ligowej Ligi Mistrzów. Spotkanie odbyło się we wtorkowy wieczór.

Dla Barcelony był to prawdziwy wyłom w sezonie, który do tej pory wyglądał niemal bezbłędnie. Przed porażką z PSG zespół Flicka wygrał wszystkie jedenaście spotkań rozegranych w tej kampanii — strzelił w nich 48 goli, stracił tylko 11. W Paryżu Katalończycy trafiali do siatki dwukrotnie, za sprawą Xaviego Esparta i Lamine Yamala, i dwa razy doprowadzali do remisu. To jednak nie wystarczyło.

To był już drugi mecz Flicka z PSG na ławce Barcelony i drugi, który zakończył się porażką jego zespołu. Rok wcześniej, w fazie ligowej poprzedniego sezonu, Barcelona przegrała z paryżanami 1:2. Bilans wzajemnych starć pod wodzą Niemca mówi więc sam za siebie.

Flick nie krył, że jego zespół sam sobie zaszkodził. „Popełnialiśmy błędy i traciliśmy piłkę. To był dla nas świetny test i zobaczyliśmy, w jakich obszarach musimy się poprawić” — stwierdził na konferencji prasowej. Wskazał też na okoliczności, które utrudniły przygotowania do starcia z PSG. „To nie jest wymówka, ale przygotowania do tego meczu po spotkaniu z Sevillą nie były najlepsze” — dodał trener.

Problem zaczął się już w Andaluzji. Po wygranym 5:2 meczu z Betisem w Sewilli Barcelona musiała zostać na miejscu dłużej niż planowano z powodu silnej burzy. Potem przyszły ponad dwie godziny spędzone w samolocie — i rozsypany rytm przygotowań przed wyjazdem do Paryża.

Spokój mimo porażki

Mimo gorzkiego wyniku Flick starał się uspokoić nastroje wokół zespołu. „Tytułów nie zdobywa się w październiku, Ligę Mistrzów rozstrzyga się w czerwcu” — przypomniał, sugerując, że jedna porażka w fazie ligowej nie powinna przesłaniać szerszego obrazu sezonu. Zwrócił jednak uwagę na moment, w którym Barcelona straciła kontrolę nad meczem. „Myślę, że w ostatnich minutach, po wyniku 3:2, drużyna trochę się rozpadła” — ocenił.

Na konferencji prasowej Flick znalazł też miejsce na pochwały. Wyróżnił Joana Garcię i Xaviego Esparta za ich występ w Paryżu. Nie uniknął też pytań o decyzję personalną — w wyjściowym składzie postawił na Marca Bernala, a nie na Rodriego. „Zdajemy sobie sprawę ze zmęczenia Rodriego i minut, które już miał na koncie” — wyjaśnił tę rotację. Dodał, że młody pomocnik odpowiedział na zaufanie trenera. „Bernal zagrał dobry mecz, przede wszystkim w pierwszej połowie” — ocenił Flick.

Decyzja o odciążeniu Rodriego ma mieć swój ciąg dalszy. „Rodri będzie wypoczęty na El Clasico” — zapowiedział niemiecki szkoleniowiec, dając do zrozumienia, że porażka w Paryżu to już zamknięty temat, a myśli w Barcelonie krążą wokół kolejnego wielkiego testu.

„Sam zawodnik przekazał po treningu, że czuje się dobrze i wszystko jest w porządku” – takie słowa popłynęły z obozu Legii Warszawa po wtorkowych zajęciach. Chodziło o Rubena Vinagre, na którego powrót do gry czekano od tygodni.

Portugalczyk znalazł się wśród zawodników trenujących w ramach przygotowań do niedzielnego meczu z Lechem Poznań. Przygotowania do tego spotkania ruszyły we wtorek, a Legia podejmie wielkopolski zespół przy Łazienkowskiej w niedzielę, 25 października, o godzinie 17:30.

Vinagre, grający na pozycji lewego wahadłowego, od pewnego czasu zmagał się z urazem, który wykluczył go z gry. Z tego powodu nie zagrał w meczu z Wisłą Kraków, a później zabrakło go również na wyjeździe w spotkaniu z Cracovią. Tym bardziej jego obecność na boisku podczas wtorkowej jednostki treningowej rzuca się w oczy.

Jak podał portal Legia.Net, lewy wahadłowy uczestniczył w zajęciach na normalnych zasadach. Dla Marka Papszuna, szkoleniowca Legii, to dobra wiadomość – przed hitowym starciem z Lechem musi on układać skład, nie mając pełnej jasności, kto zdąży wrócić do zdrowia na dzień meczu.

Co dalej z Vinagre?

Jeśli nie pojawią się kolejne problemy zdrowotne, Vinagre powinien być do dyspozycji trenera na mecz z Lechem. Warto jednak zaznaczyć, że sam powrót do treningów nie oznacza gwarancji jego występu w podstawowym składzie. O tym, czy Portugalczyk wybiegnie od pierwszej minuty, Papszun zdecyduje najpewniej bliżej niedzieli.

Na wtorkowych zajęciach zespół nie skupiał się wyłącznie na kwestiach zdrowotnych poszczególnych zawodników. Legia pracowała między innymi nad taktyką, grą na małej przestrzeni oraz ćwiczeniami w warunkach dużej intensywności. Do tego doszły stałe fragmenty gry i skuteczność – elementy, które mogą ostatecznie zdecydować o wyniku starcia z Lechem.

FC Porto przegrało z PSV Eindhoven 0:1 w meczu Ligi Mistrzów. Dla Oskara Pietuszewskiego to spotkanie miało jednak inny ciężar gatunkowy – 18-letni skrzydłowy reprezentacji Polski po raz pierwszy w tym sezonie znalazł się w wyjściowym składzie Porto.

Młody zawodnik dopiero wraca do gry po kontuzji, przez którą stracił początek sezonu. Odwagi mu jednak nie brakowało – przeciwko mistrzom Holandii oddał trzy strzały, choć żaden nie trafił w światło bramki.

Mimo porażki zespołu portugalska prasa doceniła jego grę. Serwis „Bola na Rede” określił Pietuszewskiego jako „jednego z nielicznych pozytywnych wyróżników pierwszej połowy FC Porto”. „A Bola” chwaliła go z kolei za odwagę w pojedynkach jeden na jeden. Zauważono również jego zaangażowanie w defensywie – to właśnie Pietuszewski jako pierwszy ze wszystkich graczy Porto ruszał do pressingu.

Dobre recenzje nie uchroniły go jednak przed wcześniejszym zejściem z boiska. Został zmieniony w 58. minucie, jako jeden z trzech zawodników ściągniętych przez trenera Francesco Fariolego. Szkoleniowiec Porto najwyraźniej uznał, że nadszedł czas na roszady – choć akurat występ 18-latka należał do jaśniejszych punktów pierwszej połowy.

Porto wciąż szuka pierwszego punktu

Dla samego klubu wieczór był kolejnym rozczarowaniem. Trzy mecze, trzy porażki – taki jest bilans Porto w tej edycji Ligi Mistrzów. W tabeli przekłada się to na 33. miejsce wśród 36 zespołów.

W kadrze portugalskiego giganta występuje obecnie trzech reprezentantów Polski – obok Pietuszewskiego są to Jan Bednarek i Jakub Kiwior. Dla kibiców to jednak młody skrzydłowy, mimo przedwczesnej zmiany, zapada w pamięć jako jasny punkt trudnego wieczoru w Porto.

Paris Saint-Germain pokonało FC Barcelonę 4:2 w meczu Ligi Mistrzów. Spotkanie odbyło się we wtorkowy wieczór w Paryżu. Kibice zobaczyli na boisku aż sześć bramek. Po ostatnim gwizdku głos zabrali dziennikarze, którzy śledzili rywalizację na żywo – a ich reakcje nie pozostawiały wątpliwości.

Krzysztof Marciniak, dziennikarz Canal+, skomentował starcie na platformie X. „Kosmiczny mecz w Paryżu” – napisał krótko, po czym rozwinął myśl.

Piłkarscy artyści, trenerzy-wizjonerzy, ale przede wszystkim niebywały poziom ryzyka podejmowanego przez oba zespoły

Marciniak zwrócił uwagę na postawę Fabiana Ruiza i Joao Cancelo. Ruiz, jak zauważył, dryblował we własnym polu karnym. Cancelo z kolei próbował przechodzić linię rywali – zagrania, które w zwykłym meczu uchodziłyby za czyste szaleństwo taktyczne. Dziennikarz opisał też sposób, w jaki broniły się obie drużyny: krycie 1 na 1 na całym boisku i ekstremalnie wysoko ustawione linie defensywy.

I ciągłe pojedynki, w każdej strefie i każdej możliwej konfiguracji. Oby futbol szedł w tę stronę!

Espart jak Nuno Mendes

Swoją ocenę meczu przedstawił też Piotr Domagała, komentator piłkarski. Wyróżnił 19-letniego zawodnika PSG o imieniu Espart, który rywalizował z Kvaratskhelią. Domagała porównał tę postawę do występu Nuno Mendesa przeciwko Lamine’owi Yamalowi w finale Ligi Narodów.

Espart schował dzisiaj Kvare do kieszeni tak, jak Mendes Yamala w finale Ligi Narodów

Marciniak i Domagała byli zgodni: paryski wieczór dał kibicom coś więcej niż samo 4:2. Pokazał futbol budowany na ryzyku, indywidualnych starciach i odwadze obu sztabów szkoleniowych.

Fenerbahce zremisowało ze Slavią Praga 2:2 w 3. kolejce fazy ligowej Ligi Mistrzów. Spotkanie rozegrano w Stambule. W wyjściowej jedenastce gości znalazło się miejsce dla dwóch Polaków — pomocników Wiktora Nowaka i Oskara Kubiaka. Fenerbahce polscy kibice kojarzą też z innego powodu: w kwalifikacjach do tegorocznej edycji Ligi Mistrzów turecki klub wyeliminował między innymi Górnik Zabrze.

Gospodarze ruszyli z kopyta. Już w 4. minucie Oguz Aydin huknął sprzed pola karnego i otworzył wynik. Siedem minut później Fenerbahce prowadziło jeszcze bezpieczniej — na 2:0 podwyższył Mason Greenwood.

Slavia odpowiedziała szybko, choć pomógł jej błąd rywala. W 15. minucie bramkarz Fenerbahce Ederson zagrał do Matteo Guendouziego, ten jednak niechlujnie podał do kolegi w okolicach szesnastego metra. Piłkę przechwycił pomocnik Slavii Lukas Provod i strzelił gola kontaktowego. Do przerwy wynik się już nie zmienił.

Nowak znów w centrum uwagi

Wiktor Nowak, odkrycie ostatniego zgrupowania reprezentacji Polski, próbował swoich sił także w ataku. W 61. minucie jego strzał z pola karnego został zablokowany. Chwilę później role się odwróciły: w 64. minucie Romelu Lukaku popędził lewym skrzydłem, a z dogodnej pozycji huknął Nene. Na pierwszy plan wysunął się jednak bramkarz Slavii Jakub Markovic, który popisową interwencją obronił ten strzał.

W 75. minucie trener gości sięgnął po zmianę — Oskar Kubiak ustąpił miejsca Toumaniemu Diakite. Wszystko wskazywało na porażkę Czechów, ale końcówka przyniosła zwrot akcji.

W doliczonym czasie, w 90. minucie, Emmanuel Ayaosi dośrodkował z prawej strony. W polu karnym doskoczył do piłki rezerwowy Pavel Kacor, który akrobatycznym strzałem rzutem na taśmę wyrównał na 2:2. Tym trafieniem Slavia Praga wywalczyła punkt tuż przed końcowym gwizdkiem.

Remis pasuje do nierównego dotąd bilansu obu drużyn w tegorocznej fazie ligowej. Fenerbahce wcześniej zremisowało 1:1 z Romą, ale zaliczyło też dotkliwą porażkę 0:6 z Aston Villą. Slavia Praga również nie miała wielu powodów do zadowolenia — przegrała 2:3 z Lens oraz 0:2 z Sabah Baku. Dla obu ekip punkt zdobyty w Stambule to przynajmniej częściowe pocieszenie po wcześniejszych potknięciach.

Instalacja aplikacji
Pobierz