„Co za wynik” – takim komentarzem media podsumowały spotkanie, w którym obrońcy tytułu mistrza NHL nieoczekiwanie ulegli jednej z najsłabszych ekip obecnego sezonu. Carolina Hurricanes przegrali na wyjeździe z Calgary Flames 2:3 i stracili serię siedmiu zwycięstw z rzędu.
Dla ekipy z Raleigh był to szok z kilku powodów. To wciąż aktualny mistrz NHL, a przed tym meczem jechał na fali siedmiu triumfów bez przerwy. Co ciekawe, sezon zaczęła od dwóch porażek – ta długa seria zwycięstw była więc dopiero odbudową formy po słabym starcie.
Calgary Flames podchodziło do tego meczu w zupełnie innej sytuacji. Miało na koncie tylko jedno zwycięstwo w całym sezonie i uchodziło za jedną z najsłabszych drużyn tegorocznej edycji NHL. A jednak to właśnie ta ekipa przerwała fenomenalną passę mistrzów.
Przebieg meczu
Długo nic nie wskazywało na jednoznaczny kierunek spotkania. Po dwóch tercjach na tablicy świecił remis 2:2. Dla Carolina Hurricanes trafiali Jesperi Kotkaniemi i Jalen Chatfield – niestety, to nie wystarczyło, by podtrzymać serię.
Po stronie Calgary Flames bramki strzelali Matwiej Gridin, Morgan Frost oraz Jahor Szaranhowicz. Gospodarze ostatecznie wygrali 3:2, zamykając tym samym wyjątkowo udany dla Hurricanes etap sezonu.
„Potrzebowałem czasu dla siebie” — tak Mateusz Gamrot skomentował swoje dłuższe zejście z radaru po ostatniej walce. 35-letni zawodnik, były mistrz KSW, opowiedział o tym we wtorek Maciejowi Turskiemu w programie OKTAGON LIVE na antenie Kanału Sportowego.
Gamrot zdradził przy tym, że UFC odezwało się do niego z konkretną propozycją kolejnego pojedynku — chodziło o starcie z Brianem Ortegą. Polak tę ofertę odrzucił.
Powód? Stan po walce wieczoru na gali UFC Vegas 120 z początku sierpnia, gdzie zmierzył się z Quillanem Salkilldem. 26-letni Australijczyk z Perth trafił go najpierw kontrą, przez co Gamrot zdecydował się przenieść walkę do parteru. Salkilld obronił się przed obaleniem, a chwilę potem sam skutecznie obalił rywala. Gdy Polak próbował się podnieść, odsłonił plecy — Australijczyk natychmiast zapiął duszenie i zmusił go do odklepania.
Dlaczego Gamrot powiedział „nie”
Po tej porażce Gamrot wyraźnie przycichł w mediach społecznościowych — nie udzielał wywiadów, nie odpowiadał na komentarze. Sam tłumaczył to prosto: potrzebował odpoczynku. A rok 2025 i bez tego dał mu się we znaki. Dwie walki na koncie plus start w tegorocznych Mistrzostwach Świata ADCC. Jakby tego było mało, przygotowania do starcia z Salkilldem przyniosły mu poważny uraz nosa.
Co dalej? Plany na najbliższe miesiące są już ustalone. Po nowym roku Polak wyleci do Stanów Zjednoczonych na obóz przygotowawczy na matach American Top Team, a do klatki chce wrócić w okolicach marca. Liczy jednak na coś ambitniejszego — rywala wyżej sklasyfikowanego w rankingu albo kogoś spoza niego, ale z serią zwycięstw za sobą.
Rywalem Briana Ortegi został tymczasem Dan Hooker. Ich pojedynek zobaczymy na listopadowej gali UFC w Katarze.
„Co do mojej walki, nie mam jeszcze konkretnej propozycji od KSW” – napisał Mamed Chalidow w relacji na Instagramie, odpowiadając fanom, którzy dopytywali o jego powrót do klatki. Zawodnik z Olsztyna zaznaczył przy tym, że na konkretną propozycję walki od organizacji czeka już ponad dwa miesiące.
Na krótkim wpisie się jednak nie skończyło. Chalidow, były czempion KSW, opublikował też materiał wideo z retrospektywą swojej kariery. W opisie podziękował fanom za lata wsparcia i zapowiedział, że jeszcze go zobaczą w oktagonie. „Dziękuję wam za te wszystkie lata wsparcia. Patrząc na tę historię, nie mogę uwierzyć, że tak mi się poszczęściło i dziękuję za to Bogu, że mam was. Do zobaczenia w oktagonie” – napisał.
KSW potwierdza prace nad walką
Sprawą od pewnego czasu zajmuje się też kierownictwo organizacji. Na początku października Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy KSW, potwierdził w programie „Klatka po klatce” w rozmowie z Arturem Mazurem, że trwają prace nad kolejną walką Chalidowa. Jak przekazał, tematem zajmuje się Martin Lewandowski, jeden z szefów KSW, który „pracuje nad taką walką”. Dyrektor sportowy przyznał również, że organizacja ma już pomysł na konkretnego rywala dla Chalidowa.
Oficjalnej decyzji wciąż nie ma, ale w kuluarach pojawia się już konkretna data. Mówi się, że Chalidow mógłby wrócić do klatki na gali XTB KSW 124, zaplanowanej na 19 grudnia w Gliwicach. Na razie jednak zawodnik musi czekać na telefon z organizacji – tak samo jak czekają na niego jego kibice.
„Do zobaczenia w oktagonie” — napisał Mamed Khalidov w mediach społecznościowych. Krótki wpis, a jednak wystarczył, by znów rozpalić dyskusję o przyszłości jednego z najbardziej rozpoznawalnych zawodników w historii KSW.
W relacji na Instagramie Khalidov nie owijał w bawełnę i dał jasno do zrozumienia, że sprawa wciąż wisi w powietrzu. „Co do mojej walki, nie mam jeszcze konkretnej propozycji od KSW” — powiedział. Dodał też, że na ruch ze strony organizacji czeka od dłuższego czasu. „Czekam i czekam. Czekam już ponad dwa miesiące, więc taka informacja” — podkreślił.
Zawodnik zdecydował się odsłonić kulisy negocjacji — uznał, że kibice zasługują na jasność. „Myślę, że powinienem wam to powiedzieć” — stwierdził.
„Czekam i czekam. Czekam już ponad dwa miesiące, więc taka informacja.”
Porażka na KSW 117 i co dalej
Ostatni raz w oktagonie Khalidov pojawił się podczas gali XTB KSW 117, która odbyła się 18 kwietnia w Warszawie. Walczył tam o pas mistrzowski wagi średniej z Pawłem Pawlakiem i przegrał przez rozbicie. Od tamtego wieczoru minęło już ponad dwa miesiące — czas, o którym mówi sam zawodnik, czekając na nową propozycję.
To postać, która w historii KSW dwukrotnie wspinała się na szczyt: jako były mistrz wagi półciężkiej i były czempion wagi średniej. Khalidov debiutował w MMA w 2004 roku i od tamtej pory zbudował jeden z najbogatszych rekordów w polskim MMA — 49 pojedynków, 38 wygranych, w tym 17 zwycięstw przez nokaut i 17 przez poddanie.
Na razie żadna data czy rywal nie są ustalone. Khalidov czeka na telefon z KSW. Kibice czekają na kolejny rozdział kariery zawodnika, który od dwóch dekad pozostaje jedną z twarzy organizacji.
14 sekund po karze dla Podhala Nowy Targ, już w 1. minucie meczu, Miro Ruokonen otworzył wynik spotkania. A to był dopiero początek katastrofy dla gospodarzy.
W 12. kolejce TAURON Hokej Ligi GKS Katowice rozbił Podhale Nowy Targ 11:0. Mecz rozegrano w Nowym Targu – i „Szarotki” nie zdobyły w nim ani jednej bramki.
Gospodarze szybko znaleźli się w dołku. Dwie minuty po golu Ruokonena na listę strzelców wpisał się Stephen Anderson, podwyższając prowadzenie gości. Podhale próbowało odpowiedzieć kontrami – Kacper Malasiński i Adrian Słowakiewicz starali się zbudować coś groźnego pod bramką Michała Kielera, który bronił barw GKS-u. Bez skutku. W 7. minucie Patryk Krężołek ustalił wynik pierwszej tercji na 3:0.
Lawina goli w drugiej tercji
Po przerwie katowiczanie nie zwolnili tempa. W 27. minucie Mateusz Michalski wykorzystał akcję rozegraną przez Grzegorza Pasiuta i Bartosza Fraszko, zdobywając czwartą bramkę meczu. Pięć minut później sam Fraszko dopisał się do listy strzelców, wykorzystując podanie od Patryka Wronki. Michalski skompletował dublet w 34. minucie, a przy tej bramce asystowali ponownie Fraszko i Pasiut.
Trzecia tercja przyniosła kolejną serię trafień. W 46. minucie siódmego gola dla GieKSy strzelił Ethan Cap, a chwilę później Błażej Chodor podwyższył prowadzenie na 8:0. Miro Ruokonen, autor pierwszego gola meczu, dopisał swoje drugie trafienie w 49. minucie. Trzy minuty później Kacper Maciaś ustalił wynik na 10:0. Ostatnie słowo należało do Patryka Krężołka, który dobił uderzenie Chodora i nadał meczowi ostateczny, dwucyfrowy wymiar – 11:0.
„A Łotysz pewnym strzałem pokonał Paavo Hölsę” – tak wyglądał moment, który przywrócił Cracovii nadzieję w meczu, w którym krakowianie musieli gonić wynik. To Daniels Goršānovs strzałem pokonał bramkarza Paavo Hölsę i doprowadził do wyrównania na 1:1. Na koniec jednak Comarch Cracovia pokonała na własnym lodzie JKH GKS Jastrzębie 5:2 w meczu 12. kolejki Tauron Hokej Ligi.
Gospodarze grali bez kilku zawodników z kadry, co nie przeszkodziło im sięgnąć po cenne zwycięstwo. Bohaterem wieczoru okazał się Joni Airo – dwukrotny strzelec tego spotkania.
Jastrzębie prowadziło po przewadze, ale Cracovia odpowiedziała
Pierwsze trafienie padło już w 8. minucie – Jastrzębie wykorzystało wtedy przewagę po karze Patryka Wajdy. Na 1:0 trafił Marek Charvát, otwierając wynik meczu. Gospodarze nie dali się jednak spacyfikować – już w 15. minucie Cracovia doprowadziła do wyrównania. Przy golu na 1:1 asystował Jakub Michalski, podaniem obsługując Danielsa Goršānovsa.
Druga tercja przyniosła kolejny zwrot. W 39. minucie, w przewadze, Laitinen uderzył z linii niebieskiej i dał Cracovii prowadzenie 2:1. Jastrzębie szybko odpowiedziało – w 45. minucie Mirro-Pekka Saarelainen wyrównał na 2:2.
O losach meczu zdecydowała końcówka. Niespełna trzy minuty przed syreną doszło do zamieszania przy krążku w trakcie zmiany zawodników pod boksem JKH. Z tego chaosu skorzystał Joni Airo, dając Cracovii prowadzenie 3:2.
Szukając wyrównania, Jastrzębie dwukrotnie zdecydowało się wycofać bramkarza z lodu. Ten ryzykowny manewr odbił się gościom czkawką – Cracovia dwukrotnie trafiła do pustej bramki, dopisując do swojego konta kolejne gole. Najpierw dublet skompletował Joni Airo, trafiając po raz drugi w tym meczu, a ostateczne 5:2 ustalił Sean Montgomery.
„Mistrzowie Polski w najciekawiej zapowiadającym się meczu 12. kolejki TAURON Hokej Ligi pokonali na własnym lodzie ECZD Zagłębie Sosnowiec 3:1!” – tak najkrócej można opisać sobotni wieczór na lodowisku przy ulicy de Gaulle’a.
Na tyskim lodzie zmierzyły się dwie najlepsze w tym momencie ekipy ligi: aktualny mistrz Polski GKS Tychy oraz prowadzące w tabeli ECZD Zagłębie Sosnowiec. Gospodarze musieli radzić sobie bez Henriego Knuttinena, a w drużynie gości nie zobaczyliśmy Joniego Pipponena i Michała Kotlorza. Do momentu wznowienia gry kluby nie podały przyczyn absencji tej trójki.
Pierwsza tercja nie przyniosła goli, choć emocji było sporo. Joel Kerkkänen zobaczył karę meczu za atak na głowę, a sędziowie dwukrotnie sięgali po wideoweryfikację, w tym raz analizując nieuznane trafienie gości. Mimo tych przerw po 20 minutach tablica wyników wciąż pokazywała 0:0.
Komorski przełamuje impas, Viitanen podwyższa
Lód ruszył w drugiej odsłonie. W 23. minucie i 52. sekundzie kapitan Tyszan Filip Komorski otworzył wynik meczu. Trafienie padło 180 sekund po tym, jak sam Komorski wyszedł z ławki kar – dobił krążek po strzale Olliego Kaskinena z linii niebieskiej. Chwilę wcześniej gości wybronił Tomáš Fučík, czeski bramkarz GKS Tychy: najpierw nie dał się zaskoczyć Miice Roine’owi, a potem obronił sytuację sam na sam z Väinö Sirkiä.
Na 2:0 podwyższył Mark Viitanen, Estończyk w barwach Tychów, w 30. minucie i 16. sekundzie, wykańczając akcję Szymona Kiełbickiego i Alana Łyszczarczyka. Zagłębie jednak nie odpuszczało. Na 24 sekundy przed końcem drugiej tercji Jean Dupuy zdobył kontaktowego gola na 2:1, a asystę przy nim zaliczył Eero Savilahti.
Trzecia tercja przyniosła kolejną klarowną okazję gości. Najlepszą szansę miał młody napastnik Olaf Zachariasz, który spróbował technicznym strzałem zaskoczyć Fučíka, ale czeski golkiper obronił i to trafienie. W końcówce trener Zagłębia Matias Lehtonen postawił wszystko na jedną kartę – na 129 sekund przed końcem meczu zdjął bramkarza, grając w przewadze 6 na 5. Ten zabieg obrócił się jednak przeciwko sosnowiczanom, bo w 58. minucie i 52. sekundzie Bartłomiej Jeziorski trafił do opuszczonej bramki, ustalając wynik na 3:1.
To właśnie ten gol, poza kompletem punktów, dał Tyszanom coś znacznie ważniejszego – fotel lidera TAURON Hokej Ligi. Mecz, podzielony na tercje wynikiem 0:0, 2:1 i 1:0, zakończył się więc tak, jak od hitu kolejki należało oczekiwać – rozstrzygnięciem do ostatnich sekund.
„Było 72:50″ — tak wyglądała sytuacja na parkiecie na początku trzeciej kwarty meczu otwierającego sezon NBA 2026/2027. Boston Celtics mieli wtedy 22 punkty przewagi nad Detroit Pistons, a mecz tych dwóch zespołów był pierwszym oficjalnym spotkaniem nowego sezonu zasadniczego. Końcówka wyglądała jednak zupełnie inaczej, niż sugerował ten wynik.
Pistons nie złożyli broni. Jeszcze przed czwartą kwartą zdołali zredukować stratę do sześciu punktów, przegrywając już tylko 82:88. Coś się wtedy zmieniło. W ostatniej odsłonie meczu Detroit wygrało aż 39:25, a efektem tego było końcowe zwycięstwo gości 121:113. Wynik po kwartach — 27:28, 18:30, 37:30, 39:25 dla Pistons — najlepiej pokazuje, jak dramatycznie odwrócił się bieg rywalizacji po słabym drugim kwarterze.
Duren i Cunningham ciągnęli Pistons do przodu
Za sukcesem Detroit stało kilku zawodników grających na podobnie wysokim poziomie. Jalen Duren zanotował 22 punkty, tyle samo dorzucił Cade Cunningham. Duncan Robinson dodał 21 oczek, a Green zapisał na swoim koncie 19 punktów. Właśnie ta czwórka zbudowała przewagę, która pozwoliła odrobić dwucyfrową stratę w ostatnich dwunastu minutach.
Po drugiej stronie najwięcej uwagi przyciągał nie Jayson Tatum, a debiutant. Paul George, nowy w zespole Celtics doświadczony skrzydłowy, w swoim pierwszym występie w barwach Bostonu otrzymał od trenera Joe Mazzulli 31 minut gry. Wykorzystał je błyskotliwie — 38 punktów, pięć zbiórek i pięć przechwytów to bilans, który w każdym innym meczu zapewniłby zwycięstwo.
Tatum miał za to wieczór do zapomnienia. Gwiazdor Celtics zdobył jedynie 13 punktów w 38 minutach gry, trafiając zaledwie 6 z 23 rzutów z pola. Za trzy punkty był kompletnie bezradny — przestrzelił wszystkie siedem prób. Pocieszeniem mogło być jedynie 11 asyst, które świadczą o tym, że mimo słabej skuteczności Tatum wciąż kreował grę zespołową.
Boston nie miał problemów z celnością z dystansu jako zespół — 17 trafionych z 42 prób za trzy punkty dało 40-procentową skuteczność. Derrick White i Payton Pritchard dołożyli po 17 punktów. To jednak nie wystarczyło, by utrzymać przewagę zbudowaną w pierwszej połowie, gdy Celtics wygrywali drugą kwartę 30:18.
Dla Pistons to efektowny początek sezonu — zwycięstwo odrobione z 22 punktów strat rzadko zdarza się w pierwszym meczu rozgrywek. Dla Celtics, mimo wysokiej formy debiutującego George’a, porażka stawia pod znakiem zapytania skuteczność Tatuma w nowych okolicznościach gry.
„Trzykrotnie zwycięsko wychodził The Great” – tak w kontekście Alexandra Volkanovskiego podsumowuje się jego batalie z Maxem Hollowayem. To jednak tylko jeden z wątków, które w sobotę zderzą się na gali UFC 333 w Abu Dhabi. Organizacja szykuje kartę z dwoma pojedynkami mistrzowskimi – samo to stawia wydarzenie w rzędzie najważniejszych w tym roku.
Walką wieczoru będzie starcie Alexandra Volkanovskiego z Movsarem Evloevem. Australijczyk Volkanovski wchodzi do klatki z rekordem 28-4 i będzie bronić pasa mistrzowskiego wagi piórkowej UFC po raz siódmy w trakcie swojego drugiego panowania jako czempion. Po drodze trzykrotnie pokonał Maxa Hollowaya, a w ostatnich kilkunastu miesiącach dwukrotnie rozprawił się z Diego Lopesem. Naprzeciw niego stanie Rosjanin Movsar Evloev, legitymujący się idealnym rekordem 20-0 – w karierze wciąż niepokonany. Evloev niedawno pokonał Lerone’a Murphy’ego, a na swoim koncie ma też zwycięstwa nad Aljamainem Sterlingiem, Arnoldem Allenem i Diego Lopesem. Na papierze trudno znaleźć równie wyrównane zestawienie dwóch tak odmiennych stylów walki.
Co-main event to z kolei zwieńczenie trylogii – trzeci pojedynek Petra Yana z Merabem Dvalishvilim. Yan ma na koncie bilans 20-5, Gruzin Dvalishvili legitymuje się rekordem 21-5. W pierwszym starciu górą był Dvalishvili. W rewanżu, rozegranym pod koniec ubiegłego roku z pasem kategorii koguciej na szali, role się odwróciły – Yan pokonał rywala na pełnym dystansie i odebrał mu tytuł. Teraz trzecia odsłona ma wreszcie rozstrzygnąć, kto jest lepszy.
Kto jeszcze wystąpi na karcie głównej
Na karcie głównej UFC 333 zobaczymy również starcie Lone’era Kavangha (10-2) z Ramazanem Temirovem (20-2) oraz pojedynek doświadczonego Alexandra Volkova (40-11) z Rizvanem Kuniewem (15-3-1). Kartę główną otworzy walka Aarona Pico (14-5) z Losene Keitą (17-2). W rozpisce gali znajdują się także Dominick Reyes (16-5), Nikita Krylov (31-12) oraz Abus Magomedov (29-7-1). Warto zwrócić uwagę na trójkę niepokonanych zawodników, którzy będą bronić czystych bilansów: Abdul Rakhman Yakhyaev wystąpi z rekordem 10-0, Nurullo Aliev z bilansem 12-0, a Asaf Chopurov z kompletem 11-0 na koncie.
Polscy kibice obejrzą kartę główną na antenie Polsat Sport 3. Transmisja ruszy o godzinie 20:00, choć cała gala, licząc od karty wstępnej, startuje już o 16:00 w sobotę. Na starcia o pasy trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo walk mistrzowskich należy spodziewać się po godzinie 21:30. Wydarzenia z karty wstępnej będzie można śledzić na platformie UFC Fight Pass.
Pierścienie mistrzowskie trafiły na palce zawodników New York Knicks jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. I właśnie na tym skończyły się dobre wiadomości dla gospodarzy, bo własny bankiet zepsuła im Philadelphia 76ers, wygrywając 100:106.
Do przerwy wszystko układało się zgodnie z planem Knicks — po dwóch kwartach prowadzili 58:54. Potem jednak przyszła trzecia kwarta. To ona przechyliła losy całego meczu na stronę Philadelphii. Najwięcej punktów w spotkaniu zdobył Tyrese Maxey — 28. Swój debiut w barwach 76ers zaliczył też LeBron James, notując 14 punktów — trzeci najlepszy wynik w nowym zespole tego wieczoru. U Knicks liderem był Jalen Brunson z 21 oczkami, a Karl-Anthony Towns, reprezentujący Dominikanę, dołożył 19 punktów.
Paul George rozbija byłych kolegów, Pistons odwracają 22 punkty
W Detroit miejscowe Pistons ograły Boston Celtics 121:113, choć jeszcze w trzeciej kwarcie przegrywały aż 22 punktami. Mecz zapamięta się jednak głównie za sprawą Paula George’a — w debiucie dla Celtics rzucił 38 punktów, co jest najlepszym debiutem w historii klubu. 36-letni skrzydłowy trafił do Bostonu latem, w wymianie z Philadelphia 76ers, w której w drugą stronę powędrował Jaylen Brown.
36-letni koszykarz — mimo wieku — zanotował najlepszy debiut w historii klubu z Bostonu.
Trzecim meczem otwarcia sezonu był pojedynek Oklahoma City Thunder z San Antonio Spurs. Obrończyni tytułu wygrała 116:104 w rewanżu za finał Konferencji Zachodniej z poprzedniego sezonu, w którym to Spurs triumfowali w serii 4-3. Kanadyjczyk Shai Gilgeous-Alexander zanotował 32 punkty, sześć zbiórek i cztery asysty. Po stronie pokonanych błyszczał Stephon Castle z 24 punktami, a Francuz Victor Wembanyama dołożył 12.