⚡ Aktualnie:
Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój

„Drużyna trenera Mikela Artety” – tak dziś najczęściej mówi się o Arsenalu, który w środę 21 października 2026 roku o godzinie 21:00 zmierzy się z Bayernem Monachium w fazie ligowej Ligi Mistrzów. To starcie dwóch klubów, które od lat regularnie krzyżują drogi na europejskiej arenie. Tym razem jednak oba zespoły wchodzą w ten mecz w zupełnie innej formie.

Bayern ostatnio nie zachwyca w lidze krajowej. Z Schalke 04 Gelsenkirchen zremisował 0:0, a z Augsburgiem 2:2. Spokoju nie było też w Lidze Mistrzów – w meczu z Viking FK Norwegowie po pierwszej połowie prowadzili 2:0. Bawarczycy odwrócili losy spotkania dzięki dwóm golom Harry’ego Kane’a i trafieniu Luisa Diaza, Viking jednak wyrównał w 90. minucie i mecz zakończył się remisem. Forma wróciła w miniony weekend – Bayern rozbił wtedy RB Lipsk 6:1.

Arsenal przyjeżdża do Monachium z zupełnie innym bagażem. Drużyna Mikela Artety broni tytułu mistrza Anglii zdobytego w minionym sezonie. W obecnej kampanii Premier League Arsenal przegrał tylko raz – z Brighton & Hove Albion 0:3. W Lidze Mistrzów Londyńczycy mają komplet zwycięstw w fazie ligowej. Najpierw pokonali na wyjeździe SSC Napoli 1:0, później rozprawili się z Lille, wygrywając 3:0.

Historia starć sprzyja Arsenalowi

Oba zespoły już wcześniej mierzyły się w Lidze Mistrzów, i te wcześniejsze konfrontacje nadają środowemu meczowi dodatkowy kontekst. Rok wcześniej Arsenal pokonał Bayern Monachium 3:1 w Londynie, będąc gospodarzem. Dwa lata wcześniej obie ekipy zmierzyły się w ćwierćfinale Ligi Mistrzów – tamten dwumecz zakończył się awansem Bayernu, który wygrał 3:2. Teraz, przy pełnym komplecie punktów Arsenalu i niestabilnej formie Bayernu w lidze krajowej, środowe starcie w Monachium zapowiada się na jedno z najważniejszych spotkań tej fazy rozgrywek.

„Kontrolował Kvaratskhelię jak weteran” — tak „Mundo Deportivo” podsumowała występ 19-letniego Xaviego Esparta w meczu Ligi Mistrzów z PSG. Barcelona przegrała na Parc des Princes 2:4. Mimo to nie wynik był głównym tematem po końcowym gwizdku, a właśnie debiutant z prawej obrony.

Hansi Flick, trener Barcelony, musiał mocno przebudować defensywę jeszcze przed starciem z mistrzami Francji. Jules Kounde doznał skręcenia lewego stawu skokowego, a Eric Garcia naderwał mięsień prawego uda i wypadł z gry na trzy-cztery tygodnie. Żaden z nich nie mógł wyjść na start meczu. W tej sytuacji Flick postawił na Esparta w podstawowym składzie. Środek obrony objęli Pau Cubarsi i Gerard Martin, lewą stronę obsadził Joao Cancelo, a po prawej zagrał właśnie 19-letni Espart.

Jego zadaniem było upilnowanie Chwiczy Kwaracchelii — skrzydłowego, którego media opisują jako jednego z najlepszych na świecie. Gruzin słynie z dryblingu i przyspieszenia, które potrafią rozmontować każdą defensywę. Espart grał z nim bezpośrednio przez większą część swojego czasu na boisku. Z tym zadaniem poradził sobie lepiej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać po debiutancie w meczu tej wagi.

Gol, który zmienił wymowę meczu

W 55. minucie Espart ruszył z piłką z głębi własnej połowy. Zagrał na jeden kontakt z Ferminem Lopezem, odebrał podanie zwrotne i popędził w kierunku bramki PSG. Uderzył prawą nogą przy bliższym słupku, zaskakując bramkarza Matwieja Safonowa. To był jego pierwszy gol w Lidze Mistrzów, który doprowadził do wyrównania 1:1.

Chwilę później wrócił do defensywnych obowiązków — zablokował kolejne uderzenie Kwaracchelii. Po drugiej stronie boiska stworzył też Raphinii sytuację, po której Barcelona mogła wyjść na prowadzenie. Zanim zszedł z boiska w 74. minucie, zdążył jeszcze zatrzymać groźny strzał Desire Doue. „Mundo Deportivo” miało dla takiego występu tylko jedno słowo: „spektakularny”.

Espart urodził się 21 maja 2007 roku i należy do tego samego rocznika La Masii co Lamine Yamal, Pau Cubarsi i Marc Bernal. Wszyscy czworo grali wspólnie w zespołach Barcelony U-14 w sezonach 2019/20 i 2020/21. Już wtedy role w ekipie były dość wyraźnie podzielone: Cubarsi dowodził defensywą, Bernal odpowiadał za środek pola, Espart był wykorzystywany na różnych pozycjach, a Yamal zajmował się strzelaniem goli.

To właśnie Yamal pierwszy z tej grupy przebił się do seniorskiej piłki Barcelony. Po nim do pierwszego zespołu trafili najpierw Cubarsi, a później Bernal. Espart przez długi czas był wychowywany jako środkowy pomocnik — defensywny lub „ósemka”. W La Masii zaczął jednak z czasem być przesuwany na obie strony obrony, a w tym sezonie Flick korzystał z niego między innymi na lewej flance. Mecz z PSG dowiódł, że równie dobrze radzi sobie i po prawej — nawet przeciwko jednemu z najgroźniejszych skrzydłowych Europy.

„Na spotkanie na Lubelszczyźnie udaliśmy się w składzie: Jakub Dyjas, Kim Taehyun, Benedek Olah” – mówi Bartosz Gajek, trener-menedżer gdańskiej drużyny. Lider LOTTO Superligi tenisa stołowego nie kryje, że na wyjazdowy mecz wystawia swoją najsilniejszą trójkę.

Sezon Balty AZS AWFiS zaczął się od czterech zwycięstw z rzędu. Najpierw 3:0 z Polonią Bytom, potem wyjazd do Grudziądza i pokonanie obrońcy tytułu, Bud-n ElectriCon Olimpii, 3:2. Dalej poszło w podobnym tempie – 3:2 z Dojlidami Białystok, a następnie 3:1 z beniaminkiem ligi, Energą Morliny Ostródzianką Ostróda.

Liczby potwierdzają dobrą formę zespołu. Jakub Dyjas, nowy zawodnik klubu, ma na koncie 5 wygranych i 1 porażkę, a identyczny bilans – 5-1 – notuje Koreańczyk Kim Taehyun. Skromniej wypada na razie Fin Benedek Olah, z wynikiem 2-1. Szymon Malicki zagrał dwa razy i wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo.

Z Zamościem gdańszczanie mają już swoją historię. W poprzednim sezonie Balta AZS AWFiS dwukrotnie wygrała z Treflem – najpierw 3:1 u siebie, potem 3:2 na wyjeździe.

Co dalej w kalendarzu

Po Zamościu na drużynę czeka trudniejszy rywal. 25 października Balta AZS AWFiS zmierzy się na wyjeździe z wicemistrzem Polski, KS Bogoria Grodzisk Mazowiecki. Pięć dni później, 30 października, przyjdzie czas na mecz z KS Energia TTCup w Wąchocku.

W tabeli gdańszczanie prowadzą z przewagą 1 punktu nad ekipą z Grudziądza i 2 punktów nad zespołem z Podlasia. Bogoria – mimo wicemistrzowskiego tytułu – zajmuje na razie piąte miejsce, ze stratą 4 punktów do lidera. Trzeba jednak pamiętać, że w minionym miesiącu zespół z Grodziska rozegrał tylko dwa mecze, zdobywając w nich 6 punktów.

Nie minęły nawet dwie minuty, a Chwicza Kwaracchelia już trafił w słupek strzałem zza pola karnego. To uderzenie od razu dało sygnał: w Parku Książąt nudy nie będzie. Mecz 3. kolejki Ligi Mistrzów między PSG i FC Barceloną, rozegrany w Paryżu, zakończył się wynikiem 4:2 dla gospodarzy i to właśnie on okazał się hitem tej kolejki rozgrywek.

Liczby mówią same za siebie. W trzech ostatnich bezpośrednich meczach PSG i Barcelony w Lidze Mistrzów padło łącznie 13 bramek. Paryżanie w dwóch pierwszych meczach tegorocznej edycji strzelili aż 10 goli – wcześniej rozbili na wyjeździe Manchester City 4:2, ekipę uważaną za jedną z faworytek do końcowego triumfu w tych rozgrywkach. Barcelona też nie zwalniała tempa: w swoich dwóch pierwszych meczach zdobyła 9 goli, czyli tylko jeden mniej niż PSG, a w La Lidze prowadzi w tabeli.

Dla gości początek był nerwowy. Już po pięciu minutach PSG oddało trzy strzały, a każdy z nich po kolei zatrzymał Joan Garcia, bramkarz Barcelony. W 20. minucie z boiska zszedł Ousmane Dembele, dotąd lider ofensywy gospodarzy – poczuł uraz nogi. Zastąpił go Ferran Torres, piłkarz, który jeszcze w minionym sezonie grał w barwach Barcelony i który strzałem w dogrywce dał Hiszpanii mistrzostwo świata w finale z Argentyną. Debiut w nowym klubie wyszedł mu jednak bez blasku: po sześciu minutach na boisku Torres trafił z dziewięciu metrów prosto w Joana Garcię, a cztery minuty później zmarnował kolejną okazję, uderzając z bliska również w bramkarza. Chwilę wcześniej dobitkę Achrafa Hakimiego z siedmiu metrów zablokował Pedri, a Raphinha nie wykorzystał stuprocentowej szansy, trafiając z czterech metrów w Safonowa.

Gole jednak nie padały – aż do 38. minuty, gdy Desire Doue uderzeniem z 18 metrów wyprowadził PSG na prowadzenie 1:0. Barcelona mogła odpowiedzieć właściwie natychmiast: na boisko wszedł Fermin Lopez w miejsce kontuzjowanego Daniego Olmo, ale w kontrze przegrał sam na sam z bramkarzem.

Szalona końcówka z trzema kontuzjami

Druga połowa zaczęła się tak samo, jak skończyła się pierwsza – od interwencji Joana Garcii, który w szóstej minucie obronił strzał Hakimiego z siedmiu metrów po efektownej akcji PSG. Wyrównanie przyszło w 55. minucie: po akcji Fermina Lopeza z Esparguerem padł gol na 1:1, mocne uderzenie z ośmiu metrów pokonało Matwieja Safonowa, bramkarza PSG. Cztery minuty później mecz przerwały kolejne urazy – boisko opuścili Marquinhos i Chwicza Kwaracchelia, temu drugiemu, niemogącemu samodzielnie chodzić, zejście ułatwili fizjoterapeuci. Ostatecznie Luis Enrique, trener PSG, musiał w tym meczu dokonać trzech zmian wynikających z kontuzji.

Mimo tych strat paryżanie wrócili na prowadzenie w 72. minucie. Lucas Hernandez wyskoczył wyżej niż Gordon i głową z dziesięciu metrów wykorzystał dośrodkowanie Desire Doue z rzutu rożnego, ustalając wynik na 2:1. Barcelona odpowiedziała szybko, a odpowiedź była w pełni indywidualna – Lamine Yamal strzałem z ostrego kąta pod poprzeczkę doprowadził do wyrównania na 2:2.

O losach meczu zdecydowały ostatnie dziesięć minut. W 81. minucie Vitinha uderzeniem z woleja z 20 metrów dał PSG prowadzenie 3:2, a pięć minut później zupełnie nieobstawiony na drugim metrze Fabian Ruiz dobił wynik do 4:2. Tym samym paryżanie potwierdzili, że w tej edycji Ligi Mistrzów są siłą, z którą trzeba się liczyć – nawet grając z liderem La Ligi.

„On jest naprawdę gotowy na tę walkę i powiedział mi, że tuż po niej chce raz jeszcze walczyć z Usykiem. A jeśli Usyk nie będzie już w grze, to chce walczyć z którymś z tych gości” – mówił w rozmowie z IFL TV Frank Warren, promotor Tysona Fury’ego.

Mowa o starciu z Anthonym Joshuą, zaplanowanym na 11 grudnia 2026 roku na Principality Stadium w Cardiff. Długo nie było wiadomo, czy ta walka w ogóle dojdzie do skutku – wokół niej krążyło sporo wątpliwości – ale obaj bokserzy ostatecznie potwierdzili udział. Dla Fury’ego to jednak tylko przystanek w drodze do czegoś większego. Jak twierdzi Warren, „Gypsy King” już teraz ma w głowie rewanż z Ołeksandrem Usykiem.

Byłby to ich trzeci pojedynek. Fury i Usyk mierzyli się już dwukrotnie w 2024 roku, i obie te walki Brytyjczyk przegrał na punkty. Problem w tym, że sam Usyk skomplikował sprawę – zwakował wszystkie mistrzowskie pasy i ogłosił, że w przyszłym roku stoczy ostatnią walkę w karierze, po czym zakończy przygodę z boksem.

Plan B: trzej posiadacze pasów

Warren nie udaje, że liczy się tylko wariant z Usykiem. Scenariusz bez niego jest równie realny. Jeśli Fury pokona Joshuę w grudniu, od razu wejdzie w posiadanie pasa WBA. Na niego czekałyby wówczas kolejne tytuły – WBC trzyma obecnie Agit Kabayel, a WBO Daniel Dubois. I tu pojawia się istotny szczegół: obaj, tak jak Fury, są pod skrzydłami Warrena, co znacznie ułatwiłoby dogranie takich starć.

W rozmowie dla Sky Sports promotor nie przekreślił żadnego z możliwych rywali swojego zawodnika. „Każdy z nich wchodzi w grę. Możemy doprowadzić do świetnych pojedynków i tak właśnie zrobimy. Usyk może robić, co chce. Jeśli jednak chce zmierzyć się z którymś z tych zawodników, niech się do nas zgłosi. To dla nas żaden problem. Współpracowaliśmy już kilkakrotnie, świetnie się dogadujemy i zawsze dotrzymujemy słowa” – powiedział Warren.

Na razie jednak wszystko kręci się wokół grudnia 2026 roku i starcia w Cardiff. Dalszy scenariusz – trzecia walka z Usykiem albo bitwa o zjednoczenie pasów z Kabayelem czy Duboisem – rozstrzygnie się dopiero po tym pojedynku, a sporo zależy też od decyzji samego Ukraińca.

„Doktor Nokaut” wrócił do swojego dawnego zwyczaju. Yuniel Dorticos pokonał Juana Camilo Novoę przed czasem w nocy podczas gali w Hollywood – stało się to w noc z 18 na 19 października 2026 roku.

Kubańczyk nie dał rywalowi czasu na rozkręcenie się. Już na początku drugiej rundy zakończył sprawę prawym krzyżowym, który przebił się przez gardę Novoi, a następnie dobił Kolumbijczyka prawym sierpem bitym z góry.

Na karku ma już czterdziestkę, ale pięści działają wciąż jak za młodych lat. Były dwukrotny mistrz świata kategorii cruiser poprawił swój rekord zawodowy na 30 wygranych i 3 porażki, z czego 28 zwycięstw przez nokaut – przed walką bilans wynosił 29-3 z 27 nokautami. To już drugie zwycięstwo przed czasem w jego karierze w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.

Novoa bez szans w Hollywood

Juan Camilo Novoa przyjechał do Hollywood z solidnym, choć nierównym bilansem – 35 wygranych, 16 porażek i 1 remis, w tym 32 nokauty na koncie. Tej nocy doświadczenie i moc uderzenia Kubańczyka okazały się jednak zbyt wiele.

Pseudonim „Doktor Nokaut” po raz kolejny znalazł potwierdzenie w ringu. Dla czterdziestoletniego Dorticosa to kolejny dowód, że mimo wieku wciąż jest jednym z najbardziej skutecznych pięściarzy w swojej wadze.

„Cloud9 rozstanie się z APA i Zvenem po Mistrzostwach Świata” — taką wiadomość jako pierwszy podał Brieuc „LEC_Wooloo” Seeger, informator serwisu Sheep Esports. Jak twierdzą jego źródła, organizacja pożegna się ze środkowym Eainem „APA” Stearnsem oraz AD Carry Jesperem „Zven” Svenningsenem zaraz po zakończeniu tegorocznego mundialu League of Legends.

Na formalności obaj zawodnicy nie czekają. Rozmowy z innymi organizacjami przed zbliżającym się sezonem turniejowym APA i Zven zaczęli już wcześniej — Cloud9 dało im zielone światło na szukanie ofert z zewnątrz.

Powód jest prosty: słaby występ na Mistrzostwach Świata 2026. Cloud9 odpadło z turnieju przedwcześnie, kończąc zmagania na 19. miejscu po porażce 1:3 z drużyną FURIA.

Od bohaterów Lock-In do ławki rezerwowych

Jeszcze kilka miesięcy temu obaj byli kluczowi dla sukcesów zespołu. APA grał dla Cloud9 na podstawie kontraktu podpisanego w listopadzie 2025 roku, Zven związał się z organizacją rok wcześniej, w listopadzie 2024. To właśnie ten duet stał za dobrymi wynikami ekipy w sezonie zasadniczym LCS 2026 Lock-In oraz Spring Split.

Potem przyszły dwie kolejne porażki w walce o kwalifikację do First Stand i MSI, i wszystko się zmieniło. Po tych niepowodzeniach Cloud9 przebudowało aktywny skład, odsuwając APA i Zvena na ławkę rezerwowych. Na pozycję środkowego wrócił Lee „Loki” Sang-min, a miejsce AD Carry zajął Edward „Tactical” Ra.

Formalnie jednak nic się nie zmieniło. Cloud9 utrzymywało siedmioosobowy skład przez cały letni split, choć APA i Zven na główną scenę już nie wracali. Po rozczarowującym występie na Mistrzostwach Świata rozstanie wygląda już tylko na kwestię czasu.

„Przez cztery lata w VCT intensywnie inwestowaliśmy w naszą dywizję Valorant, dążąc do rywalizacji o międzynarodowe tytuły i zbudowania trwałej pozycji na scenie” – napisało NAVI w oświadczeniu. Organizacja przyznała jednak, że ostatnie wyniki drużyny nie spełniły oczekiwań.

Natus Vincere nie będzie kontynuować udziału w Valorant Champions Tour jako drużyna partnerska w sezonie 2027. Informację tę klub przekazał na swoich oficjalnych profilach w mediach społecznościowych. Kierownictwo NAVI zaznaczyło przy tym jasno, że nie wycofuje się z Valorant – teraz uwaga organizacji skupi się na rozwoju młodego składu NAVI Junior.

Ta decyzja to element większej przebudowy, jaką Riot Games przeprowadza na liście drużyn partnerskich VCT przed startem nowego sezonu. Od 2027 roku każdy z czterech regionów będzie liczyć 8 partnerów zamiast dotychczasowych 10, a nowe umowy partnerskie będą obowiązywać przez dwa lata. Zmienia się też sama struktura rozgrywek – system turniejowy staje się bardziej otwarty, więc partnerzy nie będą już jedynymi drużynami mogącymi awansować do Masters i Champions.

NAVI nie jest jedyną organizacją, która wypadła z grona partnerów – towarzyszą jej Movistar KOI, Cloud9, DRX, Nongshim RedForce i Global Esports, do których ukraiński klub właśnie się dołączył.

Od Masters Tokyo do czwartego miejsca w Stage 2

NAVI zostało partnerem VCT EMEA we wrześniu 2022 roku na podstawie czteroletniej umowy. Początki wróżyły dobrze: w 2023 roku zespół zajął czwarte miejsce w VCT EMEA i zdobył awans zarówno do Masters Tokyo, jak i do Champions 2023. Od tamtego sezonu jednak NAVI nie zakwalifikowało się już do żadnego turnieju z cyklu Masters ani Champions. Przez ostatnie dwa sezony jedynym znaczącym osiągnięciem pozostało czwarte miejsce w VCT 2025: EMEA Stage 2, za które drużyna otrzymała 25 000 dolarów premii.

Utrata statusu partnera to nie tylko kwestia prestiżu – NAVI traci przez to podstawowe płatności od Riot Games oraz przychody z kapsuł drużynowych w grze. Nowy, otwarty format daje jednak pewną rekompensatę: drużyny bez partnerstwa wciąż mogą awansować do Masters i Champions, a Riot gwarantuje im nagrody za awans – 100 000 dolarów za Kickoff lub Cup, 200 000 dolarów za Masters i 400 000 dolarów za Champions.

Przyszłość organizacji na scenie Valorant ma teraz opierać się na NAVI Junior – młodym składzie zbudowanym w ramach projektu akademickiego, uruchomionego przez NAVI w 2026 roku. Klub obiecał nadal zapewniać młodym graczom zasoby i doświadczenie niezbędne do rozwoju. W składzie znajdują się Javelin, Kolosha, Darxcio, avey i sizo, a za sterami stoi główny trener Johnta. Pierwszy sukces zespół odniósł już w maju 2026 roku, zajmując drugie miejsce w turnieju VALORANT Challengers 2026 EMEA: Stage 2. Teraz NAVI Junior czeka Project Blender 2026: Phase 2 oraz kwalifikacje do VCT EMEA Kickoff.

„Sentronics Holdings wystąpiła na drogę sądową przeciwko firmie Allengra”

— i to właśnie ta sprawa może w ciągu kilku dni zdecydować o losie Grand Prix USA. Allengra otrzymała od Międzynarodowej Federacji Samochodowej wyłączny kontrakt na dostarczanie przepływomierzy paliwa w Formule 1 na lata 2026-2030. Dziś ten kontrakt jest przedmiotem spory sądowego, który rozstrzyga się dokładnie w tygodniu wyścigu na Circuit of The Americas.

Jako pierwszy o sprawie napisał serwis planetf1.com, powołując się na doniesienia dotyczące pozwu. Dokumenty złożono 16 października 2026 roku w Federalnym Sądzie Okręgowym dla Zachodniego Okręgu Teksasu — w tym samym stanie, gdzie kilka dni później wystartuje wyścig. W centrum postępowania jest patent USA nr 11 391 609, zatytułowany „Przepływomierz”.

Sentronics Holdings, brytyjska firma, zarzuca konkurentowi wykorzystanie technologii chronionej patentem w Stanach Zjednoczonych. Jak podają doniesienia, Sentronics najpierw zgłosiła FIA podejrzenie naruszenia swoich praw, a do sądu trafiła dopiero później.

Czego domaga się Sentronics

Firma nie zadowoli się samym odszkodowaniem. Żąda rekompensaty finansowej, lecz przede wszystkim sądowego zakazu stosowania urządzeń Allengra na terenie USA — i właśnie to drugie żądanie najbardziej niepokoi środowisko F1.

Bo gdyby sąd w Austin taki zakaz faktycznie wydał, rozegranie GP USA w najbliższy weekend stałoby się praktycznie niemożliwe: przepływomierze są kluczowym elementem bolidów. Te niewielkie urządzenia monitorują ilość paliwa dostarczanego do jednostki napędowej i pomagają sędziom sprawdzać, czy bolidy spełniają obowiązujące przepisy. Bez nich żaden zespół nie wyjedzie na tor legalnie.

Sprawa nabiera dodatkowej wagi w kontekście sezonu 2026, bo obowiązują w nim nowe regulacje dotyczące jednostek napędowych. Sąd w Austin rozpatruje więc spór o urządzenia, których użycie w USA może zostać zablokowane akurat w czasie weekendu wyścigowego na Circuit of The Americas. Data i miejsce złożenia pozwu nie wyglądają na przypadek — presja czasu jest tu częścią strategii prawnej.

„Chłopaki, co muszę zrobić, żeby do was dołączyć?” – te słowa Lewis Hamilton wypowiedział, siadając przy stole w domu Adriana Neweya. Scenę tę opisał Christian Horner, wówczas szef Red Bulla. Po latach zdecydował się ujawnić kulisy jednego z najlepiej skrywanych sekretów Formuły 1.

Rok 2012. Hamilton jeździ jeszcze dla McLarena. Mistrz świata z 2008 roku czuje się w zespole coraz gorzej – relacje z ekipą się psują, a napięcia narastają też w garażu, który dzieli z Jensonem Buttonem. Jak twierdzi Horner, pierwszy sygnał, że Hamilton rozgląda się za nowym pracodawcą, przyszedł w postaci telefonu od jego ojca.

Poufne spotkanie, które mogło zmienić historię rywalizacji Red Bulla i McLarena, odbyło się w domu Adriana Neweya w Ascot. Przy stole usiedli Christian Horner, sam Hamilton oraz przedstawiciele kierowcy. Newey, uznawany za jednego z najważniejszych projektantów w historii Formuły 1, od dawna namawiał zespół do zatrudniania kierowców najwyższej klasy – stąd właśnie on stał się naturalnym gospodarzem takiej rozmowy.

Marko miał wątpliwości, Vettel był nietykalny

Był jednak problem. W Red Bullu rządził już Sebastian Vettel, w 2012 roku trzykrotny mistrz świata i niezaprzeczalny lider zespołu. Helmut Marko, doradca Red Bulla do spraw motorsportu, do pomysłu sprowadzenia Hamiltona podchodził z rezerwą. Trudno się zresztą dziwić – to właśnie Vettel pozostawał jego protegowanym.

W rozmowy włączył się też Simon Fuller, znany menedżer i przedsiębiorca reprezentujący Hamiltona. Według relacji Hornera, nie owijał w bawełnę i oznajmił przedstawicielom Red Bulla, że „zawrzemy największą umowę w historii sportu od czasów Muhammada Alego”. Deklaracja godna gwiazdy. Ale – jak sugeruje Horner – właśnie ten ton zaczął komplikować sprawę.

Sam szef Red Bulla nie szczędził Hamiltonowi komplementów. Przypomniał, że Brytyjczyk wygrał cztery wyścigi już w debiutanckim sezonie F1 w 2007 roku. Opisał go jako kierowcę, który brylował na mokrej nawierzchni, niczego się nie bał i potrafił wycisnąć maksimum ze swojego samochodu.

Transfer mimo to nie doszedł do skutku. Red Bull wycofał się z rozmów ze względu na koszty kontraktu oraz warunki stawiane przez przedstawicieli Hamiltona. Brytyjczyk opuścił McLarena po sezonie 2012 i przeniósł się do Mercedesa.

Ta decyzja okazała się przełomowa. Dwa lata później, w 2014 roku, w Formule 1 weszły nowe regulacje techniczne, które dały Mercedesowi ogromną przewagę. Z niemiecką ekipą Hamilton zdobył sześć tytułów mistrza świata, a w całej karierze ma ich na koncie siedem – tyle samo, co Michael Schumacher. Vettel z kolei został w Red Bullu i w latach 2010-2013 sięgnął po cztery kolejne mistrzostwa z rzędu.

Instalacja aplikacji
Pobierz