⚡ Aktualnie:
Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój

„Jej tenisowe IQ jest niezwykle wysokie. Naprawdę niezwykle wysokie. Nie ma takiego uderzenia, którym możesz ją znokautować” – tak Andy Roddick, były lider rankingu ATP i triumfator US Open z 2003 roku, opisał Maję Chwalińską w podcaście „Served”.

Powód takiej pochwały nie jest przypadkowy. Reprezentantka Polski wygrała turniej WTA 1000 w Wuhan, a w finale rozprawiła się z Brytyjką Sonay Kartal wynikiem 2:6, 6:4, 6:2. To pierwszy tytuł w karierze Chwalińskiej.

Roddick zwrócił uwagę, jak szybko zmieniła się sytuacja Polki. Przed Roland Garros zajmowała 115. albo 120. miejsce w rankingu, a mimo to dotarła wtedy do finału paryskiego turnieju. Amerykanin nie kryił się z tym, że się pomylił: „Typowałem przeciwko niej na US Open i miałem rację” – po czym dodał, że Chwalińska „udowodniła już dwukrotnie, na ogromnej scenie, że potrafi sobie z tym poradzić”.

Były numer jeden świata przypomniał też o wcześniejszym wyczynie Polki – wygranej z Igą Świątek. Obie zawodniczki są z tego samego rocznika i, jak podkreślił Roddick, pozostają przyjaciółkami.

Macci: nie liczy się start, liczy się meta

Głos zabrał również Rick Macci, były trener sióstr Williams. Jego zdaniem historia Chwalińskiej to „świetny przykład, że nie liczy się, od czego zaczynasz, ale gdzie kończysz”.

Podobnie ocenił tę historię Jon Wertheim, amerykański dziennikarz zajmujący się tenisem. Przypomniał, że przed sezonem Chwalińska musiała przebijać się przez kwalifikacje Roland Garros, a jej celem na ten rok było jedynie miejsce w czołowej setce rankingu. Dziś jest już gdzie indziej. „Nadal jest w ścisłej czołówce” – zauważył Wertheim, dodając, że sezon 2027 może być dla Polki łatwiejszy, bo na kort ziemny wejdzie już bez presji o ranking: „Teraz może wejść w następny sezon na mączce bez presji i bez myślenia: 'O mój Boże, mój ranking kompletnie się zaraz zawali'”.

Zaczęło się od przełamania w pierwszym gemie i seta przegranego 1:6. A skończyło się triumfem po dwóch godzinach i 21 minutach walki. Katarzyna Kawa pokonała Ukrainkę Darię Snigur 1:6, 6:2, 6:4 w pierwszej rundzie turnieju WTA 500 w Ningbo – i był to jeden z tych meczów, po których ciężko od razu uwierzyć w wynik na tablicy.

Snigur, zajmująca 40. miejsce w rankingu WTA, nie była dla Polki przypadkową rywalką – obie grały już w niedzielę, w finałowej rundzie kwalifikacji do tego samego turnieju, a tamten mecz Snigur oddała walkowerem przy stanie 1:6, 0:2. Wtorkowe starcie w głównej fazie imprezy ruszyło więc jakby od zera. Scenariusz na chwilę zrobił się jednak dla Kawy jeszcze bardziej nerwowy niż dwa dni wcześniej.

Polka przegrała pierwszego gema, oddając serwis już na starcie. Miała aż osiem break pointów w tym secie, żadnego jednak nie wykorzystała, co skończyło się seryjną porażką 1:6.

Zniszczona rakieta i przerwa na deszcz

Drugi set Kawa zaczęła od razu z przełamania rywalki. Mimo to przy stanie 1:1 nie potrafiła ukryć frustracji – w przypływie emocji zniszczyła rakietę. Chwilę później na kort zaczął padać deszcz, a przy wyniku 2:3 dla Snigur zawodniczki musiały zejść do szatni. Gra wróciła po godzinie 15.

To, co stało się po przerwie, odwróciło losy całego meczu. Kawa wygrała pięć gemów z rzędu i w trzecim secie prowadziła już 2:0. W czwartym gemie decydującej partii obroniła trzy kolejne break pointy, wygrywając swój serwis na przewagi. Chwilę potem straciła jednak koncentrację – w piątym gemie przestrzeliła forhend po crossie i oddała serwis, a wynik wrócił do 3:3. Polka zareagowała natychmiast: odebrała serwis rywalce w kolejnym gemie i domknęła seta 6:4.

Statystyki meczu dobrze pokazują, jak nierówne było to spotkanie pod względem skuteczności przy piłce. Kawa zaliczyła 37 winnerów przy 24 niewymuszonych błędach, Snigur zanotowała tylko 12 uderzeń kończących, popełniając przy tym aż 45 niewymuszonych błędów. Polka miała też problem z podaniem – 14 podwójnych błędów serwisowych wobec trzech u Ukrainki – choć to nie przeszkodziło jej w ostatecznym zwycięstwie.

Dzięki triumfowi Kawa awansowała do kolejnej rundy turnieju w Ningbo i jest tam jedyną reprezentantką Polski. Pierwotnie w tej rundzie miała zmierzyć się z Mają Chwalińską, ale ta wycofała się z rywalizacji. Chwalińska nie próżnowała jednak gdzie indziej – kilka dni wcześniej wygrała turniej WTA 1000 w Wuhan. W tym samym turnieju Iga Świątek dotarła do półfinału, przegrywając z rodaczką, a ze startu w Ningbo się wycofała.

„Jeśli walka o pas BMF ma polegać tylko na tym, by wyjść do klatki i okładać się nawzajem to szczerze mówiąc, bracie, zatrzymaj sobie ten pas. Zabierz go gdzie indziej. Ten pas nie jest dla mnie” – powiedział Charles Oliveira.

Brazylijczyk jest obecnie posiadaczem tytułu BMF. Sam jednak przyznaje, że nie czuje się jego naturalnym właścicielem, jeśli ma on sprowadzać się wyłącznie do bijatyki w stójce.

Pas trafił w jego ręce 7 marca, gdy zmierzył się z Maxem Hollowayem. Zamiast efektownej wymiany ciosów, Oliveira zdominował Hawajczyka w parterze – i właśnie tam odebrał mu tytuł BMF. Do tamtego wieczoru walki o ten pas kojarzyły się fanom przede wszystkim z twardymi starciami na nogach.

Wszechstronność zamiast wymiany ciosów

Oliveira nie zamierza dopasowywać swojego stylu do wizerunku, jaki narosł wokół pasa BMF. „Jestem zawodnikiem MMA. Jestem wszechstronnym zawodnikiem” – podkreślił Brazylijczyk. Liczy się dla niego skuteczność, nie spektakl zbudowany wyłącznie na wymianie ciosów w stójce.

Prawdziwym celem byłego mistrza wagi lekkiej pozostaje jednak odzyskanie pasa mistrzowskiego tej kategorii. Zanim do tego dojdzie, musi najpierw obronić pas BMF. Zrobi to 12 grudnia w Las Vegas, gdzie zmierzy się z Diego Lopesem – walka odbędzie się w ramach gali UFC 335.

„Natychmiast opuść boks” — te słowa, skierowane do własnej psycholog, Jelena Ostapenko wykrzyczała jeszcze tydzień temu w Wuhan. Tym razem w Ningbo łotewska tenisistka znalazła się w centrum uwagi z zupełnie innego powodu: skreczowała w meczu pierwszej rundy.

Starcie z Belindą Bencic, zawodniczką notowaną wyżej w rankingu światowym, nie zostało dokończone. Ostapenko oddała mecz przy wyniku 3:6, 1:1, 0:30 dla Szwajcarki. Jeszcze w pierwszym secie, który przegrała 3:6, poprosiła o przerwę medyczną — fizjoterapeutka sprawdzała wówczas jej parametry życiowe i mierzyła ciśnienie krwi.

Tydzień wcześniej był skandal w Wuhan

Kontrast z ostatnimi dniami jest ogromny. Jeszcze tydzień wcześniej Ostapenko grała w półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhan, co dało jej awans o 10 pozycji w rankingu światowym. Tam przegrała z Sonay Kartal 6:7(9), 6:7(5) — mecz zakończył się dwoma tie-breakami.

Właśnie podczas tego spotkania doszło do incydentu, o którym zrobiło się głośno w środowisku tenisowym. Przy stanie 4:1 dla Ostapenko w drugim secie Kartal zdołała wyrównać na 4:4, a Łotyszka straciła nerwy do tego stopnia, że wyrzuciła z boksu swoją psycholog, nakazując jej natychmiastowe opuszczenie trybun. Kamery transmisji nie omieszkały pokazać pustego miejsca po wyproszonej specjalistce. Ostatecznie kobieta wróciła na swoje miejsce jeszcze przed końcem meczu.

Dla byłej mistrzyni Roland Garros ostatnie tygodnie to huśtawka emocji i wyników — od awansu w rankingu po kolejny skrecz. Łotyszka wciąż nie wyjaśniła publicznie, dlaczego przerwała mecz w Ningbo. Kibice i dziennikarze zastanawiają się, czy to kwestia zdrowia, czy raczej psychiki, która dała o sobie znać już wcześniej w Wuhan.

„Przekroczył limit wagowy o 600 gramów” – to nie te słowa chcieli usłyszeć kibice OKTAGON MMA dzień przed sobotnią galą. Organizacji nie pozostało nic innego, jak w ostatniej chwili przebudować całą kartę walk – a wszystko przez kłopoty wagowe jednego z zawodników.

OKTAGON 95 odbędzie się w sobotę w Karlowych Warach. I właśnie przed tym wydarzeniem na ceremonii wagowej zapanowało poważne zamieszanie.

Dominik Humburger nie zdołał zejść do wymaganego limitu kategorii wagowej. Waga wskazała wynik przekraczający dopuszczalną granicę o 600 gramów. Skutki tego potknięcia odczuła cała karta gali.

Patrik Kincl, który miał stanąć z Humburgerem w klatce, zdecydował się wycofać z pojedynku. Wagowe problemy rywala sprawiły, że czeski zawodnik nie przystał na walkę w zmienionych warunkach.

Narkun i Skvor w nowej walce wieczoru

Rezygnacja Kincla pociągnęła za sobą efekt domina w całej karcie. Walka Tomasza Narkuna z Danielem Skvorem, pierwotnie zaplanowana jako co-main event OKTAGON 95, awansowała na pozycję głównego pojedynku wieczoru. To starcie Polaka z czeskim rywalem zamknie teraz sobotnią galę w Karlowych Warach.

„Nie ma mowy o porażce” – zapowiada żołnierz zawodowy Stanisław Gibadło przed starciem zaplanowanym na 23 października na gali Ostrzeszów Boxing Night organizowanej przez Tymex Boxing Promotion. Transmisja z Ostrzeszowa trafi do widzów TVP Sport.

32-letni Gibadło wraca do rywalizacji po 10-miesięcznej przerwie, a rywalem w walce wieczoru będzie Przemysław Gorgoń. Bilans Gibadły to 13 wygranych, 2 porażki i 1 remis, w tym 2 zwycięstwa przed czasem. W polskim rankingu wagi półciężkiej zajmuje szóste miejsce, podczas gdy Gorgoń – legitymujący się rekordem 19-16-2 i 7 nokautami – jest jedenasty.

Dzieli ich cztery lata na korzyść Gorgonia, ale to szczegół – obaj zdążyli już przejść przez twarde lekcje boksu. Gibadło na początku kariery mierzył się z takimi nazwiskami jak Tomasz Nowicki i Karol Welter. Gorgoń z kolei ostatnio przegrał z niepokonanym Kazimierzem Kunickim, który notuje bilans 5-0. Dla niego to już trzecia walka w tym roku. Dla Gibadły – pierwsza.

W rankingach dzieli ich kilka pozycji, ale w ringu jeszcze się nie spotkali. „Nigdy nie sparowaliśmy ze sobą, chociaż znamy się z widzenia” – mówi Gibadło. Najwięcej rund sparingowych przeboksował z kolegą z teamu Tymex, Klemensem Szczepaniakiem, który również wystąpi na gali w Ostrzeszowie.

To miasto nie jest dla Gibadły przypadkowe. „Mam dobre wspomnienia z tego miasta z poprzedniego roku, bowiem odniosłem zwycięstwo” – przypomina zawodnik. Teraz liczy na powtórkę, a stawka jest konkretna: 14. wygrana w profesjonalnej karierze i awans na liście boxrec. „Zakończył Gibadło, wielokrotny medalista Mistrzostw Polski w boksie olimpijskim” – przypomina organizator, podsumowując dorobek pięściarza z czasów amatorskich.

Co jeszcze zobaczymy w Ostrzeszowie

Na karcie gali znajdą się jeszcze dwa pojedynki z udziałem zawodników z zagranicy. Niepokonany Kamil Kuździeń (15-0, 3 KO) zmierzy się z Kolumbijczykiem Alexandrem Moreno Palacio, który ma na koncie 12 wygranych, 5 porażek i 9 nokautów. Wspomniany już Klemens Szczepaniak, z bilansem 7-1 i 3 nokautami, stanie w szranki ze Słowakiem Lukasem Ferenzą, legitymującym się rekordem 8-5 i 4 nokautami.

„W mojej opinii Dubois to aktualnie numer jeden wagi ciężkiej” – stwierdził David Allen, stawiając panującego mistrza WBO wyżej niż Tysona Fury’ego i Anthony’ego Joshuę w brytyjskiej hierarchii królewskiej kategorii.

Te słowa padają w nieprzypadkowym momencie. Fury i Joshua zmierzą się w nocy z 11 na 12 grudnia na stadionie w Cardiff – starcie to od miesięcy nazywane jest wielkim wydarzeniem brytyjskiego boksu. Allen widzi to inaczej. Jego zdaniem obaj powinni szukać rywali gdzie indziej.

„Daniel jest już dla nich za młody, zbyt świeży i silny” – dodał, podkreślając, że Dubois to przeciwnik, którego raczej należy omijać, niż wyzywać na walkę.

Dla weteranów ma jednak słowa uznania. „Fury i Joshua byli wspaniali, to legendy brytyjskiego boksu, osobiście uważam jednak, że dziś powinni już unikać Dubois” – podsumował Allen, radząc obu pięściarzom trzymać się z daleka od aktualnego mistrza WBO.

Argumenty na papierze i w ringu

Dubois jest panującym mistrzem świata wagi ciężkiej federacji WBO. Jego bilans zawodowy to 24 wygrane, 3 porażki i 23 zwycięstwa przed czasem. Dla porównania: Fury legitymuje się rekordem 36-2-1 z 25 nokautami, a Joshua ma na koncie 30 zwycięstw, 4 porażki i 27 KO.

Allen nie opiera się jednak tylko na liczbach. Ma konkretne spotkanie w ringu jako koronny argument. We wrześniu 2024 roku Dubois znokautował Joshuę w piątej rundzie – dla wielu obserwatorów brytyjskiego boksu to był moment, który na nowo ułożył hierarchię siły w tej trójce.

Sam Allen, którego rekord zawodowy wynosi 27-9-2 z 20 nokautami, nie komentuje tej rywalizacji z boku. Fury’ego, Joshuę i Dubois zna z sali treningowej – stąd jego opinia waży więcej. Mówi nie tylko jako kibic, ale jako ktoś, kto widział wszystkich trzech z bliska.

Grudniowe starcie w Cardiff zapowiada się na jedno z największych wydarzeń w historii brytyjskiego boksu wagi ciężkiej. Według Allena prawdziwy numer jeden tej kategorii będzie jednak czekał gdzie indziej – z pasem WBO na ramieniu.

„W rezultacie właściwości jezdne pogorszyły się i zbliżyły się nawet do poziomu z wczesnego etapu Specyfikacji nr 1″ – powiedział prezes HRC, Koji Watanabe, podsumowując poprawki wprowadzone przez zespół techniczny Hondy po przerwie wakacyjnej.

Chodzi o dwie aktualizacje jednostki napędowej, wynikające z programu ADUO. Pierwsza pojawiła się w Zandvoort. Drugą wprowadzono w tajemnicy, bez ogłoszenia miejsca czy okoliczności. Po nich Honda odnotowała wzrost mocy silnika, cena okazała się jednak wysoka – właściwości jezdne zbliżyły się do problematycznego poziomu znanego z początku sezonu.

Cel drugiej specyfikacji był jasny. „W przypadku Specyfikacji nr 2 nasz cel dotyczył tego, by zniwelować tę stratę poprzez zwiększenie mocy wyjściowej” – wyjaśnił Watanabe. Inżynierowie mieli zniwelować stratę mocy względem rywali właśnie poprzez zwiększenie mocy wyjściowej. Jak twierdzi prezes HRC, cel ten został zrealizowany: „Osiągnęliśmy cel założony dla specyfikacji nr 2″.

Moc za cenę stabilności

Droga do większej mocy wiodła przez zmiany w procesie spalania i innych obszarach silnika. „Wprowadziliśmy parę zmian w procesie spalania i innych obszarach” – przyznał Watanabe. Efekt poboczny okazał się kosztowny: właściwości jezdne pogorszyły się i zbliżyły do poziomu znanego z wczesnego etapu Specyfikacji nr 1.

Prezes HRC nie uważa tego za problem bez wyjścia. Zapewnia, że właściwości jezdne można poprawić z czasem – poprzez zmiany w oprogramowaniu oraz udoskonalenie systemów sterowania. „Mimo tych trudnych okoliczności możemy potwierdzić, że właściwości jezdne stopniowo się poprawiają” – dodał Watanabe.

Mocy wciąż jednak brakuje. „Jednakże wciąż mamy niewielki deficyt po stronie mocy i musimy to jakoś rozwiązać” – stwierdził szef HRC. To od samego początku sezonu był główny punkt krytyki ze strony kierowców. „Jak sami zauważyli kierowcy, największym problemem wciąż jest po prostu to, że nie mamy wystarczającej mocy w porównaniu do rywali” – podsumował Watanabe.

„Opuściłem UFC i będę zarabiał więcej pieniędzy. Dwukrotnie więcej, nawet ponad i to w krótkim czasie” – tak Michael Page skomentował swoje nowe warunki finansowe po zakończeniu przygody z UFC. Brytyjczyk nie owijał w bawełnę i bez ogródek porównał pieniądze, które zarobi w Misfits Boxing, z tym, co otrzymywał w oktagonie.

Według samego zawodnika, za jedną walkę w nowej organizacji zarobi ponad dwukrotnie więcej niż za pojedynek w UFC. Ta deklaracja nabiera wagi, gdy przypomnieć sobie, jak wyglądały jego ostatnie miesiące w promocji Dany White’a.

Page rozstał się z UFC po serii walk, które nie zachwyciły fanów. Organizacja nie zdecydowała się przedłużyć z nim kontraktu, mimo że Anglik wygrał większość swoich pojedynków. Bilans 39-letniego zawodnika w oktagonie to 5 wygranych i 1 porażka, a jedyną klęskę zaliczył z Ianem Machado Garrym.

Przełom nastąpił przy pojedynku z Nursultonem Ruziboevem. Page zaryzykował i nie przedłużył umowy z UFC jeszcze przed tą walką. Wygrał ją na punkty, ale starcie – podobnie jak wcześniejsze występy Brytyjczyka – nie porwało publiczności. Co istotne, wszystkie swoje zwycięstwa w UFC Page zdobywał właśnie przez decyzje sędziowskie – żadnego skończenia przed czasem, choć w całej karierze MMA aż 16 z 26 wygranych zapisał na swoim koncie przez finisz.

Oferty od Misfits i przyjaciela z YouTube’a

Po odejściu z UFC Page twierdzi, że otrzymał wiele propozycji od różnych organizacji. Ostatecznie wybrał Misfits Boxing – promocję prowadzoną przez youtubera KSI, z którym Brytyjczyka łączy prywatna relacja. „KSI to mój kumpel” – powiedział Page w rozmowie z Arielem Helwanim.

„Misfits zaoferowało mi szalone pieniądze, naprawdę. Będę zarabiał dużo więcej”.

Page nie kryje entuzjazmu wobec planów nowego pracodawcy. „Chcą zorganizować galę MMA i mogę być twarzą tego projektu” – zdradził, dodając: „Mam tutaj świetne perspektywy, a do tego zarobię więcej”.

Najbardziej konkretną deklarację Brytyjczyk złożył w kwestii samej umowy. „Mam umowę na 3 pojedynki i zarobię więcej, niż przez cały kontrakt z UFC” – zapewnił, potwierdzając jednocześnie, że kontrakt z Misfits Boxing obejmuje trzy walki.

39-letni zawodnik z bilansem 26 wygranych i 3 porażek w karierze MMA stawia więc wszystko na nowy etap. Czy finansowy hazard się opłaci? Odpowiedź przyniesie dopiero najbliższy rok startów pod skrzydłami KSI.

„Wyprzedzenie najmocniejszego silnika w stawce nie jest takie łatwe” — powiedział Lewis Hamilton po Grand Prix Singapuru. Brytyjczyk nie owijał w bawełnę i stwierdził bez ogródek, że to właśnie Red Bull ma obecnie najmocniejszą jednostkę spalinową w Formule 1. Potwierdzają to raporty ADUO publikowane przez FIA.

To nie są słowa na wyrost. Max Verstappen odniósł dwa zwycięstwa z rzędu — w Malezji i Singapurze. Dane telemetryczne i porównania najszybszych przejazdów kwalifikacyjnych pokazują, że Red Bull poprawił osiągi silnika zarówno w zakrętach, jak i na prostych. Co ciekawe, zespół kierowany przez Laurenta Mekiesa osiągnął to bez jakichkolwiek zmian sprzętowych. Działo się to w sezonie, w którym Ferrari już dwukrotnie wykorzystało swoje tokeny rozwojowe ADUO, a Mercedes szykuje nową specyfikację silnika na GP Stanów Zjednoczonych w Austin. Niemiecki zespół dołożył do tego jeszcze duży pakiet poprawek dostarczony przed Grand Prix Azerbejdżanu.

Jak to możliwe bez ruszania sprzętu? Odpowiedzi udzielił Ben Hodgkinson, dyrektor techniczny działu silnikowego Red Bull Powertrains i były inżynier Mercedesa. Według niego kluczem okazała się praca dostawcy paliwa Exxon Mobil i inżynierów z Milton Keynes.

Diwa, którą trzeba było oswoić

„Odkryliśmy, że stworzenie jak najmocniejszego silnika wiąże się z opracowaniem układu spalania, którego prawidłowe działanie jest dość trudne do zapewnienia, jeśli chcemy za każdym razem uzyskiwać maksymalne osiągi” — powiedział Hodgkinson w rozmowie z The Race. „To nakłada ogromną presję na zespół odpowiedzialny za kalibrację, który musi zadbać o to, by silnik zawsze pracował na optymalnym poziomie” — dodał.

Przewaga ma swoje źródło w decyzji podjętej jeszcze przed sezonem: Red Bull postanowił rozwijać nowy silnik dłużej niż pierwotnie planował, odkładając prace nad niezawodnością i kalibracją jednostki. „Na etapie przygotowań przed sezonem, kiedy pierwotnie planowaliśmy zamrozić specyfikację silnika, nie byliśmy zadowoleni z jego osiągów” — wyjaśnił Hodgkinson. „Dlatego zdecydowaliśmy się kontynuować prace, co oznaczało, że mieliśmy coraz mniej czasu na testy wytrzymałościowe i wszystkie niezbędne prace związane z kalibracją” — dodał.

Efekt? „W rzeczywistości rozpoczęliśmy sezon z dość niedopracowaną kalibracją silnika. Jednak z każdym kolejnym wyścigiem stopniowo ją poprawialiśmy” — przyznał inżynier. Między Baku a Malezją zespół „wyciągnął dobre wnioski” dotyczące jednostki, a silnik stworzony przez Red Bulla we współpracy z Fordem odniósł w Malezji swoje historyczne, pierwsze zwycięstwo. „Dzięki temu mogliśmy zadbać o to, by silnik przez cały czas pracował bliżej swojego optymalnego poziomu” — podsumował Hodgkinson.

Brytyjczyk nie kryje, że potencjał jednostki wciąż nie jest wykorzystany w stu procentach. „Zdarza się, że nasz silnik nie osiąga osiągów, o których wiemy, że jest w stanie je uzyskać. Od początku przyświecał nam cel, by wykorzystywać jego pełny potencjał na każdym okrążeniu. Jeśli uda nam się to osiągnąć, znajdziemy się w naprawdę dobrej sytuacji” — stwierdził. Zwrócił też uwagę na zmianę w organizacji pracy: „Współpraca między zespołem odpowiedzialnym za podwozie a działem jednostek napędowych stała się znacznie ściślejsza. Chodzi o to, jak zarządzać energią i ją wykorzystywać, w których miejscach można ją odzyskiwać, a także o współpracę z kierowcami” — powiedział. „Wyraźnie widzę, że ten zespół staje się coraz silniejszy. Kiedy wygrywamy, jest to zwycięstwo całego zespołu — dowód na to, że potrafimy działać wspólnie” — dodał.

Co dalej? Hodgkinson zapowiedział kolejne szlify jednostki napędowej jeszcze w tym roku. „Wciąż możemy poprawić osiągi, pracując nad samą kalibracją, dlatego sądzę, że zobaczycie pewne postępy w tym obszarze jeszcze w tym sezonie” — zapowiedział. „Myślę, że dzięki samej kalibracji możemy jeszcze sporo zyskać” — dodał, wskazując, że „nasz silnik wciąż ma rezerwę względem osiągów, jakie teoretycznie powinien osiągać, co obserwujemy podczas testów na hamowni”.

Co ciekawe, inżynier użył wobec własnej jednostki słowa, które wcześniej rezerwował dla silnika Mercedesa jego były szef Toto Wolff — nazwał ją „diwą”. „W rzeczywistości nie wszystko da się jednak rozwiązać samą kalibracją. Możemy również wprowadzić pewne zmiany sprzętowe, które ułatwią nam to zadanie i sprawią, że silnik nie będzie diwą” — zdradził Hodgkinson. „To właśnie niektóre ze zmian, które wprowadzamy z myślą o przyszłym roku. Mamy nadzieję, że pozwolą nam one zrobić wyraźny krok naprzód pod względem osiągów” — zakończył.

Po drugiej stronie padoku Toto Wolff broni swojej jednostki. Szef Mercedesa uważa, że silnik jego zespołu „z pewnością nie odstaje od reszty” — choć wcześniej twierdził wręcz, że układ napędowy Mercedesa jest najlepszy w stawce. Austin pokaże, czy nowa specyfikacja silnika zmieni ten układ sił.

Instalacja aplikacji
Pobierz