Co czeka Draymonda Greena, gdy jego obecna umowa z Golden State Warriors się skończy? Sam zawodnik odpowiedział na to pytanie w rozmowie z CNBC – i zabrzmiało to mniej jak przysięga wierności klubowi, bardziej jak chłodna kalkulacja realisty.
36-letni Green podpisał z Warriors roczny kontrakt. Pierwszy o tym poinformował New York Post. Oznacza to, że po zakończeniu najbliższego sezonu zawodnik będzie wolnym agentem i będzie mógł wybrać dowolny zespół.
W Golden State Green uchodzi za żywy symbol czterech mistrzostw NBA zdobytych w barwach tego klubu. Jego sytuacja kontraktowa wygląda jednak zupełnie inaczej niż u Stephena Curry’ego. Curry ma dwuletnią umowę, a klub liczy, że to właśnie w Golden State zakończy karierę.
„Nie jestem Stephenem Currym”
Green nie udaje, że nie widzi tej różnicy w statusie. „Chciałbym zakończyć karierę jako zawodnik Golden State Warriors. Nie jestem jednak Stephenem Currym, prawda? Nie mam więc wszystkich przywilejów, które ma Steph Curry, i to jest w porządku” — powiedział w rozmowie z CNBC.
Skrzydłowy zwrócił też uwagę, jak rzadkie jest to, o czym mówi. „To niezwykle rzadkie, by spędzić całą karierę w jednym zespole. Jeśli uda mi się tego dokonać, bardzo się ucieszę” — dodał.
Konkretnie zabrzmiała za to jego deklaracja na wypadek, gdyby w Warriors się nie udało. „Chciałbym grać w koszykówkę w przyszłym roku. Jeśli nie tutaj, nie zamierzam przechodzić na emeryturę. Jeśli nie zakończę kariery w Warriors, trudno. Jestem jednak bardzo wdzięczny za drogę, którą przebyłem w tym klubie” — stwierdził Green.
Te słowa niczego nie zamykają, ale wyznaczają ramy sprawy. Green chce zostać, lecz nie za wszelką cenę — i, jak sam przyznaje, finalne słowo należy do Warriors, nie do niego.