Rozmowy New York Knicks z Karlem-Anthonym Townsem w sprawie przedłużenia kontraktu utknęły w martwym punkcie. ESPN podaje, że porozumienie przed startem obozu przygotowawczego jest teraz mało realne.
Obie strony rozmawiały o warunkach nowej umowy przez całe lato. Ostatnio jednak cisza – żadnego postępu. Trzydziestoletni Towns może liczyć maksymalnie na czteroletnie przedłużenie warte 276 mln dolarów.
A stawka jest wysoka, i to nie tylko w dolarach. W minionych play-offach Towns notował średnio 15,9 punktu, 10,6 zbiórki i 4,9 asysty przy 55 proc. skuteczności z gry. Knicks zamknęli tamten sezon bilansem 16-3 w fazie pucharowej i sięgnęli po pierwsze mistrzostwo NBA od 53 lat.
Widmo drugiego progu podatkowego
Za impasem stoi przede wszystkim polityka finansowa klubu. Właściciel Knicks James Dolan od dawna powtarza, że chce uniknąć przekroczenia drugiego progu podatkowego. Jedną z konsekwencji tej strategii już widać – to odejście Mitchella Robinsona do Boston Celtics.
Sam Towns i tak nie może narzekać. W tym sezonie zarobi 57 mln dolarów, a na rozgrywki 2027/28 ma zagwarantowaną opcję zawodnika wartą 61 mln dolarów. Stąd presja czasu jest tu mniejsza niż u zawodników bez takiego zabezpieczenia.
Strony wciąż mogą dogadać się w trakcie sezonu, ale na razie nic nie zapowiada szybkiego finału rozmów. Dochodzi do tego szerszy obraz sytuacji kadrowej – Knicks będą musieli wkrótce zdecydować, co dalej z kontraktami Josha Harta, Jalena Brunsona i OG Anunoby’ego. To dodatkowo komplikuje kalkulacje wokół budżetu drużyny.