„Wszystko bierzemy. Zgłoszone zostało, tak, bierzemy każdą walkę w 70 kg na zastępstwo. Listopad, grudzień, styczeń, cokolwiek tam będzie, bierzemy” – menadżer Mariana Ziółkowskiego, Artur Ostaszewski, nie owija w bawełnę, gdy pada pytanie o plany jego zawodnika. Deklaracja spada tuż po drugiej porażce z rzędu, jaką Ziółkowski poniósł w starciu z Wilsonem Varelą.
Pojedynek zakończył się poddaniem. Varela przypieczętował zwycięstwo skutecznie zapiętą balaszą z dołu i nie dał Polakowi żadnych szans na wyjście z duszenia.
To już druga przegrana walka Ziółkowskiego z rzędu, a taki zakręt w karierze trudno nazwać drobnym. Były mistrz kategorii lekkiej KSW, który raz po pas sięgnął, a potem skutecznie go bronił, nagle znalazł się w sytuacji, w której musi odbudowywać pozycję w rankingach.
Powrót na matę szybciej niż ktokolwiek się spodziewał
Żadnej przerwy na otarcie łez. Zamiast odpuścić po bolesnej porażce, Ziółkowski wrócił na trening już kilka dni po starciu z Varelą. Sygnał jest jasny: na idealne okoliczności czekać nie zamierza.
Jego obóz formalnie zgłosił gotowość do przyjęcia walki na zastępstwo w kategorii lekkiej, do 70 kilogramów. Ostaszewski od razu podał konkretne okno czasowe: listopad, grudzień albo styczeń.
Co ważne, ekipa Ziółkowskiego nie przebiera w rywalach. Nie pada żadne nazwisko wymarzonego przeciwnika, na którego warto by poczekać – liczy się sam fakt szybkiego powrotu na event KSW.
Taka strategia, typowa dla zawodników chcących jak najszybciej przerwać serię porażek, stawia Ziółkowskiego w gotowości na telefon od organizacji w każdej chwili najbliższych miesięcy.