„Pod względem fizycznym to było mocne uderzenie, ale nic mi nie jest. Jeszcze bardziej boli mnie jednak emocjonalnie to, że coś takiego przydarzyło się tutaj, w domu, przed tifosi” — powiedział Charles Leclerc po kraksie na Monzy. I właśnie ten wypadek sprawił, że kierowca Ferrari prowadzi teraz w nietypowej klasyfikacji, którą kibice F1 śledzą równie uważnie jak walkę o tytuł mistrzowski.
Co roku jeden z internetowych ekspertów publikuje na Reddicie ranking Destructor’s Championship — zestawienie kierowców według strat finansowych, jakie wywołały ich kraksy. Podstawą wyliczeń są szacunkowe koszty części zamiennych potrzebnych do naprawy rozbitych bolidów. A te nie są tanie. Samo przednie skrzydło to wydatek rzędu 133 tys. euro, przednie zawieszenie kosztuje około 111 tys. euro, a nawet pojedyncza opona wyceniana jest na 2700 euro.
Po 17 wyścigach sezonu 2026 na czele tego mimowolnego rankingu znajduje się Charles Leclerc. Monakijczyk z Ferrari spowodował dotychczas straty szacowane na 2 mln 38 tys. dolarów, czyli około 1,8 mln euro. Najdroższy incydent w jego wykonaniu rozegrał się na Monzy we Włoszech, gdzie uderzył w barierę z opon — na oczach własnych kibiców, co jak sam przyznał, bolało go bardziej niż sam wypadek.
Ralf Schumacher, ekspert Sky, nie ma dla Leclerca litości. W rozmowie ze SPORT BILD stwierdził, że jedną ze słabości Monakijczyka jest powtarzanie tych samych błędów. „Za wszelką cenę chce jechać szybko, a potem robi jakieś bezsensowne rzeczy” — ocenił Niemiec.
Albon i Bearman tuż za liderem
Drugie miejsce w Destructor’s Championship zajmuje Alex Albon z Williamsa. 30-letni Tajlandczyk spowodował straty wyceniane na 2 mln 36 tys. dolarów, czyli niespełna 1,8 mln euro. Od Leclerca dzielą go zaledwie dwa tysiące dolarów.
Trzecie miejsce przypadło Oliverowi Bearmanowi z Haasa. Brytyjczyk odpowiada za uszkodzenia wyceniane łącznie na 2 mln 33 tys. dolarów, czyli niespełna 1,8 mln euro. Jego najpoważniejszy wypadek sezonu zdarzył się podczas Grand Prix Japonii — próbując ominąć Franco Colapinto z Alpine, uderzył bokiem bolidu w barierę z przeciążeniem sięgającym 50 G. Po tym zdarzeniu Bearman przeprosił swój zespół.
Co ciekawe, najdroższa pojedyncza kraksa całego sezonu wcale nie należy do żadnego z trójki liderów klasyfikacji strat. Ten tytuł przypadł Pierre’owi Gasly’emu z Alpine, który dachował podczas Grand Prix Miami. Koszty naprawy po tym zdarzeniu oszacowano na 960 tys. dolarów, czyli około 853 tys. euro. To jednorazowy wydatek — resztę sezonu Francuz przejechał znacznie spokojniej, więc prowadzenia w całorocznym rankingu mu to nie dało.
Schumacher, patrząc na dzisiejsze realia, wraca też do swoich czasów w Jordanie. „Za czasów Jordana miałem kilka wypadków — najczęściej dlatego, że coś się urwało. Do tego dochodziły różne awarie silnika. Nigdy nie miałem o to pretensji do zespołu. Oczekiwałem tego samego w drugą stronę, kiedy sam popełniałem błąd. Zazwyczaj zapraszałem wtedy ekipę na kolację” — opowiadał.
Mniej wyrozumiały jest wobec reakcji mistrza świata Lando Norrisa. „Uważam, że Lando Norris reaguje na takie sytuacje dość lekceważąco. Szczególnie było to widać ostatnio po jego kolizji z zespołowym kolegą Oscarem Piastrim. Powinien po prostu stanąć przed kamerami i przyznać, że źle ocenił sytuację” — powiedział Schumacher, mając na myśli starcie z Piastrim, który jest kolegą Norrisa z zespołu. Paradoksalnie sam Norris w rankingu strat finansowych wypada bardzo skromnie — zajmuje dopiero 21. miejsce.
W tle tych kosztownych incydentów toczy się właściwa walka konstruktorów. Prowadzi w niej Mercedes z 578 punktami, przed Ferrari z 444 punktami i McLarenem, który ma na koncie 339 punktów. Gdyby jednak liczyły się rozbite skrzydła i zawieszenia, czoło tabeli wyglądałoby zupełnie inaczej.