Chwilę po starcie Grand Prix Włoch na Monzy robi się gorąco — i to między kierowcami tego samego zespołu. Charles Leclerc i Lewis Hamilton, obaj w barwach Ferrari, ścierają się na torze nie z Red Bullem czy McLarenem, a ze sobą. Dla siedmiokrotnego mistrza świata efekt jest bolesny — Hamilton spada na dziesiątą pozycję.
Ten weekend miał wyglądać zupełnie inaczej. Ferrari zapowiadało debiut nowego silnika właśnie na Monzy, licząc, że domowy wyścig stanie się okazją do przełamania złej passy. Nowa jednostka miała dać zespołowi z Maranello dodatkowe 15 koni mechanicznych — tyle, by wreszcie powalczyć o zwycięstwo na własnym terenie. Rzeczywistość okazała się dużo skromniejsza: ani Leclerc, ani Hamilton nie liczyli się w walce o pole position.
Starcie na torze obnażyło problem, który narasta w Maranello już od kilku wyścigów. Ferrari w ostatnich weekendach nie sięgało po polecenia zespołowe (team orders), zostawiając kierowcom wolną rękę. Efekt? Brak jasnej hierarchii doprowadził do sytuacji, w której dwaj kierowcy jednej stajni walczyli między sobą — i tracili pozycje na rzecz rywali.
Hamilton chce priorytetu
Lewis Hamilton nie kryje frustracji. Domaga się priorytetowego traktowania w zespole. Ma też poczucie, że jego słowa wewnątrz Ferrari są odczytywane wybiórczo, niesprawiedliwie wyrywane z kontekstu.
„Lewis powiedział mi: 'Fred, 80 proc. mojego przekazu było pozytywne, a oni wzięli 20 proc., które było negatywne'”
Te słowa, skierowane do szefa Ferrari Freda, pokazują, że napięcie w zespole nie kończy się na torze. Kwestia priorytetu między Leclercem a Hamiltonem, brak jasnych zasad w wyścigu i zawiedzione nadzieje związane z nowym silnikiem — wszystko to składa się na obraz zespołu, który na własnym podwórku miał świętować, a zamiast tego gasi pożary.