Autobus miał zawieźć ich na tor, ale utkwił w korku. W końcu jeden z kibiców razem z żoną machnęli ręką na czekanie i po prostu poszli do Sepang na własnych nogach – 11 kilometrów. To jedna z historii, które zebrał dziennik „The Straits Times”, pytając fanów o wrażenia z powrotu Formuły 1 do Malezji.
Po dziewięciu latach przerwy F1 wróciła na tor Sepang. Nie stało się to jednak w ramach zwykłego kalendarza sezonu. Winny jest konflikt na Bliskim Wschodzie, który zmusił Formułę 1 do szukania planu awaryjnego zastępującego jeden z dwóch wyścigów. Władze Bahrajnu zgodziły się pokryć większość kosztów organizacji i wynajęły obiekt niedaleko Kuala Lumpur – tak powstał wyścig o nazwie GP Bahrajnu w Malezji. Kulisy tego rozwiązania wyszły na jaw podczas tegorocznego GP Węgier.
Kłopoty zaczęły się już w drodze na tor. Kibice przyznawali, że autobusów było zdecydowanie za mało w stosunku do liczby fanów, a te, które jeździły, pojawiały się zbyt rzadko. Do tego organizacja ruchu przez policję okazała się bardzo słaba, co jeszcze bardziej ograniczyło dostępność transportu.
Na miejscu czekała kolejna niespodzianka. Na obiekcie wprowadzono zakaz wnoszenia plastikowych butelek, więc fani musieli kupować napoje już na torze – wnieść można było jedynie inne pojemniki, na przykład bidony. Dla porównania: na tegorocznym GP Węgier kibice mogli wnieść litrową butelkę na osobę, a na torze czekały darmowe punkty uzupełniania płynów.
Osiem tygodni na przygotowania
Część tego chaosu wyjaśnia czas, jaki Malezja miała na przygotowania. Zamiast standardowych kilku miesięcy, obiekt dostał tylko osiem tygodni. Organizatorzy współpracowali z władzami Bahrajnu i toru Sakhir, próbując odwzorować padok znany z Bahrajnu. Przy przygotowaniach wyścigu pracowało łącznie 5000 osób z obu krajów.
Mimo logistycznych problemów trybuny się nie wyludniły – wręcz przeciwnie. Frekwencja skoczyła ze standardowych 40-50 tysięcy, znanych z poprzednich edycji GP Malezji, do 100 tysięcy.
Taki wynik mógł zachęcić władze kraju do dalszych planów. Premier Malezji Anwar Ibrahim poinformował, że odbył już wstępne rozmowy z szefem Formuły 1 Stefano Domenicalim w sprawie stałego powrotu GP Malezji do kalendarza. Sam premier zaznaczył jednak, że prostej drogi tu nie będzie – terminarz rywalizacji jest napięty, a inne państwa mają podpisane własne kontrakty.