Bolidy budowane pod rygorystyczne przepisy 2026 roku miały być szczytem inżynierii F1. Wystarczyła jednak zwykła tropikalna ulewa, by zamieniły się w bezradne maszyny stojące na torze. Tak właśnie wyglądało Grand Prix Bahrajnu rozgrywane w Malezji, gdzie procedura startowa zamieniła się w festiwal technicznego wstydu.
Plan był prosty: start za samochodem bezpieczeństwa po intensywnej burzy tropikalnej, czyli standardowa procedura na mokrym torze, znana w F1 od lat. Tyle że nowe bolidy, zbudowane według regulaminu obowiązującego od sezonu 2026, w ogóle nie chciały jechać w takich warunkach. Rutynowa formacja, która miała potrwać kilka minut, urwała się, zanim na dobre się zaczęła.
Pierwszy zgłosił problem Max Verstappen, zdobywca pole position i kierowca Red Bull Racing. „Nie jestem w stanie przyspieszać” — padło przez radio. Na szczęście dla Holendra inżynierowie zespołu zareagowali błyskawicznie i zdołali rozwiązać problem na tyle, by ruszył i dogonił samochód bezpieczeństwa.
Lewis Hamilton nie miał tyle szczęścia. Siedmiokrotny mistrz świata, dziś barwy Ferrari, w wieku 41 lat zgłosił znacznie poważniejszą awarię i po prostu zamarł na torze. „Wciskam gaz i nic się nie dzieje” — relacjonował zdesperowany Brytyjczyk. Jego inżynier wyścigowy nie szukał dyplomatycznych słów: „To problem z oprogramowaniem, który próbujemy rozwiązać”. Winę za unieruchomienie bolidu ponosił software, który nie radził sobie z oddawaniem mocy z baterii elektrycznej w mokrych warunkach. Zanim Hamilton w końcu ruszył i wjechał na kolejne okrążenie rozgrzewkowe, zdążyli go wyprzedzić rywale.
Verstappen i Hamilton nie byli jedynymi ofiarami. Podobne kłopoty dotknęły Gabriela Bortoleto z Audi, Estebana Ocona z Haasa i Valtteriego Bottasa z Cadillaka. Gdy awarie jednostek napędowych posypały się w kilku samochodach naraz, dyrekcja wyścigu nie miała wyjścia — wstrzymała procedurę startową i wywieszono czerwoną flagę. Na torze zapanował chaos: między bolidami powstały ogromne odstępy, a samochód bezpieczeństwa, który powinien prowadzić stawkę na czele, znalazł się nagle gdzieś w środku pola.
Łatka w locie, zanim ruszyli ponownie
Jak wyjaśnił Bradley Lord, zastępca szefa zespołu Mercedes, w rozmowie ze Sky Sports, FIA przekazała wszystkim zespołom nowe oprogramowanie oraz parametry, by pomóc przygotować samochody do wznowienia rywalizacji. „Wszystkie zespoły otrzymały nowe ustawienia odzyskiwania energii. Problemy dotknęły tak naprawdę całą stawkę. Odpowiedzialna za nie była najprawdopodobniej usterka oprogramowania” — relacjonował Lord.
Ten pośpiech wzbudził zresztą największe wątpliwości u komentatora Gary’ego Andersona, który nie przebierał w słowach, krytykując przepisy i rozwiązania dotyczące jednostek napędowych wprowadzone na 2026 rok. „Zastanawiam się, jak poważny wypadek musi się wydarzyć, by decydenci zrozumieli, że obecne przepisy i rozwiązania dotyczące jednostek napędowych nie mają racji bytu w F1. To smutna sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy. Nowe oprogramowanie wgrano rzekomo w momencie, gdy wstrzymano start wyścigu… Kto miał to już gotowe i przetestowane w zanadrzu?” — pytał retorycznie Anderson. Zwrócił też uwagę na podstawowy problem całej procedury: „Zazwyczaj każde nowe oprogramowanie wymaga wielu godzin testów i weryfikacji, zanim zostanie gdziekolwiek zastosowane, a co dopiero w tak potężnej maszynie, jaką jest bolid F1!”.
Pytanie Andersona o to, kto miał tę łatkę gotową „w zanadrzu”, wciąż wisi bez odpowiedzi. Jedno jest pewne: obraz stawki F1 bezradnej wobec deszczu, mimo setek milionów dolarów zainwestowanych w nowe jednostki napędowe, mówi sam za siebie.