Dlaczego opony Pirelli, które trafią do bolidów Formuły 1, mają w kolejnych sezonach zużywać się wyraźnie szybciej niż te, na których jeżdżą teraz kierowcy? Odpowiedzi trzeba szukać w testach prowadzonych już w tym sezonie oraz we wnioskach, jakie włoski producent wyciągnął po wprowadzeniu bolidów nowej generacji.
Sprawa wypłynęła podczas weekendu wyścigowego w Baku – poruszył ją George Russell, pytając wprost o plany na 2027 rok. To nie jest drobiazg. Chodzi o sam sposób, w jaki Pirelli projektowało gumę na obecny sezon, i o problemy, które z tamtych założeń wynikły.
Opony na 2026 rok powstawały z użyciem tzw. mułów – bolidów zbudowanych jeszcze na bazie poprzedniej generacji. Te maszyny rozpędzały się wolniej i generowały inny poziom docisku niż samochody nowej generacji, które ostatecznie pojawiły się na torze. Rozbieżność wyszła spora: część danych wskazywała na różnice w przewidywalnym oknie osiągów sięgające nawet 30%. Przełożyło się to na konkretną liczbę – około 4 sekund różnicy w docelowych czasach okrążeń.
Efekt było widać przez cały sezon. Degradacja ogumienia okazała się wyjątkowo niska, a większość zwycięzców tegorocznych wyścigów kończyła rywalizację po zaledwie jednym pit stopie. I to właśnie ten scenariusz Pirelli chce teraz odwrócić.
Prawdziwa maszyna zamiast muła
Simone Berra, główny inżynier Pirelli, potwierdził, że charakterystyka opon zmieni się w sezonie 2027. Kluczowa różnica względem wcześniejszych prac tkwi w narzędziach – w tegorocznych testach rozwojowych producent korzysta już z bolidów nowej generacji, a nie z mułów. „W tym roku pracujemy już nie z tzw. mułem, a prawdziwą maszyną z tego sezonu, dzięki czemu możemy uzyskać lepszy obraz całej sytuacji. Nasz cel nie odnosił się w pierwszej kolejności do balansu czy stabilności samochodu, a bardziej o wygenerowanie większego poziomu degradacji” – powiedział Berra, cytowany przez serwis The Race.
Jak podkreślił inżynier, priorytetem nie był balans ani stabilność samochodu – chodziło konkretnie o podniesienie poziomu degradacji opon. Zespół Pirelli skupił się na samej strukturze opony, testując różne rozwiązania mające wywołać większe zużycie przedniego ogumienia i odmienny poziom degradacji z tyłu. Szczegółów technicznych tych rozwiązań Berra na razie nie zdradza.
„Pomysł był po prostu taki, by zwiększyć poziom degradacji, bo zwłaszcza w pierwszej części sezonu – aczkolwiek też w innych wyścigach – był on dość niski. Pracowaliśmy nad samą strukturą, by wygenerować większe ciepło i przyśpieszyć degradację termiczną. Oczywiście czekają nas jeszcze testy różnych mieszanek przed ustaleniem ich finalną gamy na kolejny rok. To też musimy uwzględnić w naszych ocenach” – dodał Berra.
Sam przyznał zresztą wprost, że poziom degradacji w tym sezonie był dość niski, zwłaszcza na jego początku. Stąd praca nad strukturą opon – tak, by generowały więcej ciepła i szybciej przechodziły degradację termiczną. Przed producentem jeszcze seria testów różnych mieszanek, zanim ustali ostateczną gamę opon na sezon 2027.