„Niezależnie od tego, czy miałem przeciwnika, czy nie, ten facet zgodził się i napisał na Twitterze, że przed końcem roku stoczę dobrowolną obronę, a w przyszłym roku zmierzę się z Hernandezem, na co chętnie przystałem. Wypada zatem zadać pytanie – co się zmieniło?” – napisał w mediach społecznościowych Denzel Bentley, odnosząc się do słów Gustavo Olivieriego, prezydenta WBO.
31-letni bokser z Londynu nie zamierzał odpuścić. Bentley toczy obecnie spór z federacją WBO o zwolnienie go z obowiązku walki z obowiązkowym pretendentem Yoenlim Hernandezem w pierwszej kolejności. Mistrz legitymuje się rekordem 22-3-1 z 18 nokautami. Niepokonany Hernandez notuje na koncie 11 zwycięstw bez porażki, w tym 9 przed czasem.
Cała sprawa zaczęła się na początku września, gdy WBO nakazała obozom obu zawodników rozpoczęcie negocjacji. Przetarg o prawa do organizacji pojedynku rozstrzygnęła kwota 200 tysięcy dolarów, z czego 75 procent miało trafić do kieszeni Bentleya. Zamiast przystąpić do przygotowań z Hernandezem, Brytyjczyk dołączył do grupy Zuffa Boxing i zdecydował się na walkę z Shane’em Mosleyem Jr – synem legendy boksu, który sam może pochwalić się rekordem 23-5 z 13 nokautami – ryzykując przy tym utratę pasa mistrzowskiego.
Bentley chce ugrać swoje, WBO nie ustępuje
Bentley zwrócił się do władz federacji z prośbą o uznanie starcia z Mosleyem za pojedynek mistrzowski, obiecując jednocześnie, że Hernandez i tak będzie jego następnym przeciwnikiem. Odpowiedź WBO była twarda: Bentley miał dogadać się z Hernandezem w przeciągu zaledwie 24 godzin.
Głos w sprawie zabrał sam prezydent organizacji. Gustavo Olivieri stwierdził, że federacja nigdy nie otrzymała oficjalnego wniosku dotyczącego walki Bentley-Mosley – ani od Zuffy, ani od zespołu Bentleya, ani od zespołu Mosleya. Słowa te stoją w jawnej sprzeczności z wersją samego Bentleya, który twierdzi, że ustalenia z Olivierim zapadły już wcześniej, także na Twitterze. Spór między bokserem a federacją wciąż trwa, a przyszłość pasa WBO w wadze średniej stoi pod znakiem zapytania.