Koniec 2018 roku. Bartosz Kurek pakuje walizki i wyjeżdża z Polski, by od nowego roku grać we włoskim Vero Volley Monza. Nikt wtedy nie przypuszczał, że to dopiero pierwsza z wielu przeprowadzek, które na długo wyznaczą rytm życia jego rodziny.
W 2020 roku siatkarz staje na ślubnym kobiercu z Anną. Chwilę po ceremonii małżonkowie znów pakują walizki — tym razem cel jest znacznie odleglejszy, bo lądują w Japonii. Powód? Kurek podpisuje kontrakt z Wolf Dogs Nagoya.
W japońskich barwach reprezentant Polski gra aż do 2024 roku. To kawał kariery, przez który Anna trzyma się blisko męża, choć od Polski dzielą ich tysiące kilometrów.
Powrót do Polski i nowy rozdział Anny
Dopiero 2024 rok przynosi decyzję o osiedleniu się na stałe w kraju. Wraz z powrotem Anna Kurek wiąże się z drużyną siatkarską z Nysy, do której dołącza jeszcze w tym samym roku. Ten epizod okazuje się jednak krótki — jej przygoda z klubem szybko się kończy.
Historia małżeństwa Kurków to w gruncie rzeczy mapa przeprowadzek podyktowanych karierą siatkarza — od Włoch, przez Japonię, aż po powrót do kraju. Za każdym razem Anna musiała być gotowa zmienić otoczenie i zostawić ustabilizowane życie na rzecz wspólnych planów.
Ukraina zaczyna sondować grunt pod wspólną z Polską kandydaturę do organizacji męskich mistrzostw świata w piłce nożnej. Sprawę potwierdził minister sportu Ukrainy Matwij Bidny.
„Bardzo logiczne byłoby powtórzenie tego udanego przedsięwzięcia” — powiedział Bidny, nawiązując wprost do Euro 2012, które Polska i Ukraina zorganizowały wspólnie. To właśnie ten turniej ma być punktem odniesienia dla ewentualnej mundialowej kandydatury.
Kalendarz FIFA nie zostawia tu jednak wielu opcji. Mistrzostwa świata 2030 odbędą się w Hiszpanii, Portugalii i Maroku, edycja 2034 trafiła już do Arabii Saudyjskiej. Zostaje więc rok 2038 — to najbliższy wolny termin, o który mogłaby ubiegać się para Polska–Ukraina.
Jak podaje Politico, temat wspólnej kandydatury miał wrócić w prywatnych rozmowach przy okazji Konferencji Odbudowy Ukrainy 2026 w Gdańsku. I trudno oderwać ten kontekst od skali zniszczeń wojennych — potrzeby odbudowy i napraw w Ukrainie oszacowano na niemal 588 miliardów dolarów w perspektywie najbliższej dekady. Liczba nie wzięła się znikąd — to wspólna ocena rządu Ukrainy, Banku Światowego, Komisji Europejskiej i ONZ.
Cień wojny nad stadionami
Skalę zmian, jakie zaszły w kraju od czasów Euro 2012, najlepiej pokazuje Donbas Arena w Doniecku — tam rozegrano wtedy pięć meczów turnieju. Część Donbasu zajęli wspierani przez Rosję separatyści już w 2014 roku. Od tamtej pory sytuacja tylko się pogarszała.
1 września na forum ONZ padły słowa, że w Ukrainie nie ma już bezpiecznego miejsca. Dane za pierwszą połowę 2026 roku pokazują skalę problemu dobitnie — liczba ofiar cywilnych była o 114 procent wyższa niż w tym samym okresie 2024 roku.
Na tym tle ewentualna kandydatura na mistrzostwa świata 2038 pozostaje na razie ideą sondowaną w kuluarowych rozmowach, nie oficjalnym projektem. Dla Ukrainy — jak podkreślił minister Bidny — byłaby to jednak naturalna kontynuacja sukcesu sprzed lat.
Ferland Mendy zostaje poza kadrą. 31-letni obrońca Realu Madryt nie znalazł się na liście klubu do fazy ligowej Ligi Mistrzów. To on jest największym zaskoczeniem wśród nieobecnych – spośród 25 dostępnych miejsc José Mourinho ułożył kadrę na europejskie puchary bez Francuza.
Jego miejsce zajął wychowanek klubu, Sergio Martínez. Młody pomocnik już dostał powołanie na piątkowy mecz z Betisem na Estadio La Cartuja i wybiegnie na boisko z numerem 38 na plecach. Obok niego na liście znalazło się jeszcze 11 zawodników z akademii Realu – to spory sygnał, że Mourinho stawia na młodzież bardziej, niż się spodziewano. Wśród debiutantów są bramkarze Sergio Mestre i Javi Navarro, obrońcy Fortea, Joan Martínez oraz Mario Rivas, pomocnicy Thiago, Cestero, Lacosta, Villalba i Valero, a także napastnik Yáñez.
Pełna kadra Realu Madryt na Ligę Mistrzów
W bramce Mourinho postawił na czwórkę: Courtois (1), Łunin (13), Sergio Mestre (26) i Javi Navarro (31). Formacja defensywna liczy dwunastu zawodników – Asencio (2), Militao (3), Huijsen (4), Alexander-Arnold (12), Konaté (16), Cucurella (17), Carreras (18), Rüdiger (22), Dumfries (24), Fortea (28), Joan Martínez (30) i Mario Rivas (33).
Środek pola to prawdziwy tłok: Bellingham (5), Camavinga (6), Valverde (8), Tchouameni (14), Güler (15), Bernardo (20), Diomande (25), Thiago (27), Cestero (29), Villalba (32), Gabriel Valero (37) i wspomniany Sergio Martínez (38). W ataku Mourinho może wybierać spośród Viniciusa (7), Endricka (9), Mbappé (10), Rodrygo (11), Espí (19), Brahima (21) oraz Yáñeza (35).
Męska reprezentacja Polski w koszykówce zmierzy się w czwartek w Rydze z Izraelem. To otwarcie drugiego etapu eliminacji do mistrzostw świata 2027 w Katarze. Spotkanie rozegrane zostanie poza terytorium Izraela — powód to sytuacja polityczna w tym kraju. Trybuny będą puste. Taką decyzję podjęła FIBA.
Dla podopiecznych Igora Milicicia to rywal znany na wylot. W trzech ostatnich meczach o punkty Polacy ograli Izrael za każdym razem. Pierwsze z tych zwycięstw padło w Pradze w 2022 roku — biało-czerwoni wygrali wtedy 85:76 w fazie grupowej mistrzostw Europy. Rok temu w Katowicach było już znacznie bardziej nerwowo: 66:64. Obie drużyny wchodziły wówczas do rywalizacji w grupie D z kompletem zwycięstw.
Bohaterów tamtego meczu w Spodku było dwóch. Naturalizowany Amerykanin Jordan Loyd zdobył 27 punktów, w tym te decydujące. Kapitan Mateusz Ponitka zanotował double-double: 16 punktów i 11 zbiórek.
Izrael bez kluczowych graczy
Rywale przylecą do Rygi osłabieni. W kadrze Izraela zabraknie kilku zawodników z zeszłorocznego EuroBasketu — przede wszystkim lidera zespołu, Deniego Avdiji. Nie zagra też najlepszy strzelec Portland Trail Blazers w NBA, który akurat w Katowicach zdobył najwięcej punktów w całym meczu — 23.
Forma gości też niepokoi. W ostatnim sparingu, rozegranym w niedzielę w Tbilisi, Izrael przegrał z Gruzją 90:101. Punktowo błysnęli tam uczestnicy zeszłorocznych mistrzostw Europy — Roman Sorkin zdobył 25 punktów, Yam Madar 16.
Polacy jadą na Łotwę w znakomitych nastrojach. Pierwszy etap eliminacji zamknęli kompletem sześciu zwycięstw w grupie F. Ostatnie z nich padło w Krakowie, gdzie biało-czerwoni rozgromili Holandię 92:84.
Drugi etap kwalifikacji do mistrzostw świata 2027 potrwa od sierpnia 2026 do marca 2027 roku. A bilans bezpośrednich starć obu reprezentacji — licząc mistrzostwa Europy oraz kwalifikacje do ME, MŚ i igrzysk olimpijskich — jest dziś idealnie równy: 10 zwycięstw do 10.
NBA nie bawiła się w pół środków. Los Angeles Clippers stracili wybory w pierwszej rundzie draftu na lata 2029-2033, a do tego klub musi zapłacić 30 mln dolarów kary. To jedna z najsurowszych sankcji w historii ligi – wymierzona w związku ze sprawą dotyczącą Kawhi Leonarda i firmy Aspiration.
Oznacza to, że przez pięć kolejnych lat Clippers nie będą mieli własnego wyboru w drafcie. Dla klubu, który od lat buduje przyszłość wokół gwiazd i draftowych transakcji, to cios, który da się odczuć jeszcze długo.
Liga nie oszczędziła też właściciela zespołu. Steve Ballmer został zawieszony na rok we wszystkich aktywnościach ligowych i klubowych. Przez najbliższe dwanaście miesięcy miliarder nie zajmie się oficjalnie sprawami Clippers ani nie pojawi się na wydarzeniach organizowanych przez NBA.
Co z Kawhim Leonardem?
Kara nie ominęła też samego zawodnika. Kawhi Leonard dostał grzywnę w wysokości 700 tysięcy dolarów. Sankcja wiąże się bezpośrednio z domniemanym porozumieniem na 28 mln dolarów między nieistniejącą już firmą Aspiration a należącą do Leonarda spółką KL2 Aspire, LLC.
To właśnie ten kontrakt stał się osią całej afery. Efekt? Jedna z najbardziej dotkliwych kar finansowo-sportowych, jakie NBA nałożyła w ostatnich latach – i to naraz na klub, jego właściciela oraz gwiazdora drużyny.
Robert Kubica skomentował możliwość powrotu do Formuły 1 w podcaście Cezarego Gutowskiego „F1 CoDrive”. Krakowianin odniósł się przy tym do sytuacji zespołu Cadillac i roli, jaką pełni w nim Marcin Budkowski.
Cadillac zadebiutował w Formule 1 w 2026 roku jako jedenasty zespół stawki. Za kierownicami bolidów zasiadają Sergio Perez i Valtteri Bottas. Ekipa wciąż czeka na pierwsze punkty w mistrzostwach świata. Właśnie w tym kontekście padło pytanie, czy w składzie amerykańskiej stajni znalazłoby się miejsce dla Kubicy.
Polak nie zostawił jednak złudzeń co do swoich priorytetów. „Myślę, że Marcin Budkowski ma dużo więcej ważniejszych zadań i zmartwień niż obsadzanie foteli Cadillaka” – powiedział wprost w rozmowie z Gutowskim.
Sam Budkowski nie jest w Formule 1 postacią anonimową. Kubica przyznał zresztą, że ucieszyły go wieści o zmianach w jego zawodowym życiu.
Priorytet: wyścigi długodystansowe
Obecnie priorytetem Kubicy jest rywalizacja w wyścigach długodystansowych. Polak ma na koncie zwycięstwo w 24-godzinnym wyścigu Le Mans – jednym z najbardziej prestiżowych startów w kalendarzu światowego motorsportu.
Powrót do F1 za wszelką cenę nie jest więc dla niego celem samym w sobie. Kubica podchodzi do tego tematu z wyraźnym dystansem, skupiając się na dyscyplinie, w której odnosi dziś największe sukcesy.
Ruiz Jr wraca na ring z rewanżem, na który kibice czekali od pięciu lat.
Czy Anthony Joshua i Tyson Fury w końcu staną naprzeciw siebie w listopadzie? Sprawa wciąż wisi w powietrzu. Jedno jest już jednak pewne – Brytyjczyk dostał zaległą wypłatę za lipcową walkę z Kristianem Prengą.
To formalność, choć niebagatelna – rozliczenia finansowe potrafią wywołać w bokserskim biznesie tyle samo emocji, co same pojedynki na ringu. Teraz wzrok wszystkich kieruje się dalej, ku dacie 20 listopada.
Nowy Jork w grze
Najczęściej wymienianym miejscem kolejnego występu Joshui jest Madison Square Garden w Nowym Jorku. Tam właśnie, jak wynika z krążących doniesień, miałoby dojść do walki w połowie listopada.
Na razie wszystko zależy od decyzji Tysona Fury’ego – na tę odpowiedź środowisko bokserskie czeka z rosnącą niecierpliwością. Dopóki Fury się nie określi, plany nowojorskiej gali pozostają w sferze domysłów.
Czy debiutantka US Open zdąży poznać swoją idolkę, zanim ta zakończy karierę? Frodin przyznała dziennikarzom, że liczy na spotkanie z Sereną Williams już niedługo. „Mam nadzieję, że wkrótce będę miała okazję ją poznać” — powiedziała.
Na korcie im. Frodin przegrała z Eleną Rybakiną 3:6, 2:6. I to nie był przypadkowy rywal na start — Rybakina zajmuje drugie miejsce w rankingu światowym.
Sam awans do głównej drabinki US Open to nagroda za wcześniejsze osiągnięcia. Dziką kartę Frodin dostała za zwycięstwo w USTA Girls’ 18s National Championships.
Serena Williams wciąż na Flushing Meadows
Idolka, o której mówi młoda Amerykanka, to postać w tenisie wyjątkowa — bez przesady. Serena Williams ma na koncie 23 tytuły wielkoszlemowe. Po niemal czteroletniej przerwie wróciła na kort w czerwcu, na Queen’s Club Championships w Londynie.
Na tegorocznym US Open wciąż jej pełno — nie w singlu, ale w deblu, u boku siostry Venus. I właśnie tam, na Flushing Meadows, Frodin liczy, że ich drogi wreszcie się przetną.
Numer dwa na świecie przez blisko pięć godzin męczył się z zawodnikiem sklasyfikowanym na 89. miejscu. Brzmi jak zagadka, prawda? Alexander Zverev odpowiedź na nią znalazł dopiero w piątym secie, wygrywając pierwszy mecz na US Open z Włochem Lorenzo Sonego.
Niemiec triumfował 6:4, 3:6, 6:7(9), 7:5, 6:4. Spotkanie trwało 4 godziny i 53 minuty. Zverev wyszedł z niego jako faworyt — choć ten status raczej mu nie pomógł, niż ułatwił zadanie.
29-letni Niemiec przyjechał do Nowego Jorku w roli lidera stawki nie bez powodu. To on w czerwcu sięgnął po swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy na Roland Garros, a miesiąc później grał w finale Wimbledonu. Na US Open jest rozstawiony z numerem jeden — głównie dlatego, że zabrakło Jannika Sinnera, który zmaga się z kontuzją prawego kolana.
Historia bezpośrednich starć z Sonego mówiła jednoznacznie na korzyść Niemca — przed tym meczem prowadził 7:0. 31-letni Włoch postanowił jednak napisać ten pojedynek inaczej. Po stracie pierwszego seta od razu wyrównał na 1:1, kończąc swojego gema asem serwisowym do zera.
Zverev miał problem, którego żadne statystyki nie zamaskują. Przez cały mecz wykorzystał zaledwie 5 z 22 okazji na przełamanie. To właśnie ta liczba tłumaczy, czemu spotkanie ciągnęło się tak długo, mimo wyraźnej różnicy klas między rywalami.
Decydujący punkt w piątym secie
Sonego nie odpuszczał. Po stracie serwisu w końcówce czwartej partii doprowadził do remisu 2:2 w setach, zmuszając Niemca do gry na pełnym dystansie. A potem, przy stanie 2:2 w decydującej partii, Włoch powtórzył ten sam błąd, który kosztował go wcześniej czwartego seta — podwójny błąd serwisowy. Odrobić tej straty już się nie udało.
Ten moment przesądził o awansie Zvereva. W drugiej rundzie Niemiec zmierzy się z Francuzem Quentinem Halysem, sklasyfikowanym na 52. miejscu rankingu ATP.