Bartosz Zmarzlik znów był najlepszy. Sześciokrotny mistrz świata wygrał Grand Prix Łotwy w Rydze, kompletując wszystkie możliwe punkty w biegach (3,1,3,3,3,3). To dało mu 20 punktów do klasyfikacji generalnej cyklu.
Obok Polaka na podium stanęli Robert Lambert i Brady Kurtz. Brytyjczyk zajął drugie miejsce z dorobkiem 14 punktów, co przełożyło się na 18 „oczek” do klasyfikacji GP. Australijczyk uzbierał w Rydze 15 punktów – w tabeli generalnej dało mu to 16.
Czwarty finisz przypadł Kacprowi Worynie, który zebrał 14 punktów zarówno w zawodach, jak i do klasyfikacji. Piąty był Patryk Dudek – 10 punktów w Rydze i 12 w generalce. Dwaj Polacy w czołówce to kolejny dowód, że biało-czerwoni wciąż dyktują warunki w tegorocznym cyklu.
Jeszcze przed startem faworytów wskazywały kwalifikacje – najszybsi byli Kurtz i Zmarzlik, co zapowiadało zaciętą walkę o zwycięstwo. Sam tor musiał zresztą przejść solidną przebudowę tuż przed rywalizacją – zdecydowały o tym opady deszczu.
Australijczyk długo trzymał się w czołówce. Po dwóch seriach, jeszcze bez żółtego kasku lidera, miał na koncie 5 punktów. Gdy w kolejnych biegach założył już kask lidera, jego dorobek wzrósł do 8 punktów. To jednak nie wystarczyło, by przerwać dominację Zmarzlika.
Klasyfikacja generalna po Rydze
Triumf na Łotwie umocnił Zmarzlika na czele klasyfikacji generalnej. Polak ma teraz 4 punkty przewagi nad Bradym Kurtzem i 10 nad Robertem Lambertem.
Dalej w stawce szóste miejsce w Rydze zajął gospodarz zawodów, Andrzej Lebiediew – 7 punktów w zawodach dało mu 11 „oczek” do klasyfikacji. Siódmy był Jason Doyle (7 pkt w zawodach, 10 do klasyfikacji), ósmy – Max Fricke, również z dorobkiem 7 punktów w Rydze i 9 w tabeli generalnej.
Michael Jepsen Jensen uplasował się na dziewiątej pozycji – 11 punktów w zawodach dało mu 8 w klasyfikacji, tuż przed rodakiem Leonem Madsenem, który zdobył 10 punktów na torze i 7 do generalki. Miejsca 11-13 zajęli kolejno Jan Kvech (5 pkt, 6 do klasyfikacji), Kai Huckenbeck (5 pkt, 5 do klasyfikacji) i Fredrik Lindgren (5 pkt, 4 do klasyfikacji).
Stawkę zamknęli Nazar Parnicki z czterema punktami w zawodach (3 do klasyfikacji), Daniił Kołodinski z dwoma punktami (2 do klasyfikacji) oraz Anders Thomsen z jednym punktem, który dał mu 1 punkt do generalki. W Rydze zabrakło natomiast Łotysza Olega Michaiłowa – zawodnik nie wystartował.
Nikola Grbić wybrał 15 zawodników, którzy wystąpią w barwach reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy w siatkówce mężczyzn. Turniej startuje 9 września – biało-czerwoni wchodzą do niego jako obrońcy tytułu.
Selekcjoner postawił na sprawdzony trzon kadry. Do niego dołączyli zawodnicy, którzy w ostatnich miesiącach wywalczyli sobie miejsce w wyjściowej szóstce. Wśród atakujących są Bartłomiej Bołądź i Kewin Sasak. Za rozegranie akcji odpowiadać będą Jan Firlej i Marcin Komenda.
Formację środkowych tworzą Jakub Nowak, Bartłomiej Lemański, Szymon Jakubiszak i Jakub Majchrzak. To najliczniejsza grupa w kadrze – dzięki temu Grbić ma pole manewru przy ustawianiu bloku i gry na siatce.
Najmocniejszą stroną zespołu od lat pozostają przyjmujący. Zagrają tu Tomasz Fornal, Wilfredo Leon, Kamil Semeniuk, Artur Szalpuk oraz Aleksander Śliwka. Pięciu zawodników, jeden wspólny mianownik: w ostatnich sezonach to oni dźwigali reprezentację zarówno w ataku, jak i w przyjęciu.
Na libero selekcjoner postawił na Jakuba Popiwczaka i Maksymiliana Granicznego.
Cel: obrona tytułu
Polacy jadą na mistrzostwa Europy jako urzędujący mistrzowie kontynentu. Obrona trofeum to jasno wyznaczony cel drużyny Nikoli Grbicia od pierwszego gwizdka 9 września.
Tomasz Kaczmarek, a nie Goncalo Feio – to on ma zostać nowym trenerem Rakowa Częstochowa. Decyzja zapadła w cieniu głębokiego kryzysu: klub przegrał sześć kolejek ligowych z rzędu na start sezonu 2026/27.
Do tego doszła eliminacja z europejskich pucharów. Po pełnym dramaturgii dwumeczu z Hajdukiem Split Raków nie awansował do Ligi Konferencji. Dotychczasowy, 36-letni trener ustąpi miejsca nowo pozyskanemu szkoleniowcowi.
Kaczmarek już raz był kandydatem
41-letni Tomasz Kaczmarek nie jest w Częstochowie postacią nową. Wcześniej już typowano go na trenera drużyny, ale wtedy Raków postawił na Łukasza Tomczyka. Tym razem klub zdecydował się wykupić szkoleniowca z Radomiaka za około 200 tysięcy euro, czyli nieco ponad 860 tysięcy złotych.
Bilans sześciu porażek z rzędu wygląda przygnębiająco. Raków przegrał kolejno z Wisłą Płock 1:2, ze Śląskiem Wrocław 1:2, z Cracovią 1:2, z Jagiellonią Białystok aż 2:5, z Górnikiem Zabrze 1:2 oraz na wyjeździe z mistrzem Polski Lechem Poznań 0:1. W najbliższy piątek, 11 września, Częstochowianie podejmą u siebie Motor Lublin. Klub zapowiada godzinę 18:00, choć w oficjalnym terminarzu spotkanie wciąż figuruje na 19:00.
FC Barcelona zagra z Feyenoordem w meczu Ligi Mistrzów, a stawka tego starcia jest większa, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Katalończycy muszą wygrać – inaczej ryzykują, że przepadnie im miejsce w czołowej ósemce najważniejszych rozgrywek na kontynencie.
Obrona Barcelony od miesięcy nie daje kibicom spokojnie spać. Podopieczni Hansiego Flicka tracili gole w każdym spotkaniu poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. Co gorsza, na arenie międzynarodowej czyste konto nie zdarzyło się Barcelonie od marca 2025 roku – wtedy na Montjuïc gościła Borussia Dortmund. Bukmacherzy, wyceniając ten pojedynek, na pewno mieli to w pamięci.
Feyenoord w bramkostrzelnej formie
Holenderski rywal też nie kojarzy się z zerami na tablicy wyników. W czterech ostatnich oficjalnych meczach Feyenoordu padały minimum cztery gole. Przy takiej serii trudno zakładać nudę – i tym razem na boisku raczej nie zabraknie ofensywnych fajerwerków, więc rynek „obie drużyny strzelą” oraz over w liczbie bramek mogą znów kusić kursami.
Dziurawa defensywa Barcelony i bramkostrzelny rozpęd Feyenoordu składają się na obraz meczu, w którym obrona może zejść na dalszy plan. Dla Katalończyków liczy się jednak przede wszystkim wynik – trzy punkty potrzebne, by nie stracić kursu na czołową ósemkę.
W środę rusza siatkarskie Euro 2026. A na liście kandydatów do złota jedno nazwisko pojawia się na samej górze – reprezentacja Polski.
Bilans biało-czerwonych mówi sam za siebie: w tym sezonie rozegrali 23 spotkania i przegrali tylko trzy. Przy takiej skuteczności trudno nie widzieć ich w roli faworyta numer jeden – i to jeszcze zanim padnie pierwszy gwizdek turnieju.
Rewanż za Rzym?
Historia ostatniego finału gra na korzyść Polaków. Trzy lata temu, w 2023 roku w Rzymie, to oni pokonali gospodarzy – Włochów – wynikiem 0:3. Na najniższym stopniu podium stanęła wtedy Słowenia.
Teraz Polska jedzie na turniej jako obrończyni tytułu, z jednym z najlepszych bilansów meczowych w całej Europie. Środowa inauguracja pokaże, czy tegoroczna forma przełoży się na kolejny medal.
Jagiellonia Białystok i Lech Poznań są już w fazie ligowej Ligi Europy. Raków Częstochowa i Górnik Zabrze pożegnały się z europejskimi pucharami na etapie eliminacji. Raków przegrał w dogrywce z chorwackim Hajdukiem Split 2:3, Górnik zaś dostał lekcję od AS Monaco, przegrywając aż 4:1.
Najwięcej działo się w Częstochowie. Hajduk Split objął prowadzenie w 55. minucie, ale Raków odpowiedział błyskawicznie — już sześć minut później wyrównał z rzutu karnego. Chwilę potem Chorwaci wykorzystali błąd w ustawieniu obrony gospodarzy i po kontrze podwyższyli na 2:1. Marzenia Rakowa zdawały się kończyć, gdy w 88. minucie Mahir Emreli doprowadził do wyrównania na 2:2. Trybuny w Częstochowie oszalały z radości. Nie na długo — w doliczonym czasie gry, w 94. minucie, Hajduk strzelił gola na wagę zwycięstwa i wygrał 3:2.
W Zabrzu było spokojniej, choć wynik bolał podobnie. AS Monaco, występujące tradycyjnie w obecności księcia Rainiera na trybunach, poradziło sobie z Górnikiem bez większego wysiłku. Bramki Brunnera, Coulibaly’ego, Gołowina i Bieretha dały Monakijczykom spokojną przewagę. Górnik zdobył tylko honorowego gola, i to dopiero w 83. minucie.
Odpadnięcie obu drużyn praktycznie przekreśla szanse Polski na to, by w tym sezonie mieć w europejskich pucharach dziesiątą ekipę.
Jagiellonia i Lech bez niespodzianek
Zupełnie inaczej wyglądało to u Jagiellonii Białystok i Lecha Poznań — obie drużyny pewnie przypieczętowały awans do fazy ligowej Ligi Europy. Jagiellonia rozstrzygnęła dwumecz z gruzińską Iberią Tbilisi już w pierwszym spotkaniu, wygrywając w Białymstoku 4:0. W rewanżu na wyjeździe białostoczanie dołożyli kolejne zwycięstwo, 2:1, dzięki golom Imaza i Klynge.
Podobny scenariusz miała przygoda Lecha Poznań z FC Thun. Poznaniacy zmiażdżyli Szwajcarów w pierwszym meczu 7:0. Rewanż w Szwajcarii był już czystą formalnością — Lech zremisował 2:2, a bramki dla drużyny z Poznania zdobyli Gumny i Wålemark.
Teraz oba polskie zespoły czekają na losowanie rywali w fazie ligowej. Wśród potencjalnych przeciwników są prawdziwi giganci europejskiego futbolu: AC Milan, Juventus, Bayer Leverkusen, Hoffenheim, Crystal Palace, Bournemouth, Sunderland, Real Sociedad, Celta Vigo, Olympique Marsylia, Rennes i Olympique Lyon. Losowanie fazy ligowej Ligi Europy odbędzie się w piątek o godzinie 13.
2,20 m wzrostu przy stoliku selekcjonera robi wrażenie samo w sobie. Ziyu Zhang, 19-letnia koszykarka z Chin, jest dziś jedną z najwyższych zawodniczek na świecie, a jej nazwisko wraca coraz częściej, gdy mowa o zbliżających się mistrzostwach świata koszykarek. Turniej odbędzie się w Berlinie w dniach 4-13 września.
Zanim ktokolwiek zaczął mówić o niej w kontekście seniorskiej reprezentacji, Zhang zdążyła zabłysnąć na młodzieżowym poziomie. Dwa lata temu, podczas Pucharu Azji U-18, niemal w pojedynkę wprowadziła Chiny do finału. Średnia 35 punktów na mecz i 12,8 zbiórki to liczby, które robią wrażenie niezależnie od kategorii wiekowej — a co dopiero przy takim wzroście.
W finale tamtego turnieju Chiny przegrały z Australią. Porażka drużyny nie przesłoniła jednak jej osobistego wyczynu. Mimo przegranej to właśnie Zhang wybrano MVP turnieju.
Trudniejszy debiut na wyższym poziomie
Przejście do seniorek okazało się już mniej efektowne. W debiutanckim sezonie Zhang notowała średnio 9,7 punktu na mecz — wynik wyraźnie skromniejszy niż jej juniorskie statystyki. Drużyna odpadła wtedy w ćwierćfinale play-offów.
Teraz czeka ją kolejny egzamin. Mistrzostwa świata w Berlinie pokażą, czy 19-latka potrafi przenieść juniorski talent na poziom gry wśród dorosłych zawodniczek.
94:96 po dogrywce – tak zakończył się mecz Polski z Niemcami w eliminacjach do mistrzostw świata w Katarze. Spotkanie rozegrano w Ergo Arenie na granicy Gdańska i Sopotu, a na trybunach zasiadło ponad 10 tysięcy kibiców.
Początek wyszedł biało-czerwonym fatalnie. Pierwszą kwartę mistrzowie świata wygrali 28:15, w drugiej odskoczyli już na 16 punktów, prowadząc 34:18. W pewnym momencie strata Polaków sięgnęła właśnie tych 16 oczek. A jednak podopieczni trenera Igora Milicicia się nie poddali – odrobili sporą część dystansu i wywalczyli dogrywkę, przegrywając ostatecznie zaledwie dwoma punktami.
Selekcjoner musiał radzić sobie bez sporej części kadry. Z powodu fauli i kontuzji zabrakło sześciu, głównie pierwszoplanowych, zawodników spośród 12 wpisanych do protokołu meczowego.
Bilans wciąż imponujący
Mimo porażki reprezentacja Polski zachowała bilans 7-1 w eliminacjach mundialu w Katarze. Tyle samo punktów mają teraz Niemcy, czyli niedzielni zwycięzcy, oraz Chorwacja. Kolejny mecz eliminacyjny biało-czerwoni rozegrają 27 listopada w Gliwicach – właśnie z Chorwatami.
Po spotkaniu głos zabrał Michał Ignerski, dyrektor ds. rozwoju reprezentacji Polski w koszykówce. To postać dobrze znana kibicom. 45-letni działacz jako zawodnik wystąpił w kadrze 92 razy i zdobył dla niej 1012 punktów.
„Akurat zabrakło nam tak niewiele, by mistrzowie świata zeszli z boiska pokonani” – powiedział Ignerski.
„Powiem tylko tyle, że jestem bardzo dumny z tej walki” – dodał dyrektor.
Mecz w Ergo Arenie, choć zakończony porażką, pokazał charakter drużyny Milicicia. Odrabianie 16 punktów straty do aktualnych mistrzów świata i wywalczenie dogrywki to nie byle co. Teraz przed reprezentacją kluczowy test w Gliwicach – bezpośrednie starcie o czołowe miejsce w grupie z Chorwacją.
168:78. Tyle w niedzielę wyniósł mecz Palestyny z Malediwami w preeliminacjach do Pucharu Azji w koszykówce 2029. 168 punktów zdobytych przez Palestyńczyków to najwyższy wynik w historii rozgrywek organizowanych pod egidą FIBA. Różnica na koniec? 90 „oczek”.
Przewaga była widoczna od pierwszego gwizdka. Pierwszą kwartę Palestyna wygrała 47:17, w drugiej dołożyła kolejne 37:18. Trzecia część meczu zakończyła się wynikiem 41:17 – i w tym momencie o jakiejkolwiek niespodziance nikt już nawet nie myślał.
Malediwy odrobiły trochę strat w ostatniej kwarcie
Dopiero w czwartej odsłonie rywale złapali oddech, przegrywając „tylko” 26:43. To był jedyny fragment meczu, w którym Malediwy grały punkt za punkt z choćby minimalną skutecznością. Cała reszta spotkania to była czysta demonstracja siły ze strony Palestyny.
Jako pierwszy o rekordowym wyniku napisał portal Al-Araby. „Palestyńska reprezentacja narodowa odnotowała najwyższą liczbę punktów w historii Międzynarodowej Federacji Koszykówki (FIBA), pokonując Malediwy 168:78 w eliminacjach do Pucharu Azji w koszykówce 2029” – czytamy.
Turniej finałowy zaplanowano na 2029 rok. Niedzielny wynik z Dohy czy gdziekolwiek rozgrywano to spotkanie na długo zostanie w statystykach FIBA jako punkt odniesienia – i będzie z czym walczyć każdemu, kto zechce go pobić.
Nikt się tego nie spodziewał. Pierre Gasly zdobył pole position w kwalifikacjach do Grand Prix Włoch na torze Autodromo Nazionale di Monza. Kierowca Alpine przejechał decydującą sesję Q3 w 1:21.786 i tym samym zapisał na swoim koncie pierwsze w karierze pole position w Formule 1.
Sobota zapowiadała się zupełnie inaczej. W trzech sesjach treningowych rządzili Charles Leclerc i George Russell – to właśnie ich, obok kierowców McLarena, typowano do walki o czołowe miejsca na starcie. Jeszcze przed startem kwalifikacji było wiadomo, że Kimi Antonelli i tak pojedzie z końca stawki – z powodu nałożonej kary, niezależnie od tego, jaki czas uzyska.
Emocji nie brakowało już w Q1. Fernando Alonso zjechał do garażu Aston Martina na nieco ponad dwie minuty przed końcem tej części kwalifikacji. Chwilę później swój dramat przeżywał Lewis Hamilton – o awans do ostatniej sesji walczył w Q2 do samych sekund. Poza czołową dziesiątką zostali ostatecznie Gabriel Bortoleto, Oliver Bearman, Nico Hulkenberg, Liam Lawson, Carlos Sainz i Yuki Tsunoda.
Gasly niepokonany w Q3
W walce o pole position stanęli: George Russell, Oscar Piastri, Lando Norris, Pierre Gasly, Max Verstappen, Charles Leclerc, Lewis Hamilton, Arvid Lindblad, Franco Colapinto i Kimi Antonelli. Uwagę zwracał wśród nich 20-letni Antonelli, który mimo startowej kary i tak walczył o jak najlepszy czas.
Ostatecznie wzorzec ustanowił Gasly – i nikt go nie pobił. George Russell poprawił swój wynik tuż przed końcem Q3, ale to nie wystarczyło, by odebrać Francuzowi najlepszy czas. 1:21.786 dało kierowcy Alpine pierwsze pole position w karierze.