⚡ Aktualnie:
Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój Zaczynał z Adamkiem, dziś szkoli Canelo. Borek pokazał archiwalne zdjęcie Chyckiego Munguia obronił pas WBA w kategorii super średniej po walce z Nikitą Zonem Odeszli w 2026 roku. Te nazwiska zapisały się w historii sportu MOUZ rozgromiło Vitality i zajęło trzecie miejsce na PGL Masters Bucharest 2026 FURIA zdobywa tytuł PGL Masters Bucharest 2026, YEKINDAR mówi o odbudowie pewności siebie YEKINDAR: „Z wiekiem zrozumiałem, że najważniejsze jest to, co masz w głowie” Hamilton w wieku 41 lat zdobył pierwsze pole position dla Ferrari Tylko 0,001 s różnicy. Wyrównana walka w F1 przed GP Meksyku Pierwsze warszawskie derby na Torwarze. Dziki rozbiły broniącą tytułu Legię FEN znów oczkiem w głowie Pawła Jóźwiaka. Zapowiada mocny rozwój

17 października Daniel Dubois znów stanie naprzeciw Fabio Wardleya. Brytyjczyk nie kryje, że liczy dni do tej daty — i wcale się z tym nie ukrywa. Chce powtórzyć majowy scenariusz, tyle że w jeszcze lepszym wydaniu.

Dubois (23-3, 22 KO) pokonał już Wardleya w maju, odbierając mu wówczas pas World Boxing Organization. To był moment przełomowy. Kariera Brytyjczyka wcześniej mocno się chwiała, a mimo to zdołał on sięgnąć po tytuł dwukrotnego mistrza świata wagi ciężkiej.

Wardley (20-1-1, 19 KO) wciąż jednak pozostaje groźny — na koncie ma tylko jedną porażkę i jeden remis. Dubois nie ukrywa szacunku dla stylu rywala. Mówi o nim jako o bojowniku, który lubi wymianę ciosów i potrafi dać kibicom prawdziwe widowisko.

Dubois: teraz to się zmienia

Mistrz przyznał, że po zwycięstwie nad Hrgoviciem nie doczekał się należytego uznania. To ma się jednak zmienić.

„Nie mogę się już doczekać, by znów to zrobić, znów pobić Wardleya, tylko jeszcze efektowniej, jeszcze bardziej przekonująco” — zapowiedział Dubois.

Deklaracja jest jasna: Dubois nie chce tylko powtórzyć majowego triumfu, ale zrobić to w bardziej dominującym stylu. Do starcia zostało już niewiele czasu — 17 października oczy fanów wagi ciężkiej znów skierują się na ten pojedynek.

Po pierwszej tercji na tablicy widniało 1:3 dla gospodarzy. Chwilę później Unia Oświęcim i tak cieszyła się z wygranej. W ostatnim sparingu przed sezonem drużyna z Oświęcimia pokonała na wyjeździe ECZD Zagłębie Sosnowiec 4:3 po dogrywce.

Podopieczni trenera Markusa Juurikkały wyszli na lód w Sosnowcu i szybko znaleźli się pod ścianą. Po pierwszej tercji na tablicy świecił wynik 3:1 dla gospodarzy, prowadzonych przez Matiasa Lehtonena. Początek meczu zapowiadał się dla gości obiecująco, choć wcale nie od razu grał na ich korzyść – bilans pierwszej odsłony i tak zamknął się wynikiem 1:3.

Już w 5. minucie Zagłębie objęło prowadzenie – bramkę zdobył Ahopelto, asystowali Immonen i Jokinen (4:55). Zaledwie 28 sekund później wyrównał Maksymilian Dawid, dobijając strzał po dogrywce z Mattem Sozanskim; przy asyście zapisał się także Gromadzki (5:23).

Radość gości nie trwała jednak długo. W 9. minucie Peresunko, przy asystach Piipponena i Heikkinena, ponownie wyprowadził Zagłębie na prowadzenie (8:42). Zaledwie 23 sekundy później było już 3:1 – Aron Chmielewski precyzyjnie trafił w „piątą dziurę” bramkarza, a asystowali mu Wanacki i Roine (9:05).

Powrót Nieminena i dramat w dogrywce

Po zmianie stron Unia zaczęła odrabiać straty. W 31. minucie kontaktową bramkę na 3:2 zdobył Nieminen, asystowany przez Rönkkönena (31:48). Ten sam zawodnik uderzył ponownie w przewadze pięciu do czterech – tym razem podania zaliczyli Rönkkönen i Wilkins, a wynik po 40 minutach brzmiał 3:3 (40:26).

O zwycięzcy musiała więc zdecydować dogrywka. Grając trzech na trzech, decydującą bramkę na 3:4 zdobył Valtola, wykorzystując podania Jokinena i Ahopelto – zegar wskazywał 60:26. To właśnie to trafienie dało Unii ostateczne zwycięstwo 4:3 po dogrywce.

Spotkanie nie obyło się bez ostrej gry. Łączny wymiar kar wyniósł 31 minut dla Zagłębia i 29 minut dla Unii. Między słupkami gospodarzy stanął Kaarlehto, a w bramce gości pewnie interweniował Aittokallio.

Sanok Sokół prowadził już po pierwszych minutach. Mimo to BS Polonia Bytom nie dała się zaskoczyć i w ostatnim sparingu przed sezonem odwróciła losy meczu, pokonując STS Sanok Sokół 4:1.

Po tercjach na tablicy widniało 2:1, 1:0, 1:0 — gospodarze trzymali tempo aż do syreny kończącej spotkanie. Wcześniej musieli jednak gonić wynik, bo to przyjezdni z Sanoka wyszli na prowadzenie.

Bramkę na 0:1 dla Sanoka zdobył Lisowski po asyście Kalsina, w 6. minucie 34. sekundzie. Polonia odpowiedziała niemal natychmiast — zaledwie 23 sekundy później do wyrównania trafił Petrażycki, asystował Bodora, zegar wskazywał 6. minutę 57. sekundę. Jeszcze przed końcem pierwszej odsłony gospodarze objęli prowadzenie: na 2:1 podwyższył Tyński w 15. minucie 44. sekundzie.

Polonia zamyka mecz w drugiej i trzeciej tercji

Po zmianie stron inicjatywa należała już wyłącznie do Polonii, która dołożyła kolejnego gola. Na 3:1 trafił Proczek, a przy trafieniu asystowali Bodora i Tyński — 32. minuta, 53. sekunda. Kropkę nad i postawił w trzeciej tercji Bepierszcz, ustalając wynik na 4:1 po asyście Wielkiewicza i Pyriha, w 44. minucie 17. sekundzie. Ostatnią bramkę meczu strzelił precyzyjnym uderzeniem pod poprzeczkę, wykańczając akcję rozegraną właśnie przez Wielkiewicza i Pyriha.

Za taktykę BS Polonii Bytom odpowiada trener Andriej Gusow, po drugiej stronie lodowiska zespołem Sanoka kieruje Ołeh Szafarenko. Między słupkami gości stanął Vitols, a rolę drugiego bramkarza pełnił Makarenko. W bramce Polonii wystąpili z kolei Musioł i Pyrih.

Mistrz Polski kontra jeden z najbardziej utytułowanych klubów Europy — i to tuż przed startem nowego sezonu. Jak GKS Tychy poradzi sobie z takim testem, przekonamy się już dziś, gdy tyszanie podejmują HC Davos w meczu sparingowym. Do inauguracji sezonu 2026/2027 w TAURON Hokej Lidze zostało niespełna tydzień.

Tyszanie wchodzą na lód z tarczą mistrzowską na plecach. GKS Tychy broni tytułu mistrza Polski w hokeju na lodzie, a zespołem kieruje trener Pekka Tirkkonen. Rywal też nie byle jaki — HC Davos to 31-krotny mistrz Szwajcarii, klub, który w sezonie 2015/2016 dotarł do półfinału Ligi Mistrzów. Szwajcarów prowadzi kanadyjski szkoleniowiec Josh Holden, a w ataku pierwsze skrzypce gra Czech Filip Zadina — wybrany w pierwszej rundzie draftu NHL w 2018 roku przez Detroit Red Wings.

Przed starciem głos zabrał 23-letni napastnik Szymon Kiełbicki, wychowanek KTH Krynica i jedno z odkryć minionego sezonu THL. Zawodnik opowiedział, co dla niego oznacza gra w barwach mistrza Polski.

„Zakładając trykot GKS-u Tychy skupiam się na tym, aby jak najwięcej dać od siebie drużynie.”

Dla Kiełbickiego starcie z Davos to kolejny sprawdzian przed sezonem, w którym Tychy będą bronić mistrzowskiego tytułu. Drużyna Tirkkonena zmierzy się z rywalem, w którego składzie błyszczy nazwisko klasy Zadiny, jeszcze zanim za niespełna tydzień ruszą właściwe rozgrywki.

Kto ponownie stanie w linii obrony „Szarotek” przed nadchodzącym sezonem? Wszystko wskazuje na jedno nazwisko – dobrze znany kibicom Podhala Dmitrij Załamaj wraca do Nowego Targu po roku przerwy.

Załamaj to defensor o gabarytach, jakich w polskiej lidze ze świecą szukać – 197 centymetrów wzrostu i ponad 100 kilogramów wagi. W barwach Podhala zadebiutował przed sezonem 2023/2024 i błyskawicznie stał się jednym z filarów zespołu. W 40 meczach sezonu zasadniczego zdobył wtedy 8 bramek i zanotował 19 asyst – łącznie 27 punktów. W play-off dorzucił kolejne cyfry: 2 gole i 3 asysty w siedmiu spotkaniach.

Ostatni sezon obrońca spędził jednak w barwach Polonii Bytom. Statystyki utrzymał na zbliżonym poziomie – w 39 meczach fazy zasadniczej zdobył 8 bramek i zaliczył 12 asyst, a w play-offach dołożył dwie asysty w pięciu występach.

Kariera sięgająca juniorskich reprezentacji

Załamaj ma za sobą bogatą przeszłość reprezentacyjną. Dwukrotnie grał na mistrzostwach świata juniorów Dywizji IA. W 2013 roku w Amiens sięgnął po srebro, rok później w Sanoku wywalczył brąz.

Ofensywny talent obrońcy było widać już w juniorskich rozgrywkach. W sezonie 2014/2015 był najskuteczniejszym defensorem ligi MHL – 16 bramek w 37 spotkaniach.

Od 2016 roku rozwijał się w białoruskiej ekstralidze, przechodząc kolejno przez HK Homel, Szachciora Soligorsk i Mietałłurg Żłobin. Na najwyższym poziomie rozgrywkowym na Białorusi rozegrał w sumie 315 spotkań, zdobywając 49 bramek i notując 85 asyst – liczby, które pokazują, jak groźny potrafi być przy ofensywnych zagraniach z tyłu.

Teraz doświadczony defensor wraca do Nowego Targu. Miejsca, gdzie już raz pokazał, że potrafi być ważnym ogniwem zespołu.

Kto poprowadzi Olympiakos Pireus w starciu z Jagiellonią Białystok? Tuż przed meczem w europejskich pucharach grecki klub zaskoczył wszystkich decyzją o zmianie trenera.

Pierwszy mecz obu zespołów odbędzie się 16 września, a Jagiellonia zagra na wyjeździe. Białostoczanie trafili więc na rywala w trakcie trenerskiego przewrotu.

Nowym szkoleniowcem Olympiakosu został Jose Luis Mendilibar. Hiszpan zna europejskie boiska nie od dziś – w latach 2018-2025 prowadził Real Sociedad. Zanim trafił do Pireusu, pracował jeszcze w Al-Shabab.

Siemieniec kontra Mendilibar

Po stronie Jagiellonii nic się nie zmienia. Zespołem z Białegostoku wciąż kieruje Adrian Siemieniec, i to on będzie musiał w krótkim czasie rozgryźć drużynę prowadzoną przez dopiero co zatrudnionego Hiszpana.

Taka roszada na ławce Olympiakosu tuż przed meczem z polskim zespołem to miecz obosieczny. Mendilibar wciąż poznaje swoich nowych piłkarzy, brakuje mu czasu na zgranie zespołu. Z drugiej strony ma za sobą lata pracy na najwyższym poziomie hiszpańskiej ekstraklasy – a to sprawia, że starcie 16 września zapowiada się jeszcze trudniejsze do przewidzenia.

Co właściwie zepsuło tak efektowne zwycięstwo Barcelony w Lidze Mistrzów? Mecz FC Barcelony z Feyenoordem Rotterdam zakończył się wynikiem 5:1 dla gospodarzy. Sam wynik jednak zszedł na dalszy plan w rozmowach po spotkaniu. To było starcie otwierające fazę grupową Ligi Mistrzów, a Barcelona weszła w te rozgrywki naprawdę z przytupem.

W trakcie meczu doszło do incydentu, który przyćmił cały sportowy wymiar wieczoru. Kibic sympatyzujący z Feyenoordem zachował się skandalicznie wobec Lamine’a Yamala. Sprawa błyskawicznie trafiła do opinii publicznej – kibice zaczęli zgłaszać skargi dotyczące rasizmu podczas tego spotkania.

Cień nad efektownym zwycięstwem

Na boisku Barcelona nie zostawiła Feyenoordowi złudzeń. 5:1 mówi samo za siebie i jest mocnym sygnałem przed kolejnymi kolejkami fazy grupowej. Zdarzenie związane z zachowaniem kibica wobec Yamala sprawiło jednak, że po meczu mówiono nie o strzelonych bramkach, a o rasizmie na trybunach.

Jak klub kupiony na plan zdjęciowy trafił do Ligi Mistrzów? Odpowiedź napiszą na boisku piłkarze Como w czwartkowy wieczór, 10 września. O godzinie 21:00 na stadionie Giuseppe Sinigaglia odbędzie się mecz z RB Lipsk, transmisja w Canal+ Extra 3.

Historia zaczyna się w 2019 roku, gdy Como przejęło SENT Entertainment – spółkę należącą do indonezyjskich braci Hartono, uznawanych za najbogatszą rodzinę w swoim kraju.

Powód zakupu był, delikatnie mówiąc, niecodzienny. Bracia Hartono kupili klub jeszcze przed pandemią COVID-19, a chodziło im głównie o plan zdjęciowy. Trudno było wtedy dostrzec w Como klub z europejskimi ambicjami – za sobą miał dwa bankructwa, a na trybunach siadało zaledwie około 800 osób.

Z Indonezji do Europy

Przez lata cały projekt prowadzono z drugiego końca świata. Suwarso zarządzał klubem z Indonezji. Dopiero w 2023 roku, gdy skala przedsięwzięcia przerosła to, co dało się ogarnąć zdalnie, przeniósł się do Europy.

Zmianę skali widać też w składzie. Jeden z piłkarzy Como miał za sobą sezon w Monaco, w którym z powodu kontuzji zagrał zaledwie sześć razy – dziś jest w drużynie grającej w Lidze Mistrzów.

Za sportowym odrodzeniem klubu stoi Cesc Fabregas. Jego pracy z bliska przyjrzeli się dziennikarze Sky Sports, wysyłając do Włoch ekipę na potrzeby reportażu. Z ich relacji wynika, że Hiszpan trzyma żelazną dyscyplinę – w klubie pojawia się zwykle o 7:30 i wychodzi dopiero przed 21:00.

Debiut w Lidze Mistrzów Como chce uczcić symbolicznie. Jak przekazał Suwarso, klub chce, by bilety trafiły przede wszystkim do kibiców urodzonych w 1950 roku lub wcześniej – tych, którzy śledzili Como w każdej lidze i w każdej epoce.

„Chcemy, aby trafiły one do kibiców, którzy czekali najdłużej”

Od planu zdjęciowego do hymnu Ligi Mistrzów na Giuseppe Sinigaglia minęło sześć lat. W czwartek o 21:00 ta droga wejdzie w kolejny etap.

Ile trzeba czekać, żeby z boiska w Kleczewie trafić na listę meczową Ligi Mistrzów? W przypadku Oskara Kubiaka odpowiedź brzmi: kilka miesięcy.

4 grudnia 2025 roku 19-letni wówczas napastnik grał w meczu Betclic II ligi pomiędzy Sokołem Kleczew a rezerwami ŁKS-u Łódź. W 62. minucie strzelił gola na 2:2 — tak zresztą skończyło się to spotkanie. Zwykły wieczór na zapleczu polskiej piłki, jeden z wielu goli w bardzo udanej dla niego rundzie jesiennej. A statystyki mówią same za siebie: osiemnaście spotkań, czternaście bramek.

25 czerwca sprawa stała się oficjalna — Kubiak przeszedł z Arki do Slavii Praga. Czeski klub, na co dzień grający w europejskich pucharach, sięgnął po zawodnika, który jeszcze pół roku wcześniej ścigał się o punkty w drugiej lidze z takimi drużynami jak Sokół Kleczew.

Z Kleczewa do europejskich pucharów

Droga od gola w 62. minucie meczu II ligi do gry w Lidze Mistrzów to skok, jakiego niewielu młodych piłkarzy doświadcza w tak krótkim czasie. Kubiak miał wtedy zaledwie 19 lat, a jesienią zdążył pokazać, że jego czternaście trafień w osiemnastu meczach to nie był przypadek. Slavia postawiła na niego mimo braku doświadczenia na najwyższym poziomie. Transfer domknięto oficjalnie 25 czerwca.

Trzy bramki. Tyle brakuje Raphinsze, by wyprzedzić Roberta Lewandowskiego w klubowej klasyfikacji strzelców FC Barcelony w Lidze Mistrzów. A biorąc pod uwagę formę Brazylijczyka, może się to okazać kwestią najbliższych tygodni, nie miesięcy.

Barcelona rozniosła u siebie Feyenoord Rotterdam 5:1 w pierwszym meczu tegorocznej Ligi Mistrzów. Dwie bramki w tym spotkaniu zapisał na swoim koncie Raphinha – i to trafienia, które znaczą więcej niż tylko trzy punkty dla Katalończyków.

Bo Brazylijczyk przeżywa teraz najlepszy okres w karierze. Pięć meczów na start sezonu, osiem goli, jedna asysta. Liczby mówią same za siebie.

Piąte miejsce w historii klubu

Dwa trafienia z Feyenoordem wystarczyły, by Raphinha wskoczył do piątki najlepszych strzelców Barcelony w historii Ligi Mistrzów. Ma już na koncie 21 bramek w tych rozgrywkach w barwach klubu.

Przed nim wciąż jest Robert Lewandowski – czwarte miejsce, 23 gole. Podium zamyka Rivaldo z 25 trafieniami, a na szczycie od lat niepodzielnie rządzi Lionel Messi, który dla Barcelony strzelił w Lidze Mistrzów aż 120 goli – liczba, przy której reszta zestawienia wygląda blado.

Dystans do Lewandowskiego stopniał już do dwóch bramek. Przy obecnej skuteczności Raphinhy wyprzedzenie Polaka w klubowym rankingu wydaje się kwestią czasu. Messi jednak pozostaje – i zapewne długo jeszcze pozostanie – nieosiągalnym punktem odniesienia dla wszystkich strzelców Barcelony w europejskich pucharach.

Instalacja aplikacji
Pobierz