31 sierpnia 2024 roku, na gali FAME 22, Tomasz Adamek i Kasjusz „Don Kasjo” Życiński starli się w ringu po raz pierwszy. Teraz temat wraca — legendarny pięściarz nie wyklucza kolejnego pojedynku z tym samym rywalem.
Adamek zadeklarował, że jest otwarty na wielki rewanż w organizacji FAME. Ta deklaracja od razu rozgrzała środowisko kibiców freak-fightowych. Każdy powrót byłego mistrza świata wywołuje tam spore poruszenie — a tym razem chodzi o starcie, które już raz zelektryzowało publiczność.
Sam zawodnik nie ukrywa, że ani forma fizyczna, ani dystans walki go nie przerażają. „Ja walczyłem wiele razy po 12 rund, dla mnie to nie jest jakiś problem” — powiedział Adamek.
Tomasz Adamek jest otwarty na wielki rewanż w organizacji FAME.
Pierwsze starcie z Życińskim na gali FAME 22 zapadło fanom w pamięć jako jedno z głośniejszych wydarzeń tej edycji. Teraz, skoro Adamek sam otwiera drzwi do rewanżu, pytanie brzmi już nie „czy”, tylko kiedy organizacja zdecyduje się ogłosić kartę walk.
Siódma minuta, 24. sekunda. Lukas Frick wykorzystuje podanie Frédérica Allarda i jako pierwszy tego wieczoru wpisuje się na listę strzelców. Na trybunach hali w Tychach zasiadło 2500 widzów, którzy przyszli zobaczyć, jak mistrz Polski poradzi sobie z jednym z gigantów europejskiego hokeja. Skończyło się na porażce 2:4 z HC Davos w meczu Hokejowej Ligi Mistrzów.
To był już trzeci mecz tyszan w fazie grupowej rozgrywek. Grali przed własną publicznością, jako broniący tytułu mistrz Polski.
Szwajcarzy szybko podwyższyli prowadzenie. W 17. minucie i 26. sekundzie Lars Steiner dobił odbity krążek z bliskiej odległości po podaniach Kena Jägera i Guusa Van der Kaaija — 0:2. Odpowiedź gospodarzy przyszła kilka minut później: Bartłomiej Pociecha, asystowany przez Bartłomieja Jeziorskiego, strzelił kontaktową bramkę przy przewadze pięciu na czterech w 27. minucie i 32. sekundzie, zmniejszając dystans na 1:2.
Davos odpowiada w przewadze, Tychy nie odpuszczają do końca
Goście dość szybko zdusili nadzieje na wyrównanie. Filip Zadina, również przy przewadze 5 na 4, podwyższył na 1:3 w 32. minucie i 48. sekundzie, asystowany przez Jägera i Dominika Egliego. Jakub Janik, zasilony podaniami Pociechy i Marka Viitanena, strzelił bramkę na 2:3 w 59. minucie i 51. sekundzie, tuż przed końcową syreną. Nadzieja na remis nie trwała jednak długo. Siedem sekund później Rasmus Asplund trafił do pustej bramki i ustalił ostateczny wynik — 2:4 dla HC Davos, asysta Brendana Lemieux i Svena Junga.
Statystyki pokazują wyrównaną walkę, choć goście oddali więcej strzałów — 33 wobec 26 GKS-u. Dyscyplina za to wypadła na korzyść gospodarzy: Tychy spędziły na ławce kar 8 minut, Davos aż 12. Nad przebiegiem meczu czuwali sędziowie główni Bartosz Kaczmarek i Patryk Kasprzyk oraz liniowi Łukasz Sośnierz i Michał Gerne.
10 września Tymoteusz Puchacz wybiegł w podstawowym składzie na mecz życia. Na Old Trafford, w barwach Sabah FK, 27-letni obrońca zadebiutował w Lidze Mistrzów przeciwko historycznemu rywalowi – Manchesterowi United.
Dla piłkarza, który latami przebijał się przez europejskie ligi, był to moment spełnienia zawodowego marzenia. Gra na jednym z najsłynniejszych stadionów świata, w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach kontynentu – to cel, do którego dążył od dawna.
Sportowo wieczór nie należał jednak do udanych. Sabah FK nie postawił oporu gospodarzom i przegrał gładko 0:4.
Mimo wysokiej porażki zespołu sam Puchacz zaliczył solidny występ w defensywie. Zdarzyło mu się 2-3 razy zawahać i nie zdążyć wrócić do obrony na czas. Przy żadnej z czterech straconych bramek nie można go było jednak wprost obwinić.
Debiut w wieku 27 lat pokazuje, że droga do Ligi Mistrzów bywa długa i kręta. Dla Puchacza wyjście na murawę Old Trafford, nawet w przegranym meczu, było spełnieniem celu, do którego dążył przez całą karierę.
88. minuta w Pradze. Tablica pokazuje 2:1 dla Slavii, trybuny już świętują. Wystarczyły trzy minuty doliczonego czasu, żeby z tej radości nie zostało zupełnie nic.
Czwartkowy wieczór w europejskich pucharach przyniósł sześć spotkań, ale najwięcej działo się właśnie w Pradze. Slavia objęła prowadzenie po trafieniu Sturma w 51. minucie, Lens odpowiedziało golem Simy w 73., po czym ten sam Sturm w 88. minucie ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. I wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo — Thauvin wyrównał już w pierwszej doliczonej minucie, a Aguilar w 90+3 dopełnił dzieła, dając Lens zwycięstwo 3:2.
W Monachium Bayern nie zostawił Bodo/Glimt złudzeń. Do przerwy 0:0, ale druga połowa zamieniła się w pokaz siły gospodarzy, którzy skończyli mecz wynikiem 5:0. Jamal Musiala otworzył wynik w 47. minucie, Harry Kane podwyższył na 2:0 w 61., a Alphonso Davies dołożył trzeciego gola w 77. minucie. Resztę show zafundował Michael Olise — dwie bramki, w 83. minucie i w doliczonym 90+2.
Manchester United poradził sobie równie bezwzględnie z Sabahem Baku. 4:0, bez litości. Trzy z czterech goli padły jeszcze przed przerwą: najpierw Cunha w 27. minucie, potem Fernandes w 42., a tuż przed gwizdkiem na przerwę wynik na 3:0 ustalił Sesko w 45. minucie. Kropkę nad i postawił Martinez, trafiając w 68. minucie.
Como powtórzyło wyczyn sprzed roku — znowu pokonało RB Lipsk 4:1, bez straty punktu. Tym razem gospodarze prowadzili już 2:0 po pierwszej połowie, dzięki trafieniom Baturiny w 15. minucie i Douvikasa w 38.. Diao podwyższył na 3:0 w 54. minucie, Maksimović zdołał tylko skorygować wynik dla gości w 58., a ostateczne 4:1 ustalił Perrone w 90. minucie.
Remisy w Stambule i Eindhoven
Fenerbahce podzieliło się punktami z AS Romą, remisując 1:1. Rzymianie objęli prowadzenie już w 39. minucie za sprawą Bryana Cristante, ale zaraz po przerwie, w 48. minucie, wyrównał Archie Brown.
Podobny scenariusz rozegrał się w Eindhoven. PSV zremisowało z Szachtarem Donieck 1:1 — Gleiker Mendoza dał gościom prowadzenie tuż przed przerwą, w 45. minucie, a Sergino Dest odpowiedział niemal natychmiast po wznowieniu gry, w 48. minucie.
62. minuta, Slavia Praga – RC Lens. Z boiska schodzi Michał Skóraś. Na trybunach – selekcjoner reprezentacji Polski Jan Urban, który wybrał się na to spotkanie Ligi Mistrzów, by na żywo przyjrzeć się swoim kandydatom do kadry.
Przez większość meczu na tablicy widniało 0:0, ale końcówka wynagrodziła cierpliwość kibiców istnym szaleństwem bramkowym. W 82. minucie na ławce rezerwowych zasiadł Wiktor Nowak. Sześć minut później gospodarze objęli prowadzenie. Wydawało się, że to już wystarczy do zwycięstwa Slavii – jednak Francuz Florian Thauvin miał inny pomysł na finał spotkania i w 91. minucie doprowadził do wyrównania. Chwilę potem Ruben Aguilar dopełnił odwrócenia losów meczu, wyprowadzając RC Lens na prowadzenie.
Wśród Polaków najwięcej czasu na boisku spędził Oskar Kubiak – 76 minut. To właśnie występy takich zawodników jak on, Skóraś czy Nowak Urban mógł ocenić osobiście, z trybun.
Cztery mecze w dziesięć dni
Wizyta w Pradze nie była przypadkowa. Na przełomie września i października reprezentację Polski czeka prawdziwy maraton – cztery spotkania w Lidze Narodów w niespełna dwa tygodnie. Najpierw, 25 września, biało-czerwoni podejmą u siebie Bośnię i Hercegowinę. Trzy dni później, 28 września, drużyna Urbana zmierzy się na wyjeździe ze Szwecją.
Kolejny mecz zaplanowano na 2 października – Polska zagra wówczas u siebie z Rumunią. Cykl zamknie rewanżowe starcie z Bośnią i Hercegowiną, tym razem na wyjeździe, 5 października.
Zanim jednak dojdzie do tych spotkań, selekcjoner musi ogłosić skład. Listę powołanych piłkarzy Jan Urban przedstawi 18 września. A wieczór w Pradze, pełen emocji i dramatycznego finiszu, z pewnością dał mu sporo materiału do przemyśleń przed tym ogłoszeniem.
121. miejsce w rankingu, kwalifikacje, a na koniec ćwierćfinał wielkoszlemowego turnieju. Tak w skrócie wygląda historia Zheng, która w Nowym Jorku napisała jeden z najbardziej zaskakujących scenariuszy tegorocznego US Open.
To właśnie reprezentantka Kazachstanu, rozstawiona z numerem drugim wśród kwalifikantek, wyeliminowała Igę Świątek. W środę wygrała 3:6, 6:1, 6:4. Mecz miał charakter huśtawki – Polka zaczęła pewnie i zgarnęła pierwszego seta, ale w dwóch kolejnych partiach straciła kontrolę w kluczowych momentach.
Awans do najlepszej ósemki US Open to dla Zheng coś więcej niż tylko zwycięstwo nad Świątek. Kazaszka jako pierwsza zawodniczka z kwalifikacji od czasów Emmy Raducanu w 2021 roku dotarła do ćwierćfinału tego turnieju. Warto pamiętać, że Raducanu skończyła wtedy swoją przygodę triumfem w całym turnieju – i już samo to zestawienie pokazuje, jak rzadkie jest to, czego dokonała Zheng.
Droga powrotna od 121. miejsca
Ten sukces nabiera jeszcze większej wagi, gdy przypomnieć sobie, z jakiego miejsca Zheng musiała wracać. Kontuzja łokcia wyrzuciła ją poza czołową dziesiątkę, a ranking spadł aż do 121. pozycji. Dla zawodniczki, która jeszcze niedawno grała w światowej czołówce, był to bolesny regres.
Początek sezonu 2026 również nie dawał wiele powodów do optymizmu – seria szybkich porażek ciążyła nad Zheng od pierwszych tygodni. Tym mocniej wybrzmiewa jej marsz przez kwalifikacje i kolejne rundy US Open. To nie przypadkowy dobry tydzień, lecz historia powrotu.
Co zostaje liderce rankingu WTA, gdy traci koronę? Aryna Sabalenka pożegna się z pozycją numer jeden. Poza kortem ma jednak powody, by się uśmiechać.
9 września Sabalenka opublikowała wpis poświęcony swojemu narzeczonemu. Tego dnia Georgios Frangulis obchodził urodziny — skończył 38 lat, urodzony w 1988 roku.
Frangulis to brazylijski biznesmen. W 2016 roku założył markę Oakberry, specjalizującą się w produktach na bazie acai. Jak podaje magazyn „People”, firma ma dziś ponad 700 punktów sprzedaży w przeszło 40 krajach. Na początku 2024 roku Sabalenka sama została ambasadorką tej marki.
Para pokazała się publicznie już w kwietniu 2024 roku, podczas turnieju w Madrycie. Frangulis poza biznesem pasjonuje się wyścigami samochodowymi — ma za sobą ponad 120 startów w zawodach Porsche GT3 Cup Challenge.
Ślub w Grecji?
Związek wszedł na kolejny poziom 3 marca 2026 roku. Sabalenka zdradziła, że chciałaby pobrać się w Grecji — plany mówią o wrześniu 2027 roku.
Czy organizacja odpowiedzialna za żeński tenis zawodowy stoi na krawędzi finansowej zapaści? Jak podaje „The Telegraph”, WTA ma zanotować w 2026 roku stratę w wysokości 23 mln dolarów. A do dyspozycji ma zaledwie 15 mln dolarów płynności — kwotę, która przy takim tempie strat nie zostawia wiele czasu na reakcję.
Skala problemu staje się jeszcze wyraźniejsza, gdy spojrzeć dalej w przyszłość. Bez wyraźnej poprawy sytuacji organizacja szacuje, że do jesieni 2027 roku może stanąć w obliczu realnego ryzyka bankructwa. To właśnie 2027 rok będzie ostatnim, w którym WTA otrzyma 30 mln dolarów z obecnego kontraktu. Utrata tak dużego, stałego źródła finansowania dokładnie w momencie, gdy organizacja ma być już na granicy wypłacalności — to scenariusz, w którym kłopoty finansowe mogą się tylko piętrzyć.
Niższe nagrody i problemy z transmisjami
Skutki kryzysu widać już teraz. Mówi się o niższych pulach nagród w turniejach — w tym sezonie dotknęło to już części imprez. Dla zawodniczek to konkretny, wymierny cios: mniej pieniędzy do zdobycia na kortach, choć presja sportowa i medialna nie zmalała ani trochę.
I to nie koniec kłopotów. W wielu krajach kibice po prostu nie wiedzą, gdzie oglądać transmisje z turniejów WTA, co osłabia zasięg i widoczność organizacji. Trudno budować wartość komercyjną turnieju, skoro potencjalny widz nie potrafi go znaleźć ani w telewizji, ani w internecie. A to z kolei uderza w kolejne umowy sponsorskie i medialne, od których zależy przyszłe finansowanie.
W tle tego wszystkiego wracają rozmowy o możliwym zbliżeniu WTA i ATP. Przy obecnych liczbach coraz częściej mówi się o nim jako o sposobie na zatrzymanie narastającego kryzysu. Dziś, w obliczu 23 mln dolarów straty i realnej groźby niewypłacalności za dwa lata, temat wraca na stół z nową siłą.
Trzy godziny na korcie, ani chwili wytchnienia — i zwycięstwo. Sara Husar w środę w Radomiu pokonała Słowaczkę Adelę Polakovicovą 6:4, 4:6, 6:4. Zawodniczka KT Kubala Ustroń potrzebowała na to aż trzech godzin, a triumf ten był dla niej pierwszym zwycięstwem w głównej drabince singla w tej edycji Lotto PZT Polish Tour.
Nie wszystkim Polkom pierwsza runda turnieju ITF W15 Radom przyniosła powód do radości. Maja Wróbel z Legii Tenis Warszawa przegrała po blisko czterech godzinach z Czeszką Amy Suchą 5:7, 6:4, 6:7 — to jeden z najdłuższych pojedynków środowego dnia. Zupełnie inaczej wyglądał mecz Darii Górskiej, także z Legii Tenis Warszawa: do zwycięstwa wystarczyło jej zaledwie 80 minut. Górska wciąż jedzie na fali formy sprzed kilku dni, kiedy w Kozerkach odbierała trofeum za wygranie turnieju gry podwójnej.
Bednarz i debiutantka Kołtun w centrum uwagi
Największe nazwisko środy? Zuzanna Bednarz, również z Legii Tenis Warszawa, finalistka niedawnego turnieju ITF W15 Kozerki Sport&Business. W Radomiu pokonała Francuzkę Charlotte Narti 6:2, 3:6, 6:2. Mecz przeciwko Słowaczce Ingrid Vojcinakovej zakończył się z kolei wynikiem 6:3, 3:6, 6:4.
Uwagę zwróciła też 15-letnia Liliana Kołtun z RKT Return Radom. W swoim turniejowym debiucie nie zostawiła złudzeń reprezentantce gospodarzy Wiktorii Chmielewskiej (AT Masters Radom), wygrywając 6:0, 6:0. To właśnie jej mecz, obok pojedynku Aleksandry Janiszewskiej, zamknął środowy program pierwszej rundy.
Turniej ITF W15 Radom rozgrywany jest pod egidą Miasta Radom oraz Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji Radom, którzy pełnią funkcję Partnerów Głównych imprezy.
Co powstrzymało 21-letniego Alexandra Blockxa tuż przed pierwszym w historii belgijskim półfinałem wielkoszlemowym? Odpowiedź jest bolesna – zawiodło własne ciało. W środę 9 września Belg skreczował z powodu kontuzji w trzecim secie ćwierćfinału US Open przeciwko Karenowi Chaczanowowi.
Blockx zapisał się w annałach, zanim mecz w ogóle się skończył. Awansem do ćwierćfinału w Nowym Jorku 21-letni Belg stał się pierwszym w dziejach reprezentantem swojego kraju, który zaszedł tak daleko w turnieju wielkoszlemowym. To zostaje w księgach na stałe, bez względu na to, jak potoczyły się kolejne godziny na korcie.
Sam mecz zaczął się bez zapowiedzi dramatu kontuzyjnego – kłopoty były najpierw czysto tenisowe. Blockx przegrał pierwszą partię 2:6, gubiąc się przy tym w podstawowych błędach. W drugim secie się otrząsnął, doprowadził do wyrównania 5:5, choć wcześniej musiał wziąć przerwę medyczną. Chwilę potem stracił jednak gem serwisowy, a z nim cały set – 5:7.
Trzecia partia miała być odpowiedzią. Przy stanie 2:6, 5:7, 2:3 dla Chaczanowa Belg podjął decyzję o zakończeniu meczu.
Chaczanow gra o trzeci wielkoszlemowy półfinał w karierze
Dla 30-letniego Karena Chaczanowa wygrana oznacza awans do trzeciego w karierze wielkoszlemowego półfinału. Na US Open zagra w takim meczu po raz drugi – w 2022 roku przegrał wtedy z Casperem Ruudem. Tym razem w piątek czeka go starcie z lepszym z pary Alexander Zverev – Botic van de Zandschulp.
Turniej toczy się na twardych kortach Nowego Jorku, a pula nagród US Open 2026 sięga 108 milionów dolarów. Dla samego Blockxa liczy się jednak coś innego – jak szybko wróci do zdrowia. Historyczny ćwierćfinał pokazał, że stać go na więcej, niż jeszcze niedawno wielu się spodziewało.