„Selekcjoner nie dotrzymał danego mi słowa” — napisał Cristiano Ronaldo w obszernym oświadczeniu. Po dniach milczenia wyjaśnił w nim kulisy swojego odejścia ze zgrupowania reprezentacji Portugalii.
41-letni napastnik i kapitan portugalskiej kadry zaczął od przeprosin skierowanych do kibiców i kolegów z drużyny za opuszczenie zgrupowania. Chwilę później wskazał jednak winnego całej sytuacji — selekcjonera Jorge Jesusa.
Jak pisze Ronaldo, konflikt zaczął się jeszcze przed startem sezonu. To wtedy Jesus przedstawił mu plan dotyczący jego występów w kadrze. Napastnik twierdzi, że zaakceptował te ustalenia i przed meczem z Norwegią był przekonany, że nie zagra ani minuty. W dniu spotkania usłyszał jednak coś innego — że może dostać około 30 minut na boisku. Rozgrzewał się od przerwy. Selekcjoner ostatecznie nie zdecydował się na jego wejście.
Druga złamana obietnica
Po meczu doszło do rozmowy, w której strony ustaliły, jak Jesus wyjaśni całą sytuację na konferencji prasowej — tak to opisał Ronaldo. Selekcjoner miał publicznie przyznać, że to on zaproponował plan ograniczonych występów i że błędem było wysłanie piłkarza na rozgrzewkę bez wpuszczenia go na boisko. Konferencja, jak twierdzi Ronaldo, wyglądała inaczej niż uzgodniono. „To był drugi raz, kiedy nie dotrzymał danego mi słowa” — napisał, oceniając zachowanie Jesusa.
Gwiazdor przeprosił też portugalskich kibiców za to, że po meczu nie podszedł do trybun. Samokrytyki jednak nie uniknął. „Nie powinienem był tego zrobić. Odpowiedzialność jest wyłącznie moja” — napisał, przyznając, że sam popełnił błędy i że decyzja o opuszczeniu zgrupowania obciąża jego, i tylko jego.
Wyjaśnił też, co nim kierowało, gdy postanowił odejść. „Jeszcze raz przepraszam Portugalczyków, ale złamanie słowa ma na mnie ogromny wpływ. Poczułem, że od tamtej pory moja dalsza obecność zaszkodzi tylko grupie i zrobiłem to, co zawsze obiecywałem, że zrobię, jeśli nie poczuję się potrzebny: spakowałem walizki i odszedłem” — napisał, odnosząc się do momentu, w którym zdecydował się zostawić drużynę.
Mimo to piłkarz nie prosi o taryfę ulgową — wręcz przeciwnie. Zwrócił się do Portugalskiej Federacji Piłkarskiej z prośbą o wyciągnięcie wobec niego konsekwencji. „Uważam, że kara nie powinna zawierać żadnych okoliczności łagodzących. Nie jestem zwykłym zawodnikiem, jestem kapitanem drużyny i to jest okoliczność obciążająca. Już przeprosiłem, ale wiem, że czyny muszą mieć konsekwencje” — zaznaczył, podkreślając, że jako kapitan powinien odpowiadać surowiej, nie łagodniej.
Na koniec Ronaldo rozwiał wątpliwości co do swojej przyszłości w narodowych barwach. Nie zamierza żegnać się z kadrą i wciąż chce o nią rywalizować. Zapewnił, że po odbyciu ewentualnej kary — jeśli pozostanie zdrowy i w formie dzięki regularnej grze w klubie — będzie gotowy do walki o miejsce w zespole. „Kiedy myślę o reprezentacji, myślę przede wszystkim o rywalizacji” — podsumował.
„Niestety Wiktoria wystawiła trochę piłkę do pustej i tyle” — tak Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy federacji KSW, skomentował walkę Wiktorii Czyżewskiej na gali Fight Mode 2.
Czyżewska wystąpiła na gali Fight Mode 2 — wydarzeniu rozgrywanym w formacie walk na gołe pięści — i pokonała swoją rywalkę. Dla zawodniczki to był mecz o odbudowę. Wcześniej przegrała walkę o pas KSW.
Zanim jednak doszło do samego starcia, atmosferę zdominowało coś zupełnie innego. Na konferencji prasowej doszło do napiętego spięcia między Czyżewską i jej przeciwniczką, a nagranie z tej wymiany szybko zaczęło żyć własnym życiem w mediach społecznościowych.
Rysiewski: nie łączmy konferencji z oceną walki
Dyrektor sportowy KSW postanowił uciąć spekulacje. Rysiewski przekonywał, że konferencyjnej otoczce nie należy przykładać zbyt dużej wagi i wiązać jej bezpośrednio z oceną samego pojedynku. Jak twierdzi, Czyżewska już wcześniej sygnalizowała, że chce stoczyć walkę z rywalką, przy której będzie mogła spokojnie odbudować się sportowo.
Rysiewski nie owijał w bawełnę, mówiąc o poziomie przeciwniczki — określił ją jako zawodniczkę semi pro i dodał przy tym nietypowy szczegół z przeszłości: „Jeszcze niedawno Wiktoria była jej trenerką w programie Canal+”. Otwarcie przyznał też, skąd wzięła się taka konfrontacja: „Dostaliśmy informacje od Wiktorii, że chce stoczyć walkę z łatwą rywalką”.
I właśnie dlatego porażka byłaby dla Czyżewskiej katastrofą wizerunkową. Rysiewski był w tej kwestii bezpośredni — ogromnym problemem byłoby dla niej, gdyby przegrała z zawodniczką semi pro. Przy tak dobranym przeciwniku każdy inny wynik niż wygrana byłby po prostu trudny do wyjaśnienia.
Na szczęście dla Czyżewskiej ten scenariusz się nie zmaterializował. Wygrała walkę zdecydowanie i nie doznała przy tym większych obrażeń.
Mimo udanego powrotu na ring Czyżewska nie rwie się do kolejnej odsłony formatu bare-knuckle. W rozmowie z portalem MMA.pl dała do zrozumienia, że nie planuje powtórki występu w Fight Mode — choć stu procentami tego nie wyklucza.
„Nie ma tajemnicy, że Sylwestrowi doradza Sławek Bielski, który związany jest ze światem frik fajtów” — napisał Łukasz „Juras” Jurkowski na X, odkrywając kulisy sporu toczącego się wewnątrz Fight Mode.
Wpis pojawił się 6 października 2026 roku, kilka dni po drugiej gali organizacji. Już przed pierwszym gongiem nie było spokojnie — na konferencji doszło do ostrego spięcia między Wiktorią Czyżewską, zawodniczką KSW, i Jessicą Kusz. To, co Jurkowski opisał później w sieci, dotyczyło jednak czegoś głębszego niż jednorazowa kłótnia przy stole konferencyjnym. Chodziło o to, dokąd Fight Mode ma zmierzać jako organizacja.
Bielski i cień CLOUT MMA
Według Jurasa za częścią decyzji w organizacji stoi Sławek Bielski, doradca Sylwestra — jednego ze wspólników Fight Mode. Bielski wcześniej pracował przy CLOUT MMA. Ta organizacja od początku mocno opierała się na medialnych nazwiskach, konfliktach i zestawieniach dalekich od klasycznego sportu zawodowego.
Dla Jurkowskiego właśnie ten kierunek jest problemem. „Wolałbym koncentrować się na rozwoju Fight Mode i kierunku w którym zmierzamy, a nie non stop awanturować się o bandę patusów których chce ściągnąć do organizacji owa persona” — napisał, nie kryjąc irytacji.
To nie jest odosobniony wybuch. Jurkowski już wcześniej, i nie raz, mówił, że nie chce, by Fight Mode poszło w stronę typowych federacji freak fightowych. Teraz, gdy po drugiej gali na stole leżą konkretne nazwiska proponowane do karty, spór przestał być teoretyczny. Z deklaracji przeniósł się do realnego konfliktu o to, kto i co trafi na matę Fight Mode.
43 punkty. Tyle w jednym meczu uzbierał Trazarien White, prowadząc Zastal Zielona Góra do wyjazdowego zwycięstwa w 1. kolejce FIBA Europe Cup. Zielonogórzanie wygrali na parkiecie Szolnoki Olajbanyasz 90:80.
Początek spotkania wcale nie wróżył takiego scenariusza. Węgrzy od pierwszych minut dyktowali warunki i punktowali bez większego oporu, budując nawet ośmiopunktową przewagę. Zastal otrząsnął się jednak błyskawicznie — na przerwę zespół zszedł już z prowadzeniem na tablicy. Za tym zwrotem stał przede wszystkim White, który do przerwy miał na koncie już 23 punkty.
Po zmianie stron drużyna trenera Arkadiusza Miłoszewskiego nie odpuściła. Zielonogórzanie rozpędzili się do tego stopnia, że ich przewaga sięgnęła nawet 13 punktów. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 90:80 dla gości, a rozkład punktów po kwartach — 26:18, 17:26, 20:23, 17:23 — najlepiej oddaje, jak wyrównana i nerwowa była ta rywalizacja.
Statystyki White’a mówią wszystko
Trazarien White zamknął mecz z 43 punktami na koncie. Amerykanin trafił 13 z 20 rzutów z pola oraz aż 14 z 15 rzutów wolnych. Do tego dopisał sobie sześć zbiórek i dwa przechwyty — występ praktycznie na każdym froncie boiska.
W drużynowym zestawieniu punktowym za White’em znaleźli się Beau Beech z 10 punktami, Filip Matczak z 9, Krzysztof Sulima z 8, a także Veljko Brkić i Andrzej Mazurczak — po 6 punktów każdy. Gauthier Denis dodał 5 oczek, Jan Wójcik 2, Jakub Zalewski 1. Conley Garrison zanotował za to zero punktów.
I to właśnie Garrison miał najsłabszy wieczór w zespole. Na parkiecie spędził 30 minut, nie trafił żadnego z trzech rzutów z gry, a w czasie, gdy przebywał na boisku, Zastal notował stratę dwóch punktów. Do tego sześć strat — najwięcej w całej ekipie z Zielonej Góry.
Straty rywala okazały się jednak jednym z kluczowych elementów tego zwycięstwa. Zastal zdobył 23 punkty po aż 15 stratach Szolnoki. Co ciekawe, sami zielonogórzanie gubili piłkę jeszcze częściej — 19 razy w całym meczu.
Na kolejne europejskie starcie kibice Zastalu poczekają do 14 października. W środę, o godzinie 18:30, zespół zagra już we własnej hali. Rywalem będzie słowacka ekipa Patrioti Levice.
„Wygrała we Włoszech zdecydowanie, bo 94:81” – tak w skrócie można opisać wtorkowy wyczyn WKS Śląska Wrocław. Wrocławianie pokonali na wyjeździe Dolomiti Energia Trento w meczu EuroCupu, i zrobili to bez większych nerwów.
Ten triumf ma dodatkową wartość. Rywal wchodził na parkiet w roli murowanego faworyta – Trento przystępowało do spotkania z bilansem 1-0 w rozgrywkach. Dla Śląska była to z kolei okazja do odkupienia się po kompletnie nieudanym otwarciu sezonu. W pierwszym meczu grupy polska ekipa przegrała u siebie z KK Budućnost Voli Podgorica aż 75:99.
Tym razem wszystko wyglądało inaczej. Wrocławianie przejęli kontrolę nad meczem już w drugiej kwarcie, którą wygrali 22:13. Włosi się jednak nie poddawali – w trzeciej kwarcie zbliżyli się na dystans sześciu punktów, przy wyniku 59:65. Śląsk nie pękł. Przewagę dowiózł do końcowej syreny.
Parsons liderem, Hickey decydował w końcówce
Najskuteczniejszym zawodnikiem w drużynie gości był Malik Parsons – 17 punktów na jego koncie. W czwartej kwarcie, gdy Trento próbowało jeszcze gonić wynik, kluczową rolę odegrał Anthony Hickey. Trafiał najważniejsze rzuty w decydujących momentach i zanotował łącznie 10 punktów oraz sześć asyst. Solidnie zaprezentował się też Paul Scruggs, zapisując na swoim koncie 11 punktów i siedem asyst.
Punkty dla Śląska zdobywali również Robinson (15), Egbunu (11), Nizioł (11), Moore (8), Sternicki (5), Luc (5) i Kulikowski (3). Po stronie gospodarzy najlepszy był Olivari, który trafił za 17 punktów.
Wynik spotkania w podziale na kwarty: Trento – Śląsk Wrocław 81:94 (22:28, 13:22, 26:19, 20:25).
Po dwóch rozegranych meczach w fazie grupowej EuroCupu WKS Śląsk Wrocław ma na koncie bilans jednego zwycięstwa i jednej porażki.
Ośmiu najwyżej rozstawionych zawodników, w tym Alexander Zverev i Carlos Alcaraz, czekało na kortach twardych Szanghaju na rywali, którzy musieli najpierw przejść pierwszą rundę. Taki układ drabinki Rolex Shanghai Masters – turnieju z pulą nagród 9,415 mln dolarów – od pierwszego dnia stawiał polskich tenisistów przed niełatwym zadaniem: wyjść z cienia rywali z czołowej dziesiątki.
Rozstawienie otwiera Alexander Zverev z numerem 1. Tuż za nim plasuje się Carlos Alcaraz jako druga rakieta turnieju. Trójkę i czwórkę zajmują Ben Shelton oraz Felix Auger-Aliassime, piąte miejsce przypadło z kolei Daniłowi Miedwiediewowi. Nieco niżej, z numerem 10, figuruje Novak Djoković, dla którego Szanghaj to kolejna okazja, by sprawdzić formę przed resztą azjatyckiej części sezonu. Warto dodać, że Jakub Mensik, lider czeskiego tenisa ostatnich miesięcy, otrzymał w drabince numer 13.
Polacy na starcie: Hurkacz i Majchrzak w akcji
W czwartek 8 października Hubert Hurkacz zmierzył się w pierwszej rundzie z Australijczykiem Jamesem Duckworthem. Nagroda za zwycięstwo? Starcie w drugiej rundzie z samym Novakiem Djokoviciem, rozstawionym z numerem 10. Sama ta perspektywa dodatkowo podgrzewa atmosferę meczu z Duckworthem.
Dzień wcześniej, w środę 7 października, na kort wyszedł Kamil Majchrzak, który trafił na Niemca Yannicka Hanfmanna. Zwycięzca tego spotkania długo nie odpocznie – w drugiej rundzie czeka na niego Frances Tiafoe, siódma rakieta imprezy. Tiafoe, podobnie jak Zverev, Alcaraz, Shelton, Auger-Aliassime, Miedwiediew, Flavio Cobolli i Arthur Fils, należał do grupy ośmiu zawodników zwolnionych z gry w pierwszej rundzie dzięki wysokiemu rozstawieniu.
Pierwsza runda przyniosła też starcia bez polskiego udziału, które mimo to kształtują obraz dolnej i górnej części drabinki. Stefanos Tsitsipas rozegrał swój mecz otwarcia z Belgiem Kimmerem Coppejansem, który przebrnął przez kwalifikacje. W środę na korcie pojawił się również Matteo Berrettini – jego rywalem był Amerykanin Aleksandar Kovacevic.
Harmonogram turnieju przewiduje, że druga runda, czyli 1/32 finału, odbędzie się w sobotę 10 października. Do tego momentu kibice śledzący występy Hurkacza i Majchrzaka będą żyli w niepewności – nie będzie wiadomo, czy nasi reprezentanci dołączą do grona rywali czekających na Djokovicia i Tiafoe, czy pożegnają się z turniejem już na starcie.
Szósty punkt meczowy. Tyle potrzebowało MOUZ, by domknąć Mirage w starciu z Team Spirit – jedno z najbardziej nerwowych spotkań trzeciego dnia grupowego 24. sezonu ESL Pro League. Właśnie MOUZ, razem z Team Vitality, jako pierwsze zespoły zapewniły sobie miejsce w ćwierćfinale katowickiego turnieju.
Poniedziałek 5 października był trzecim i ostatnim dniem fazy grupowej, a na mapach rozstrzygnęło się osiem spotkań. Najwięcej działo się w meczu MOUZ – Team Spirit, czyli lidera obu światowych rankingów. Ekipa z Adamem „torzsi” Torzasem w składzie rozbiła rywali 2:0. Na Dust2 dyskusji nie było żadnej – 13:5 dla MOUZ. Inaczej wyglądało to na Mirage, gdzie w składzie Spirit gra Danil „donk” Kryshkovets – tam bitwa rozciągnęła się na długo. MOUZ prowadziło 7:5 po pierwszej połowie, odskoczyło na 12:6, ale do zamknięcia meczu potrzebowało aż szóstej próby. Końcowy wynik: 13:11.
Drugim zespołem myślącym już o ćwierćfinale jest Team Vitality. Francuzi pokonali Team Falcons 2:1. Falcons otworzyli rywalizację zwycięstwem na Anubisie 13:9, Vitality odpowiedziało jednak serią Dust2 13:4 i Mirage 13:8, zamykając mecz na swoją korzyść.
Dramatyczne pożegnania z turniejem
Nie wszystkim dzień poszedł tak gładko. G2 Esports stało przed meczem, w którym porażka kończyła ich przygodę z turniejem – obroniło się, wygrywając pierwsze starcie. Zapłaciło za to ShindeN, wyeliminowane po porażce 0:2. Na Dust2 G2 wygrało 13:6, na Ancient 13:9 – ShindeN zebrało łącznie tylko 15 punktów na obu mapach.
Równie boleśnie zakończyła się rywalizacja dla TYLOO. Zespół prowadził 1:0 w starciu z M80, ale finalnie przegrał 1:2 i opuszcza Katowice. M80 odrobiło straty: oddało Mirage 10:13, ale wygrało Cache 13:7 i Anubis 13:8.
Pozostałe mecze dnia też przyniosły jasne rozstrzygnięcia. PARIVISION przegrało z FURIA 1:2 – wygrana na Ancient 13:7 nie wystarczyła po stracie Mirage 5:13 i Inferno 10:13. 9z nie postawiło oporu Natus Vincere, przegrywając 0:2 (6:13 na Nuke, 6:13 na Cache). Legacy również odpadło z fazy grupowej, ulegając 1win 0:2 (8:13 na Dust2, 8:13 na Ancient). Jedynym zespołem w tej grupie, który zapisał na swoim koncie zwycięstwo, była Aurora – pokonała BETBOOM 2:1 po 13:4 na Mirage, porażce 7:13 na Nuke i triumfie 13:8 na Anubisie.
24. sezon ESL Pro League trwa w Katowicach od 3 do 11 października z udziałem szesnastu drużyn. Do fazy play-off, którą otworzą ćwierćfinały, przejdzie dokładnie połowa stawki. Wszystkie decydujące mecze – ćwierćfinały, półfinał, wielki finał oraz starcie o trzecie miejsce – odbędą się w katowickim Spodku. Na zwycięzców czeka łączna pula nagród w wysokości miliona dolarów, a sam triumfator turnieju zarobi 125 tysięcy dolarów plus dodatkowe 170 tysięcy dolarów w ramach club share. Żadna polska drużyna w tej edycji nie gra.
„Jest to zwykła, mrożona pizza, która nie wyróżnia się niczym szczególnym” – takimi słowami Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy KSW, skomentował mrożoną pizzę Szymona „Książula” Nyczke.
Werdykt padł w rozmowie opublikowanej przez Huberta Mściwujewskiego, prowadzącego kanał „MMA-bądź na bieżąco” – to on zaprosił Rysiewskiego do wspólnej degustacji. Na talerzu dyrektora sportowego KSW wylądował wariant Fat Peppa z pepperoni.
Za samym produktem stoi Szymon Nyczke, znany w środowisku jako „Książulo”. To on wypuścił pizzę pod własną marką „MUALA na grubo od Książula”. Oficjalna premiera ma nastąpić 7 października 2026 roku, ale w niektórych Żabkach pizza pojawiła się na półkach już wcześniej, przedpremierowo. I właśnie Żabka będzie głównym kanałem sprzedaży.
Do wyboru są dwa warianty: Fat Peppa z pepperoni oraz Fat Cheese z serem i papryczkami jalapeño. Cena? 24,99 zł za sztukę.
Porównanie z konkurencją wypada na niekorzyść Książula
Mściwujewski nie owijał w bawełnę. Wyznał, że bardziej od pizzy Książula smakuje mu pizza Guseppe – i że ta druga jest przy tym dwa razy tańsza od produktu marki „MUALA”.
Na premierę zareagowali nie tylko widzowie kanału „MMA-bądź na bieżąco”. Sam Szymon Nyczke postanowił się odezwać – wydał oświadczenie, w którym odpowiedział na zarzuty internautów dotyczące jego pizzy.
„SIG Strasbourg, czyli ósma drużyna ostatniego sezonu w lidze francuskiej, znokautowała we wtorek Legię na własnym parkiecie 100:62” — ten wynik mówi sam za siebie. Mistrz Polski wrócił z Alzacji z najwyższą porażką w dopiero rozpoczynającej się kampanii Ligi Mistrzów koszykarzy.
Mecz grupy B rozegrano we wtorek na parkiecie SIG Strasbourg. Francuski klub, w minionym sezonie ósmy w lidze krajowej, nie dał warszawianom żadnych szans. Już po dwóch kwartach na tablicy świecił wynik 33:47 dla gospodarzy, a w drugiej połowie przewaga tylko się powiększała.
Rozbicie na kwarty mówi wszystko: 21:15, 26:18, 28:17 i 25:12 dla Strasbourga. Trzecia i czwarta odsłona, w których Legia powinna szukać ratunku, wyszły najboleśniej — właśnie wtedy Francuzi zbudowali przepaść punktową i zamknęli mecz różnicą 38 punktów.
Katastrofa za linią i przy linii rzutów wolnych
Statystyki rzutowe warszawskiego zespołu tłumaczą rozmiar porażki. Legia trafiła tylko 6 z 25 prób za trzy punkty — skuteczność poniżej 25 procent z dystansu. Do tego przez cały mecz oddała jedynie 9 rzutów wolnych. Przy 40 minutach gry to liczba, która mówi wprost: zero agresji w ataku, pełna dominacja rywala pod koszem.
Po drugiej stronie parkietu Strasbourg strzelał jak z nut. 38 z 67 rzutów z gry, 57 procent skuteczności — w europejskim pucharze taki wynik zdarza się rzadko i praktycznie zawsze kończy się pogromem.
W drużynie Legii najlepszym strzelcem był Kristers Zoriks z 13 punktami, a tuż za nim Arguster Daniels z 12. Żaden z nich nie zdołał jednak przełamać impasu, gdy Francuzi odskakiwali na ponad 30 punktów przewagi.
U gospodarzy show dał Gregg — 19 punktów — wspierany przez N’Doye i Handsa, którzy dopisali do protokołu po 15 oczek każdy. Trójka strzelców rozłożyła ciężar punktowy tak równo, że Legia do końca nie wiedziała, kogo kryć ostrożniej.
Dla SIG Strasbourg to powrót do europejskich pucharów po dwóch latach przerwy — i wraca z zębem. W ostatnich play-offach francuskiej ligi klub odpadł w ćwierćfinale z Paris Basketball, a za całym projektem stoi budżet przekraczający 7 milionów euro. To stawia Francuzów w zupełnie innej lidze finansowej niż większość rywali w grupie.
Legia Warszawa gra w grupie B Ligi Mistrzów razem z Ciboną i Galatasarayem. Bilans po pierwszej kolejce jest brutalny. Mistrz Polski musi szybko zapomnieć o Strasbourgu, jeśli ma realnie liczyć się w walce o awans z tej grupy.
„Anglia – Czechy 3:0 (2:0)” — taki wynik widniał na tablicy Wembley po wtorkowym wieczorze. I po raz kolejny główną postacią meczu okazał się Harry Kane, który dwoma trafieniami dopisał kolejną stronę do swojej historii z angielską kadrą.
Dla „Trzech Lwów” prowadzonych przez Thomasa Tuchela to kolejny dobry wynik w trakcie obecnego zgrupowania. Wcześniej Anglicy zapisali na swoim koncie dwa zwycięstwa i jedną porażkę – a w tym bilansie jest efektowny pogrom Chorwacji 7:0 w Rijece. Czesi przyjechali do Londynu w zupełnie innym nastroju. W grupie z Anglią, Hiszpanią i Chorwacją nie zdobyli w trzech poprzednich meczach ani punktu.
Mecz, w zasadzie, rozstrzygnął się już w pierwszej połowie. W 27. minucie Harry Kane dośrodkował z lewego skrzydła, a piłkę do własnej siatki skierował nieszczęśliwie Vladimir Coufal. Trzynaście minut później było 2:0 – Kane wykorzystał podanie Morgana Rogersa i sam wpisał się na listę strzelców. Dla kapitana Anglii ten gol miał szczególną wagę – to było jego 90. trafienie w kadrze narodowej.
Po przerwie gospodarze nie odpuścili. W 57. minucie Kane dopełnił formalności, wykorzystując dośrodkowanie z rożnego posłane przez Lewisa Halla. To był jego drugi gol w tym meczu i trzeci dla Anglii tego wieczoru.
Czesi przez większą część spotkania w ogóle nie potrafili nawiązać walki. Do 79. minuty nie oddali ani jednego celnego strzału. Coś zaczęło się dziać dopiero wtedy, gdy Roman Macek, po podaniu Pavla Sulca, uderzył groźnie w kierunku Jordana Pickforda. Na odwrócenie losów meczu to było jednak zdecydowanie zbyt mało.
Kane liderem klasyfikacji strzelców
Dwa gole na Wembley wystrzeliły Harry’ego Kane’a na szczyt klasyfikacji strzelców Ligi Narodów UEFA w dywizji A. Kapitan Anglii ma już na koncie sześć trafień po czterech kolejkach.
Meczem na Wembley pokierował Turek Serdar Gozubuyuk. Żółte kartki zobaczyli Myles Lewis-Skelly z Anglii oraz Michal Sadilek i Martin Vitik z czeskiej reprezentacji.
Tuchel na ten mecz postawił na jedenastkę: Jordan Pickford, Trent Alexander-Arnold, Jarrell Quansah, Marc Guehi, Lewis Hall, Elliot Anderson, Jude Bellingham, Myles Lewis-Skelly, Morgan Rogers, Harry Kane i Eberechi Eze. Po stronie gości na boisku pojawili się: Lukas Hornicek, Vladimir Coufal, Martin Vitik, Robin Hranac, Juri Slama, Alex Kral, Pavel Sulc, Michal Sadilek, Lukas Ambros, Ryan Naderi i Ondrej Lingr.