⚡ Aktualnie:
„Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Liga Mistrzów: ile punktów stracą Cash, Szczęsny i Kiwior w 4. kolejce fazy ligowej? „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Liga Mistrzów: ile punktów stracą Cash, Szczęsny i Kiwior w 4. kolejce fazy ligowej?

„Kibice zdecydowali” – tymi słowami organizatorzy FAME podsumowali proces, który wyłonił ostateczny kształt drabinki turnieju Grand Freaks. I rzeczywiście, to widzowie w głosowaniu zdecydowali, jakie pary spotkają się w pierwszej rundzie zawodów.

Samo głosowanie fanów odbyło się wcześniej, jeszcze na etapie selekcji uczestników. Spośród dziesięciu kandydatów widzowie wybrali ósemkę, która ostatecznie powalczy w turnieju podczas gali FAME 33.

Jak wygląda drabinka?

Górną część turniejowej drabinki otwiera pojedynek Tyboriego z Polish Zombie. Zwycięzca tej walki długo nie odpocznie – w półfinale czeka już na niego lepszy z duetu Alberto – Scarface. Tybori, Polish Zombie, Alberto i Scarface – to oni czterej wypełniają górną połowę drabinki.

Dolna część układu wygląda bardzo podobnie. Otwiera ją starcie Wampira z Erko, a drugim ćwierćfinałem po tej stronie jest pojedynek Crazy z Legionistą. Zwycięzcy tych dwóch walk zmierzą się potem w półfinale – stawką będzie miejsce w finale turnieju.

Formuła Grand Freaks Tournament nie przewiduje tygodni przerwy między rundami. Wszystkie cztery ćwierćfinały, dwa półfinały i finał zmieszczą się w jednym wieczorze. A to znaczy jedno: żeby sięgnąć po zwycięstwo, zawodnik musi pokonać trzech przeciwników na tej samej gali.

Taki format to zupełnie inne wyzwanie niż klasyczna, pojedyncza walka. Dystans, regeneracja i konsekwencja w ciągu jednego wieczoru będą się liczyć nie mniej niż sama technika.

„Najmłodszy debiutant w historii klubu” – tak zapisał się w kronikach Podhala Nowy Targ chłopak, który 17 września 2000 roku wyszedł na lód w meczu z GKS Katowice. Miał wtedy 15 lat, 7 miesięcy i 30 dni. Tym chłopakiem był Marcin Kolusz. W piątek Podhale oficjalnie pożegna go podczas ligowego meczu z STS Sanok.

Kolusz wychowywał się niespełna sto metrów od lodowiska w Nowym Targu. Hokeja uczył się, obserwując starszego brata Wojtka, który też grał w tej dyscyplinie. Jego debiut w ekstraklasie 17 września 2000 roku w barwach Podhala przeciwko GKS Katowice do dziś pozostaje rekordem klubu – nikt młodszy nie zadebiutował w najwyższej lidze w historii nowotarskiej drużyny.

Trzy lata później, w 2003 roku, 18-letni wówczas Kolusz został wybrany przez Minnesota Wild z numerem 157 w drafcie NHL. To wydarzenie miało wymiar historyczny – był pierwszym hokeistą wybranym do NHL bezpośrednio z polskiej ligi. Sezon 2003/04 spędził w Vancouver Giants w Western Hockey League, gdzie w 64 meczach sezonu zasadniczego zdobył 6 bramek i zaliczył 12 asyst.

Kariera zagraniczna zawiodła go także do czeskiego Oceláři Třinec i klubów zaplecza czeskiej ekstraligi, a także na Słowację, do HK Poprad.

Mistrzostwa, hat-tricki i powrót do defensywy

Sezon 2009/2010 zakończył się dla Podhala mistrzostwem Polski, a Kolusz miał w tym sukcesie swój osobisty rozdział. W decydującym o awansie do finału meczu półfinałowym Podhale rozbiło GKS Tychy 6:0. Kolusz zdobył wtedy hat-tricka, otwierając i zamykając wynik tego spotkania.

Dwa lata później, w sezonie 2011/12, pomógł już innym barwom – Sanokowi – zdobyć pierwsze w historii klubu mistrzostwo Polski. Po drodze grał jeszcze w KTH Krynica, GKS Tychy, ponownie w Podhalu, GKS Katowice, JKH GKS Jastrzębie i Unii Oświęcim.

Łącznie w karierze zebrał 11 medali krajowego czempionatu: pięć tytułów mistrza Polski, cztery Puchary Polski i dwa Superpuchary. W polskich rozgrywkach ligowych rozegrał 783 spotkania, strzelając 212 goli i notując 394 asysty. Z biegiem lat z zawodnika formacji ofensywnej przekształcił się w obrońcę. To rzadka droga w hokeju, a Kolusz przeszedł ją bez utraty miejsca w kadrze.

W 2020 roku, mając już 35 lat, podpisał kontrakt z Vaasan Sport i zadebiutował w fińskiej Liidze. Stał się tym samym drugim Polakiem w historii – po Mariuszu Czerkawskim – który zagrał na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Finlandii. Grał też w słowackiej Dukli Michalovce, z którą zdobył brązowy medal mistrzostw kraju.

Jako kapitan reprezentacji Polski Kolusz rozegrał w kadrze narodowej 210 meczów i strzelił 48 goli. Wystąpił w 16 turniejach mistrzostw świata, co daje mu trzecie miejsce w historycznej klasyfikacji występów w narodowych barwach. W 2024 roku, mając już 39 lat, zagrał na mistrzostwach świata Elity – turnieju, na który reprezentacja Polski wróciła po 22 latach przerwy od najwyższej grupy światowego hokeja.

Karierę zawodniczą zakończył kilka miesięcy temu. W piątek na nowotarskim lodowisku, tam gdzie wszystko się zaczęło, usłyszy od klubu oficjalne podziękowanie za ponad dwie dekady gry.

„On się nie spóźniał, więc przestańcie kłamać”. Tak LeBron James skomentował historię, która zaczęła krążyć w mediach — o rzekomej kłótni z Joelem Embiidem.

Całe zamieszanie wywołał Mike Breen. Komentator podczas transmisji przedsezonowego meczu Philadelphia 76ers z New York Knicks przytoczył anegdotę o napięciach między dwoma gwiazdami. Według jego relacji James miał zwrócić Embiidowi uwagę za spóźnienie na trening zespołu. Sam Breen zresztą zaznaczył, że nie widział tego na własne oczy — historię usłyszał od kogoś innego.

James nie zostawił tego bez odpowiedzi. Zaprzeczył, że doszło do jakiejkolwiek kłótni z Embiidem na tle spóźnienia. Na Instagramie wkleił grafikę dotyczącą rzekomego zdarzenia i dorzucił do niej ikonę czapki — w internetowym slangu symbol oznaczający kłamstwo albo naciąganą historię.

James chwali formę Embiida

Co ciekawe, ton Jamesa wobec Embiida w ostatnim czasie był raczej entuzjastyczny niż krytyczny. Gwiazdor Lakers podkreślał zdrowie i zaangażowanie Kameruńczyka w przygotowania do nowego sezonu. „Różnica między 2024 rokiem a teraz jest taka, że jest dużo zdrowszy. Nie opuścił żadnego treningu. Był praktycznie we wszystkim, co robiliśmy” — mówił James. Dodał nawet, że sztab trenerski czasem musiał wręcz ograniczać udział Embiida w zajęciach, bo środkowy sam chciał trenować więcej.

To pierwszy sezon, w którym obaj występują w barwach tego samego klubu NBA. Wcześniej ich drogi skrzyżowały się na innym poziomie — w 2024 roku razem zdobyli złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu z reprezentacją Stanów Zjednoczonych. James, mający obecnie 41 lat, wciąż pozostaje jednym z liderów szatni Sixers. Widać to choćby w tempie, z jakim zareagował na plotkę o konflikcie.

„Nie jest znana nowa data meczu” — krócej sytuacji wokół zaległego spotkania Unii Oświęcim z STS-em Sanok-Sokół w TAURON Hokej Lidze podsumować się nie da.

Spotkanie pierwotnie miało zostać rozegrane 20 września. Do meczu jednak nie doszło — część sanockiej kadry w tym czasie grała w Pucharze Ukrainy. Działacze wyznaczyli więc nowy termin, 6 października. I ten też spalił na panewce.

Powód jest prozaiczny, choć formalnie nie do obejścia. W dniach 6-7 oraz 13-14 października rozgrywane są mecze Hokejowej Ligi Mistrzów. A zgodnie z umową zawartą przez organizatorów, w terminach CHL nie można rozgrywać spotkań TAURON Hokej Ligi. Ta sama blokada obowiązuje także w terminie finału Hokejowej Ligi Mistrzów — pole manewru robi się więc jeszcze węższe.

Kalendarz coraz bardziej napięty

Problem w tym, że wolnych okienek w najbliższych tygodniach praktycznie nie ma. 27 października terminarz jest już zajęty — tego dnia GKS Katowice zagra ze STS-em Sanok-Sokół. Mecz ten rozegrany zostanie awansem, bo katowiczanie startują w Pucharze Kontynentalnym.

31 października odbędzie się ostatnia kolejka TAURON Hokej Ligi przed zgrupowaniem reprezentacji Polski. Potem zawodnicy dostaną kilka dni wolnego i rozjedzie się do domów. Organizatorom realistycznie zostaje jedna opcja na dogranie zaległego spotkania: 10 lub 11 listopada, już po zgrupowaniu kadry.

Presja czasu nie wynika tylko z kalendarza bieżącej kolejki. Druga runda rozgrywek, po której wyłonione zostaną cztery zespoły do Turnieju Finałowego Pucharu Polski, zakończy się w niedzielę 15 listopada. Te cztery ekipy zagrają w Turnieju Finałowym jeszcze przed Sylwestrem. Każdy dzień zwłoki z zaległym meczem Unii i STS-u to więc kolejny krok bliżej terminarzowego ścisku, który odczują już nie tylko te dwa kluby.

We wtorek JJ Gabriel skończył 16 lat. Formalność, powie ktoś – tyle że „dzięki temu może już podpisać profesjonalny kontrakt z europejskim klubem”, a ten właśnie urodzinowy szczegół uruchomił lawinę w europejskiej piłce. Gabriel, zawodnik akademii Manchesteru United, od wtorku może legalnie związać się z nowym klubem. Kolejka zainteresowanych jest długa.

Najdalej w rozmowach zaszedł Bayern Monachium. Według „The Times” niemiecki klub już spotkał się z przedstawicielami nastolatka. Za transferem stoi osobiście Vincent Kompany – to on ma być głównym orędownikiem sprowadzenia Gabriela do Monachium. Bawarczycy nie liczą tu tylko na siłę marki. Stawiają na konkretny projekt sportowy: jasną ścieżkę rozwoju i szansę na szybkie zbliżenie się do pierwszego zespołu.

Niemcy nie są jednak sami w tym wyścigu. Sky Sports donosi, że w grze o Gabriela pozostają FC Barcelona i Real Madryt, a całą sytuację uważnie obserwuje też Paris Saint-Germain. Wcześniej o młodego Anglika zabiegały również Borussia Dortmund i Bayer Leverkusen – oba kluby jednak straciły impet.

Pieniądze decydują o tempie rozmów

Powód wyhamowania Borussii i Leverkusen? Jak zwykle, finanse. Według „The Times” otoczenie Gabriela oczekuje dla niego siedmiocyfrowej rocznej pensji – czyli co najmniej miliona. Właśnie te wysokie wymagania sprawiły, że oba niemieckie kluby zaangażowały się w walkę o zawodnika mniej zdecydowanie. Nawet Bayern, choć rozmowy są już zaawansowane, na tym etapie nie jest gotowy spełnić finansowych żądań otoczenia nastolatka.

Mimo całego zgiełku wokół tematu, żadna decyzja jeszcze nie zapadła. Rodzina Gabriela wciąż nie zdecydowała o jego przyszłości, a sam zawodnik pozostaje formalnie zarejestrowany w Manchesterze United. Gabriel wraz z bliskimi zwrócił się już jednak do klubu z Old Trafford z prośbą o możliwość odejścia – co sugeruje, że jego dalsza kariera na Old Trafford stoi pod znakiem zapytania.

Źródłem napięcia miały być rozbieżności dotyczące drogi Gabriela do pierwszego zespołu Manchesteru United. Klub nie zamierza jednak oddać nastolatka bez walki – United rozważa kroki prawne, jeśli zawodnik zdecyduje się na przenosiny gdzie indziej. Spór o 16-latka, który formalnie od kilku dni może sam decydować o własnym kontrakcie, zapowiada się na jedną z ciekawszych letnich historii transferowych tego lata.

„Klub został założony w 2012 roku przez Grzegorza Jakubowskiego”. To jedno zdanie wystarczy, by zrozumieć, czemu Mighty Bulls Gdynia od ponad dekady wymienia się jednym tchem z najlepszymi polskimi klubami MMA. Jakubowski nie był tu przypadkowym nazwiskiem — to on zawalczył w pierwszej stoczonej walce MMA w Polsce, a wcześniej zbierał sukcesy także w K1.

Karierę zawodniczą zamknął w 2008 roku, na jednej z gal KSW, po porażce na pełnym dystansie. Zostawił po sobie bilans 21 zwycięstw w zawodowym MMA, a w 2012 roku trafił do Galerii Sław polskiego MMA. Dziś, jako główny szkoleniowiec, prowadzi klub, który sam kiedyś postawił na nogi. Jego życiorys okazał się na tyle nietypowy, że posłużył za materiał na film dokumentalny „Jakubek. Człowiek, który urodził się za wcześnie”. Siedziba klubu znajduje się w Domu Towarowym Chylonia przy ul. Gniewskiej 21 w Gdyni. Stamtąd wyszło kilku zawodników, którzy na dobre zapisali się w historii polskiego MMA.

Zawodnicy, którzy budowali markę klubu

Sebastian Przybysz to czołowy zawodnik kategorii koguciej w Polsce, dwukrotny mistrz KSW w tej wadze. Jego nazwisko trudno wymienić bez Jakuba Wikłacza — obaj mierzyli się aż pięć razy, a przed piątym starciem bilans wynosił 2-1-1. Pierwszą walkę o pas, przeciwko Antunowi Raciciowi, rozegrano w czasach pandemii; po pięciu rundach sędziowie wskazali Przybysza. Czwarte starcie z Wikłaczem zakończyło się niefortunnie — kopnięciem w twarz leżącego już w parterze Przybysza. W grudniu 2022 roku obaj stoczyli za to kapitalny bój na pełnym dystansie. Piąta walka nie trwała nawet pełnej rundy — zakończyła się poddaniem na korzyść Wikłacza, zawodnika z Olsztyna.

Bartosz Leśko to obecny mistrz kategorii półciężkiej KSW. Zaczynał w średniej, ale przeprowadzka do 93 kilogramów odmieniła jego karierę. Na drodze do pasa zostawił w tyle m.in. Macieja Różańskiego i Damiana Piwowarczyka. Z Rafałem Haratykiem przegrał pierwszą walkę, w rewanżu jednak odwrócił losy rywalizacji — wygrał na pełnym dystansie i sięgnął po pas mistrzowski kategorii półciężkiej KSW.

Kacper Formela to były mistrz organizacji FEN w kategorii do 66 kilogramów — pas zdobył w 2022 roku. Po tym sukcesie przeniósł się do KSW, gdzie na gali KSW 100, jako pretendent, walczył o pas piórkowej z Robertem Ruchałą. Przegrał. Obecnie rywalizuje w kategorii lekkiej.

Klub może się też pochwalić Krystianem Kaszubowskim, byłym pretendentem do pasa KSW. Barwy Mighty Bulls Gdynia nosili również Mateusz Pawlik i Piotr Hallmann — ten drugi zawalczył nawet w UFC. To najlepszy dowód, że gdyński klub od lat eksportuje zawodników na najwyższy światowy poziom.

„George ma dodatkowe utrudnienie w postaci kary za jednostkę napędową. Oznacza to start z końca stawki w niedzielę, po awarii silnika w Malezji” – przekazał Toto Wolff w komunikacie Mercedesa. Konsekwencje są proste: George Russell wystartuje z końca stawki w niedzielnym GP Singapuru.

Mercedes potwierdził, że Russell otrzyma karę za wymianę jednostki napędowej – to efekt awarii silnika, która wykluczyła go z wyścigu w Malezji. Brytyjczyk wycofał się z rywalizacji na torze Sepang, gdy zajmował trzecie miejsce. Zatrzymał się pięć okrążeń przed metą, na pierwszym zakręcie, jadąc wówczas za samochodem bezpieczeństwa.

Skąd w ogóle kara? Wymiana silnika oznacza jej nałożenie, bo Russell wykorzystał już cztery dozwolone jednostki napędowe w sezonie 2026. Piąta z rzędu przekracza limit regulaminowy, stąd start z ostatniego pola na torze Marina Bay. Dla 28-letniego kierowcy to tym bardziej gorzka pigułka, że rok temu właśnie w Singapurze święcił zwycięstwo.

Wolff nie kryje frustracji. „To szczególnie frustrujące, biorąc pod uwagę sposób, w jaki jechał w ubiegłym tygodniu, oraz wynik, o który powinien walczyć. Niestety, takie sytuacje są częścią sportu. Teraz skupiamy się na zapewnieniu mu najlepszego samochodu i możliwości przebijania się przez stawkę” – powiedział szef zespołu.

Klasyfikacja generalna też nie daje powodów do optymizmu. Russell traci już 84 punkty do swojego zespołowego partnera Andrei Kimiego Antonellego, który prowadzi w klasyfikacji kierowców. Do końca sezonu zostało siedem rund – czasu na odrobienie strat jest więc coraz mniej. Na dodatek, z powodu wymiany silnika, Russell może nie otrzymać zaktualizowanej jednostki napędowej, którą Mercedes planował mu udostępnić później w sezonie w ramach systemu dodatkowych ulepszeń.

Mercedes szuka odpowiedzi po słabym weekendzie

W Malezji zwycięstwo odniósł pewnie Max Verstappen z Red Bull Racing, drugi był Antonelli. „Malezja była dla nas bardzo trudnym weekendem. Od tamtej pory ciężko pracowaliśmy, aby zrozumieć, dlaczego nasze osiągi nie były na odpowiednim poziomie” – przyznał Wolff.

Austriak zapowiada, że w Singapurze zespół będzie testował różne warianty samochodu. „W Singapurze będziemy kontynuować tę pracę. W trakcie weekendu sprawdzimy zarówno najnowszy pakiet zmian, jak i wcześniejszą specyfikację samochodu. Chcemy dokładnie zrozumieć, w którym kierunku powinniśmy się rozwijać” – dodał szef Mercedesa. Sprawy nie ułatwia fakt, że weekend na torze Marina Bay jest ostatnim weekendem sprinterskim w całym sezonie F1 2026 – inżynierom zostaje jeszcze mniej okazji, by znaleźć właściwy kierunek rozwoju bolidu.

„Team Falcons vs. Natus Vincere 2:1 – Inferno 13:6, Anubis 15:19, Mirage 13:8″ – taki zapis trafił do protokołu po jednym z najbardziej dramatycznych meczów fazy grupowej 24. sezonu ESL Pro League w Katowicach. Team Falcons pokonało Natus Vincere 2:1 i tym samym wywalczyło awans do fazy play-off.

O losach meczu zdecydowała druga mapa, Anubis, na której trzeba było sięgnąć aż po dwie dogrywki. Po pierwszej połowie Falcons prowadziło 8:4, ale po zmianie stron inicjatywę przejęło Natus Vincere – przy wyniku 12:11 miało nawet punkt mapowy. W dogrywce role odwróciły się jeszcze raz: NaVi prowadziło 15:12, Team Falcons jednak wyrównało i wygrało cztery kolejne rundy, przechylając szalę na swoją korzyść. W zwycięskim składzie zagrał Aleksi „Aleksib” Virolainen.

Tego samego wtorku, 6 października, rozstrzygnęło się sześć spotkań fazy grupowej. Jednym z przegranych okazało się G2 Esports. Europejska drużyna uległa PARIVISION 1:2 i przed fazą play-off pakuje walizki. Mecz rozstrzygnął się na trzech mapach: Ancient zakończyło się wynikiem 7:13 dla PARIVISION, Anubis 13:9 dla G2, a decydujące Inferno 11:13 ponownie dla PARIVISION.

Kto jeszcze odpadł, a kto gra dalej

Obok G2 Esports z turniejem pożegnało się także BETBOOM, pokonane przez 9z 0:2 – na Dust2 9z wygrało 13:8, a na Mirage 13:9. Z fazy grupowej wypadło również Legacy, które przegrało z M80 1:2 po meczu rozstrzygniętym na mapach Cache (4:13), Mirage (13:9) i Dust2 (7:13). Do tego grona dołączyły Team Spirit, pokonane przez 1win 0:2, oraz FURIA, które przegrało z Aurorą 1:2.

Obok Team Falcons do fazy play-off awansowały również Aurora i 1win. Ćwierćfinały, a potem półfinał, wielki finał i mecz o trzecie miejsce odbędą się w katowickim Spodku – hali, która od lat jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych aren światowego CS-a.

24. sezon ESL Pro League trwa w Katowicach od 3 do 11 października, a w turnieju bierze udział szesnaście zespołów. Do fazy play-off przechodzi dokładnie połowa z nich. Do podziału jest milion dolarów, sam zwycięzca turnieju zarobi 125 tysięcy dolarów plus dodatkowe 170 tysięcy dolarów w ramach club share. Jest jeszcze jeden szczegół, o którym trudno nie wspomnieć: w tej edycji turnieju zabrakło jakiegokolwiek polskiego akcentu – żadna drużyna z Polski nie znalazła się w gronie uczestników.

„Gracias” – głosił napis na olbrzymiej koszulce z numerem „10”, która jeszcze przed pierwszym gwizdkiem leżała na środku murawy Estadio Monumental w Buenos Aires. Trudno sobie wyobrazić lepsze podsumowanie tego wieczoru.

31 sierpnia Lionel Messi ogłosił, że kończy karierę w reprezentacji Argentyny. Na pożegnanie wybrał towarzyski mecz z Beninem, rozegrany na Estadio Monumental – stadionie, który dla argentyńskiej piłki znaczy tyle, co Camp Nou dla Barcelony.

Tę reprezentacyjną historię liczy się w latach, nie w miesiącach. Messi zadebiutował w kadrze 17 sierpnia 2005 roku. Od tamtej pory rozegrał dla Argentyny 208 meczów, strzelił 126 goli i zaliczył 69 asyst. Do gabloty trafiły dwa tytuły Copa America oraz mistrzostwo świata zdobyte w Katarze cztery lata wcześniej. Nie wszystko jednak układało się po jego myśli. Kilka miesięcy przed pożegnalnym meczem Argentyna przegrała w finale kolejnego mundialu z Hiszpanią.

Zanim piłka ruszyła się po raz pierwszy, na boisku odbyła się ceremonia godna prawdziwego benefisu. Po odegraniu hymnów kapitan Beninu wręczył Messiemu koszulkę, pamiątkową statuetkę i tajemniczą kopertę, której zawartości nikt na trybunach nie znał. W 11. minucie sędzia musiał przerwać grę – trybuny eksplodowały brawami, a nad stadionem rozbłysły fajerwerki.

Gol na pożegnanie

Sportowo pierwsza połowa nie przyniosła rozstrzygnięcia, zakończyła się bezbramkowym remisem. Po przerwie Argentyna przyspieszyła i ostatecznie rozgromiła Benin 3:0. W 48. minucie Nicolas Otamendi dograł z rzutu rożnego, a Messi zaliczył przy tej okazji asystę. Trzynaście minut później z dystansu trafił Nico Paz, znów po podaniu Messiego. Co ciekawe, Paz wszedł na boisko dosłownie chwilę wcześniej.

Dalszy scenariusz napisał się właściwie sam. W 71. minucie Messi sam uderzył rzut karny i trafił do siatki – ostatni gol w ostatnim meczu w kadrze.

Mecz w Buenos Aires sędziował Fernando Vejar z Chile. Żółte kartki obejrzeli Otamendi po stronie Argentyny oraz Tijani w barwach Beninu, choć tego wieczoru takie szczegóły mało kogo już interesowały.

Dla Messiego piłkarskie życie się nie kończy. Kapitan Albicelestes ma kontrakt z Interem Miami do końca 2028 roku, więc na klubowych boiskach jeszcze długo nie zobaczymy go w roli widza.

„Nie wiem, co się stało, będą musieli to wyjaśnić. W tym sezonie wycofywałem się w połowie dystansu wyścigów i nigdy ich nie wstrzymywano” – powiedział Fernando Alonso po kontrowersyjnym starcie Grand Prix Bahrajnu rozgrywanego w Malezji. Dwukrotny mistrz świata nie przebierał w słowach, oceniając decyzje FIA podjęte jeszcze przed samym wyścigiem.

Zaczęło się na okrążeniu formującym. Niedzielny deszcz w Malezji opóźnił start wyścigu, a w tym czasie część bolidów zatrzymała się na torze, innym kierowcom uciekała zaś moc silnika. Stawka wymieszała się do tego stopnia, że FIA zdecydowała się wstrzymać procedurę startową.

Wśród kierowców, którzy mieli wtedy problemy, znalazł się Lewis Hamilton – utknął w żwirze. Gdy procedurę wstrzymano, dyrekcja wyścigu zarządziła powrót do oryginalnej kolejności startowej. Efekt? Kierowcy odpowiedzialni za zamieszanie na okrążeniu formującym, Hamilton wśród nich, nie poniesli żadnych konsekwencji.

Alonso, cytowany przez PlanetF1, nie kryje rozczarowania tym rozstrzygnięciem. Hiszpan ubolewał, że kierowcy, którzy sami wstrzymali procedurę startową, ostatecznie wystartowali z pierwotnych pozycji, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

„Hamilton z kolei utknął w żwirze i pojawiła się nerwowa atmosfera. Musieli zatrzymać wyścig, żeby mógł powrócić i to było trochę dziwne. Pewnie wyjaśnią nam to w Singapurze. Jest tutaj zbyt dużo technologii i tego w pełni się nie docenia”

Kierowca Astona Martina nie zatrzymał się na tym. W swojej krytyce poszedł dalej, przywołując własne statystyki z tego sezonu. „Generalnie w tym roku nie ukończyłem 50% wyścigów. Nigdy nie przerwano z tego powodu wyścigu. Do końca sezonu pozostaje 8 wyścigów, więc jeśli będziemy trzymać się tego wskaźnika, to zatrzymamy się na torze w czterech z nich. Na pewno pojawią się wtedy czerwone flagi” – ironizował Alonso. Co istotne, te słowa padły jeszcze przed oficjalnym oświadczeniem FIA w tej sprawie.

Co mówi regulamin?

Spór nie jest tylko kwestią emocji – ma oparcie w przepisach. Regulamin Sportowy F1 wskazuje jasno, że przy wstrzymanej procedurze startowej kierowcy powinni opuszczać aleję serwisową w takiej kolejności, w jakiej do niej wjechali za samochodem bezpieczeństwa. Właśnie ten punkt stał się głównym argumentem krytyków decyzji dyrekcji wyścigu.

Głos w sprawie zabrała też Bernie Collins, była szefowa strategii Astona Martina. Na antenie Sky Sports przyznała, że ma wątpliwości co do przywrócenia oryginalnej kolejności startowej. „W pewnym sensie podpisuję się pod decyzją o tym, że kolejność startowa wróciła do tej pierwotnej, bo było w tym wiele chaosu. Jest jednak jasny przepis dot. wstrzymanej procedury startowej, który czarno na białym pokazuje, że samochody będą startować w takiej kolejności, w jakiej do niej wjechały” – powiedziała Collins.

Collins zwróciła też uwagę, że realny chaos na torze był większy, niż sugeruje sam przepis, a kierowcy, którzy lepiej poradzili sobie na okrążeniu formującym, mogą czuć się poszkodowani powrotem do pierwotnego ustawienia.

Instalacja aplikacji
Pobierz