„To już oficjalne: Arsenal FC przedłużył umowę z Mikelem Artetą” — tym komunikatem londyński klub otworzył wiadomość, na którą kibice czekali od miesięcy.
Nowy kontrakt hiszpańskiego szkoleniowca obowiązuje do czerwca 2030 roku. Sygnał jest jasny: władze klubu swoją długoterminową przyszłość wiążą właśnie z 44-letnim trenerem.
Arteta prowadzi Arsenal od 2019 roku i jest pierwszym menedżerem klubu w tym okresie. W tym czasie zbudował bilans, jakiego nie ma nikt inny w historii klubu — spośród wszystkich pełnoetatowych trenerów Arsenalu notuje najlepszą skuteczność wygranych meczów, 62,05 procent.
Emocji w oficjalnym komunikacie klub nie krył. „To była jak dotąd niesamowita podróż i jesteśmy podekscytowani tym, co przyniesie nam ta wyjątkowa relacja. Miniony sezon był niesamowitym momentem w historii Arsenalu, momentem, w którym stworzyliśmy wspomnienia, które pozostaną z nami na całe życie. Jesteśmy zdeterminowani, aby stworzyć ich jeszcze więcej w nadchodzących latach” — napisano w oświadczeniu.
Od zawodnika do trenera w trzy lata
Historia Artety z Arsenalem zaczęła się dużo wcześniej, niż usiadł na ławce trenerskiej. Ostatnie pięć lat kariery piłkarskiej spędził właśnie w klubie z północnego Londynu. Jako zawodnik rozegrał 150 meczów, strzelił 16 goli i zaliczył osiem asyst.
Wrócił szybko. Zaledwie trzy lata po tym, jak przestał grać dla Arsenalu, wrócił do klubu w nowej roli — trenera. Ta droga, od szatni do sztabu szkoleniowego, stała się częścią jego legendy na Emirates.
Dziś Arteta jest drugim najdłużej prowadzącym Arsenal trenerem całego XXI wieku. Wyżej w tej klasyfikacji jest tylko jedna osoba — Arsene Wenger, klubowa legenda, której rekordu do tej pory nikt nie pobił. Żeby dogonić Francuza, Arteta musiałby przepracować na stanowisku jeszcze ponad pięć tysięcy dni i rozegrać niemal tysiąc kolejnych meczów.
Nowy kontrakt sięgający 2030 roku daje mu właśnie na to czas — by krok po kroku zbliżać się do tego rekordu.
„To projekt na 20 lat. Właśnie w taki sposób do niego podchodzimy” — tak jeden z właścicieli klubu NBA opisał w rozmowie z ESPN skalę ambicji ligi wobec Europy. Słowa te nabierają teraz szczególnej wagi, bo kluby Euroligi właśnie odrzuciły formalną propozycję NBA dotyczącą połączenia rozgrywek i stworzenia wspólnego projektu NBA Europe.
Decyzję podjęto podczas spotkania przedstawicieli klubów nad jeziorem Como we Włoszech. To nie był pomysł rzucony na kolanie — NBA przedstawiła propozycję po ponad dwóch latach prac nad nowymi rozgrywkami. Mimo porażki na tym etapie liga i tak nie zamierza rezygnować z planów wejścia na europejski rynek.
Skala projektu NBA Europe robi wrażenie. Rozgrywki mają liczyć 16 zespołów, a start zaplanowano nawet na sezon 2027/28. Nowo powstałe kluby mogłyby rywalizować z Euroligą bezpośrednio — o kibiców, prawa medialne, sponsorów. I to właśnie tłumaczy, czemu temat wywołał tak ostrą reakcję po stronie europejskich klubów.
Co proponowała NBA?
Model rozważany przez amerykańską ligę zakładał, że zespoły w weekendy grałyby dalej w ligach krajowych, a w środku tygodnia występowałyby w NBA Europe. Kluby miałyby w tym układzie dysponować szerszymi składami, które pozwoliłyby łączyć kilka rozgrywek naraz. Teoretycznie takie rozwiązanie miało ograniczyć konflikt kalendarzowy — od lat jedną z największych bolączek europejskiej koszykówki.
Euroliga ma obecnie 13 stałych uczestników. I właśnie wśród nich temat podziałów okazał się realny, nie teoretyczny. Według wysoko postawionych przedstawicieli europejskiej koszykówki część z tych 13 klubów była zainteresowana dołączeniem do projektu NBA. Innymi słowy: odrzucenie propozycji nie było jednogłośnym, łatwym gestem, lecz wynikiem negocjacji wewnątrz grupy, która sama nie mówi jednym głosem.
Na razie kluby Euroligi trzymają się razem, choć rozmowy mają być kontynuowane. Jednocześnie Euroliga sama rozważa plan rozszerzenia własnej rywalizacji — co sugeruje, że europejska strona nie czeka bezczynnie na kolejny ruch NBA, lecz szykuje odpowiedź na te same potrzeby rynkowe.
Słowa o „projekcie na 20 lat” mówią same za siebie: dla NBA to nie jednorazowa oferta do przyjęcia albo odrzucenia, a długofalowa strategia. Odrzucenie propozycji nad jeziorem Como może być więc tylko pierwszym rozdziałem sporu, który rozstrzygnie się raczej w perspektywie lat niż tygodni.
„Niech podoba się to tym, którym ma się podobać, a tym, którym nie, niech się nie podoba” – tak Vincenzo Montella odpowiedział krytykom po jednym z ostatnich meczów reprezentacji Turcji. Słowa te obiegły media i jeszcze bardziej podgrzały atmosferę wokół włoskiego selekcjonera. Teraz, jak podają media, jego przygoda z turecką kadrą ma się dobiegać końca.
Turecka federacja piłkarska zdecydowała o zakończeniu współpracy z Montellą. Iskrą, która przelała czarę, była porażka z Włochami 1:3. Po niej bilans Turcji w Lidze Narodów UEFA wygląda wręcz żałośnie: cztery mecze, cztery przegrane.
To kolejny rozdział sezonu, który dla tureckiej piłki okazał się katastrofą. Reprezentacja odpadła już w fazie grupowej mistrzostw świata. Jedyne zwycięstwo w całym turnieju przyszło w meczu ze Stanami Zjednoczonymi – spotkaniu, które nie miało już żadnego znaczenia dla dalszych losów zespołu.
Kontrakt do 2028 roku i spore odszkodowanie
Paradoksalnie, jeszcze w ubiegłym roku Montella przedłużył umowę z turecką federacją. Kontrakt miał obowiązywać aż do końca mistrzostw Europy w 2028 roku. Roczne wynagrodzenie szkoleniowca wynosiło 2,2 mln euro, czyli ok. 183 tys. euro miesięcznie. Teraz federacja musi liczyć koszty rozstania – planuje wypłacić Montelli równowartość pensji za kolejnych pięć miesięcy, czyli niespełna 1 mln euro odszkodowania.
Same statystyki z okresu pracy Włocha na ławce Turcji nie wyglądają tak źle. W 40 rozegranych meczach jego zespół zanotował 21 zwycięstw, 14 porażek i pięć remisów. Problem leży gdzie indziej – w ostatniej formie. W siedmiu kolejnych spotkaniach Turcja wygrała tylko raz, a sześć razy schodziła z boiska pokonana. W czterech ostatnich meczach stracono łącznie 11 bramek – liczba, która sama mówi o skali defensywnego kryzysu.
Presja na trenera narastała już od pewnego czasu. Jak przypomina portal milliyet.com, trybuny podczas meczów kierowały pod adresem Montelli okrzyki nawołujące go do rezygnacji. Włoski szkoleniowiec długo odpowiadał na krytykę wymijająco, a jego słowa o tym, że „niech się nie podoba” tym, którym się nie podoba, tylko dolały oliwy do ognia. Teraz, jak wynika z medialnych doniesień, federacja postawiła na zmianę kursu.
„Poprosiłem o Marcina Tyburę jako mojego następnego przeciwnika. Jeśli będzie gotowy na grudzień, to chciałbym z nim zawalczyć” — tak Johnny Walker wskazał, kogo chciałby mieć po drugiej stronie klatki w swojej następnej walce.
Brazylijczyk trafił do UFC w 2018 roku dzięki Contender Series i szybko zrobił sobie nazwisko w wadze półciężkiej. Starcia, o którym fani marzyli najbardziej — pojedynku z Janem Błachowiczem — mimo wszystkich starań nigdy jednak nie udało się domknąć.
W kwietniu Walker przegrał z Dominickiem Reyesem po pełnym dystansie, na kartach sędziowskich decyzją podzieloną. Ta porażka, w wieku 34 lat, stała się dla niego punktem zwrotnym. Brazylijczyk postawił wszystko na jedną kartę i przeniósł się do wagi ciężkiej.
Nokaut kolanami w cztery minuty
Debiut w nowej kategorii odbył się na gali UFC 332 i trudno było wymyślić lepszy scenariusz. Walker rozłożył Brytyjczyka Micka Parkina po niecałych czterech minutach walki — seria kolan wystarczyła, żeby wysłać rywala na deski.
Taki powrót do formy od razu otworzył mu drogę do kolejnego, głośnego nazwiska. Marcin Tybura, mający 40 lat, przechodzi obecnie przez najtrudniejszy moment kariery — ma na koncie trzy przegrane walki z rzędu. W tym roku Polak wystąpił w UFC dwukrotnie. Najpierw przegrał jednogłośnie z Tyrellem Fortune po pełnym dystansie, a potem, również po pełnym dystansie, z Aleksandarem Rakiciem.
Dla Walkera starcie z Tyburą byłoby więc i sprawdzianem formy w nowej wadze, i okazją do zmierzenia się z doświadczonym, choć przeżywającym kryzys rywalem. Sam Brazylijczyk nie kryje, że chciałby wrócić do klatki jeszcze w grudniu — a to oznacza, że odpowiedź ze strony Tybury i UFC może przyjść szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.
„Compensation for loss of office” – 66,988 mln funtów. Sucha, księgowa fraza wpisana w rubrykę brytyjskiego rejestru spółek, a kryje się za nią jedna z najwyższych rekompensat w historii Formuły 1. Chodzi o Christiana Hornera, który po ponad 20 latach pracy w Red Bull Racing został odsunięty od obowiązków szefa zespołu 9 lipca 2025 roku.
Szczegóły wyszły na jaw dzięki wpisowi w Companies House, brytyjskim odpowiedniku polskiego KRS, gdzie formalnie zarejestrowano odejście Hornera. Red Bull Racing złożył tam sprawozdania finansowe za 2025 rok 5 października 2026 roku, i właśnie w tych dokumentach pojawiła się konkretna kwota.
Sama rekompensata za utratę stanowiska wynosi 66,988 mln funtów. Do tego dodano 9,029 mln funtów wynagrodzenia oraz 10 tys. funtów wpłat na program emerytalny. Razem daje to 76,027 mln funtów, które Horner otrzymał od Red Bulla.
Ile to w dolarach?
Po przeliczeniu kursem około 1,3265 dolara za funta, łączna suma 76,027 mln funtów daje w przybliżeniu 100,8 mln dolarów. Sama „rekompensata za utratę stanowiska” to z kolei około 88,9 mln dolarów. Więcej, niż szacowały wcześniejsze doniesienia – we wrześniu 2025 roku „Financial Times” pisał o porozumieniu wartym około 80 mln funtów, zawartym po negocjacjach dotyczących wcześniejszego zakończenia kontraktu Hornera. Aż tak wysoka kwota nie powinna zresztą zaskakiwać, bo pojawiały się doniesienia, że umowa Hornera pierwotnie miała obowiązywać aż do 2030 roku.
Horner trafił do Red Bulla jeszcze przed debiutem zespołu w Formule 1 w 2005 roku i budował tę ekipę praktycznie od zera. Efekty dwudziestu lat tej pracy mówią sam za siebie: osiem tytułów mistrza świata kierowców, sześć mistrzostw konstruktorów. Reuters przypomina też o 124 zwycięstwach w Grand Prix odniesionych pod jego kierownictwem.
Jego odejście nie było jednak odosobnionym wydarzeniem. Wcześniej z zespołu odszedł inżynier Adrian Newey, a po nim kolejni kluczowi pracownicy. W lipcu 2025 roku Red Bull ogłosił, że Horner natychmiast przestaje pełnić funkcję dyrektora generalnego i szefa zespołu. Jego miejsce zajął Laurent Mekies. Formalne zakończenie funkcji dyrektora Hornera w strukturach Red Bulla Companies House odnotował 13 sierpnia 2025 roku.
Co dalej z Hornerem? Porozumienie, jakie zawarł z Red Bullem, miało otworzyć mu drogę do szybkiego powrotu do Formuły 1 – dzięki stosunkowo krótkiemu okresowi zakazu konkurencji. Ten tak zwany urlop ogrodniczy trwał tylko kilkanaście miesięcy i już dobiegł końca. Sam Horner, którego majątek szacuje się obecnie nawet na 265 mln dolarów, zapowiedział, że może objąć stery w jednej z ekip F1 – pod warunkiem, że zostanie jej udziałowcem i będzie mieć wpływ na kluczowe decyzje.
„Czuję, że nadszedł ten moment. Czas zrobić krok naprzód i rozpocząć nowy etap w moim życiu. Odchodzę z dumą, że mogłem spełnić swoje marzenie, i wdzięczny wszystkim, którzy byli przy mnie, by pomóc mi je zrealizować. Dziękuję, piłko, że sprawiłaś mi tyle radości” – napisał Pedro Rodriguez. Tak 39-letni Hiszpan ogłosił koniec profesjonalnej kariery piłkarskiej.
Pedro zadebiutował w pierwszym zespole FC Barcelony 12 stycznia 2008 roku, w wygranym 4:0 meczu z Realem Murcią. Tak zaczęła się jego wieloletnia przygoda z klubem, w którym stał się jedną z twarzy najbardziej utytułowanej generacji w historii katalońskiego giganta. W barwach Barcelony rozegrał 321 meczów w pierwszym zespole, strzelił 99 goli i zanotował 61 asyst.
Gablota pełna trofeów
Bilans jego osiągnięć z Barceloną mówi sam za siebie. Pięć tytułów mistrza La Ligi. Trzy Ligi Mistrzów. Do tego Puchar Króla i Superpuchar UEFA. A na dokładkę cztery Superpuchary Hiszpanii i dwa Klubowe Mistrzostwa Świata. Z reprezentacją Hiszpanii triumfował na mundialu w 2010 roku, a dwa lata później sięgnął po mistrzostwo Europy.
Po siedmiu latach w pierwszej drużynie Barcelony Pedro przeniósł się do Chelsea FC, gdzie spędził pięć sezonów i zdobył w Londynie Puchar Anglii. Później był jeszcze jeden sezon w AS Romie, a karierę zamknął w SS Lazio – tam grał przez pięć lat.
Licząc wszystkie kluby i poziomy rozgrywek, w tym rezerwy Barcelony, przez niemal dwie dekady na boiskach Pedro rozegrał 794 mecze, strzelił 197 goli i zanotował 113 asyst. Od juniorskich lat w Katalonii po ostatni gwizdek we Włoszech zdążył zdobyć właściwie wszystko, co można zdobyć w europejskim futbolu – klubowym i reprezentacyjnym.
„Po raz pierwszy miałam okazję być częścią tego wyjątkowego wydarzenia i było to dla mnie naprawdę niesamowite przeżycie ❤️” – napisała Karolina Kowalkiewicz na Instagramie. Gwiazda UFC razem z Mateuszem Gamrotem wzięła udział w Paradzie Pułaskiego w Nowym Jorku. Oboje dumnie pozowali z polską flagą w ręku.
Na nowojorskiej Piątej Aleji wydarzenie odbyło się w tym roku po raz 89. Na ulicę wyszły dziesiątki tysięcy Polaków i osób, które czują się dumne ze swoich polskich korzeni. To największe święto Polonii w Stanach Zjednoczonych i jedna z najstarszych parad w Nowym Jorku. Upamiętnia Kazimierza Pułaskiego – polskiego bohatera, który walczył o niepodległość Polski i USA.
Dla 40-letniej Kowalkiewicz był to debiut. Zawodniczka na co dzień mieszka w Stanach Zjednoczonych, gdzie przez lata trenowała i budowała karierę w UFC. W klatce ostatnie miesiące nie były dla niej łaskawe. W październiku 2025 roku przegrała z Julią Polastri przez TKO w trzeciej rundzie – Brazylijka zakończyła starcie ciosami już w 2:56 tej rundy. To była jej trzecia porażka z rzędu w organizacji. Wcześniej, w listopadzie 2024 roku, przegrała jednogłośną decyzją z Denise Gomes, a w maju 2024 roku – również jednogłośnie – z Iasmin Lucindo.
Gamrot: od wygranej z Ribovicsem do bolesnej porażki z Salkilldem
Mateusz Gamrot regularnie jeździ do Stanów Zjednoczonych na przygotowania do walk w UFC, ale dom rodzinny zbudował w Polsce. W październiku 2025 roku zmierzył się na gali w Rio de Janeiro z Charlesem Oliveirą. Pół roku później, w kwietniu 2026 roku, na gali UFC 327 pokonał Estebana Ribovicsa – walkę skończył w drugiej rundzie duszeniem trójkątnym rękami. Dobra passa urwała się 8 sierpnia 2026 roku w Las Vegas, gdzie Gamrot przegrał z Quillanem Salkilldem. Salkilld poddał Polaka duszeniem zza pleców już w pierwszej rundzie walki wieczoru.
Sportowe wzgórza i doły poszły w tym tygodniu na bok. Obie gwiazdy UFC znalazły czas, by wspólnie uczcić polskie korzenie na Piątej Aleji.
„Uważam, że sytuacja była jasna. Doszło do kontaktu, należała się druga żółta kartka i nie ma czego kwestionować” – tak Marc Cucurella tłumaczył się po meczu, który wywołał burzę wokół jego osoby. Hiszpania wygrała z Chorwacją 2:1 w Lidze Narodów UEFA, choć po finałowym gwizdku rozmowy toczyły się o czymś zupełnie innym niż wynik.
Kluczowy moment spotkania rozegrał się w końcówce, jeszcze przy stanie 1:1. Ivan Perisić zafaulował Cucurellę i za ten kontakt zobaczył drugą żółtą kartkę – a to oznaczało czerwoną i przedwczesny koniec jego meczu. Od tej chwili chorwackie trybuny znalazły sobie jasny cel: gwizdały na hiszpańskiego obrońcę przy każdym kontakcie z piłką. Trudno było nie skojarzyć tej sceny z Euro 2024 w Niemczech. Tam zagranie ręką Cucurelli w polu karnym, w dogrywce ćwierćfinału po strzale Jamala Musiali, wywołało podobną burzę.
Sam obrońca Realu Madryt nie widział w swoim zachowaniu niczego nagannego. „Oni muszą bronić swojego zespołu, a my mieliśmy bardzo trudne zadanie. Najważniejsza jest jednak reakcja drużyny, choć być może zaczęliśmy zbyt ospale” – dodał po meczu. Problem w tym, że krytyków nie interesował sam faul, tylko to, co stało się chwilę później. Cucurella najpierw domagał się od sędziego żółtej kartki dla Perisicia, a kiedy czerwona kartka wypadła z ręki arbitra Erika Lambrechtsa, sam ją podniósł z trawy i oddał sędziemu.
Bilić: świetny zawodnik, ale prowokator
Selekcjoner Chorwacji Slaven Bilić nie szczędził słów, choć starał się zachować pewną dozę szacunku dla rywala. „Kto nie jest zły na Cucurellę, jeśli nie gra w jego drużynie? To świetny zawodnik i podziwiam go za grę oraz historię jego syna. Broni swojego zespołu z całych sił, ale oczywiście jest prowokatorem” – powiedział trener. W tym samym wywiadzie Bilić przypomniał, że syn Cucurelli ma spektrum autyzmu. Dodał też, że Hiszpan zbyt łatwo pada na murawę, próbując wpłynąć na decyzje sędziego.
Podobnie mówił kapitan Chorwacji Luka Modrić, nie kryjąc irytacji po spotkaniu. „Co właściwie mam powiedzieć? Cucurella ustawił się w odpowiedniej pozycji. Gdyby Perisić nie został wyrzucony z boiska, z pewnością nie przegralibyśmy. Lepiej nie powiem, co powiedziałem Cucurelli” – stwierdził pomocnik Realu Madryt.
Głos zabrali też komentatorzy spoza Chorwacji i Hiszpanii. Niemiecki ekspert DAZN Jan Platte oceniał zachowanie Cucurelli bez cienia wyrozumiałości. „Inni piłkarze zareagowaliby na miejscu Cucurelli inaczej. Nie chodzi mi o sam upadek, lecz o późniejszy gest i natychmiastowe domaganie się kartki. To zasadniczo całkowicie nieakceptowalne zachowanie. W jego przypadku nie jest jednak czymś niezwykłym” – powiedział na antenie. Platte skomentował również reakcję chorwackich trybun, dopatrując się w niej echa tego, co działo się wcześniej w Niemczech. „Za każdym razem, gdy Cucurella dostaje piłkę, słychać gwizdy, jakby grał w Niemczech” – zauważył.
„To prawdopodobnie najsmutniejszy dzień w mojej karierze. Będę za wami tęsknił” — powiedział Lionel Messi, gdy sędziowie na chwilę zatrzymali jego pożegnalny mecz w reprezentacji Argentyny. Stało się to równo w 10. minucie.
Ta przerwa nie była żadnym przypadkiem czy problemem organizacyjnym. Wszystko było ustalone wcześniej — w ten sposób miano pożegnać zawodnika, który przez lata nosił słynną „10” na plecach. Gra na stadionie Monumental w Buenos Aires zamarła dokładnie w tej minucie, a trybuny oszalały.
Na trybunach zasiadło tyle osób, ile stadion jest w stanie wytrzymać — 85018. Przez minutę kibice bili brawo i skandowali „Ole, Ole, Ole”, a piłka leżała bezużytecznie na środku boiska. Na murawie poszły w górę fajerwerki.
Nawet piłkarze Beninu, teoretyczni rywale tego wieczoru, nie zachowali się jak ludzie czekający na powrót do gry. Podchodzili do Messiego jeden po drugim, przybijali piątki, ktoś pewnie coś szeptał mu do ucha.
Co ciekawe, hołd nie ograniczył się do samego stadionu. Argentyński związek piłkarski poprosił kluby w całym kraju, by w tej samej, symbolicznej 10. minucie zatrzymały wszystkie mecze ligowe toczące się tego dnia — gest na skalę całego futbolu w Argentynie, nie tylko jednego stadionu.
Koledzy z mistrzostwa świata znowu razem
Po końcowym gwizdku, już podczas oficjalnej ceremonii, Messiego otoczyli ludzie, z którymi w 2022 roku w Katarze wywalczył tytuł mistrza świata. To samo grono pomogło Argentynie dojść do finału i zająć drugie miejsce w turnieju rozegranym w lipcu 2026 roku.
A sam mecz? Argentyna wygrała 3:0. Messi zdobył jedną z tych trzech bramek — swoją ostatnią w koszulce reprezentacji.
„Rozpoczęliśmy postępowanie w celu odzyskania samochodu, który został pożyczony osobie trzeciej i nie został nam zwrócony. Ponieważ postępowanie jest w toku, nie będziemy komentować sprawy, ale w pełni ufamy systemowi prawnemu, który ją rozstrzygnie” – przekazał rzecznik prasowy zespołu Williams w oświadczeniu dla portalu planetf1.com. Krótkie, wyważone oświadczenie, a za nim spór, który trafił już do Sądu Najwyższego w Londynie. Chodzi o jeden z najbardziej rozpoznawalnych bolidów w historii stajni – Williams FW23.
FW23 ścigał się w sezonie 2001. Za kierownicą siadali w nim Ralf Schumacher i Juan Pablo Montoya. Dla Williamsa był to dobry rok – samochód przywiózł zespołowi trzecie miejsce w klasyfikacji konstruktorów i cztery zwycięstwa wyścigowe. I właśnie ten status sprawia, że dla brytyjskiej ekipy odzyskanie podwozia to coś więcej niż formalność.
W 2015 roku samochód trafił do Autotech Performance Ltd, firmy prowadzącej garaż w Telford, gdzie miał stać jako eksponat. Sześć lat później, w 2021 roku, Williams zwrócił się o jego zwrot. Odpowiedzi – jak wynika z dokumentów sądowych – nie dostał żadnej. W tym samym czasie Autotech Performance Ltd zostało zlikwidowane i formalnie rozwiązane.
Zespół z Grove twierdzi, że w toku likwidacji bolid zniknął z garażu, a Peter Thorpe miał bezpodstawnie przekazać likwidatorom informację, że jest właścicielem podwozia. Obrona Thorpe’a kategorycznie temu zaprzecza. Jak podnoszą jego pełnomocnicy, nie powiedział nikomu, że posiada samochód, „ponieważ wiedział, że nie jest to prawdą”.
Adwokat Williamsa, Richard Clegg, w dokumentach procesowych podkreślił, jak wyjątkowe miejsce zajmuje ten egzemplarz w strukturze zespołu. „Samochód jest częścią wyjątkowej kolekcji własnych historycznych bolidów powoda, nad których użytkowaniem i sprzedażą powód sprawuje ścisłą kontrolę, między innymi po to, aby w miarę możliwości zapewnić ich zachowanie” – napisał Clegg.
Udar, zapomniana rozmowa i zniknięcie podwozia
Sprawę komplikuje stan zdrowia Petera Thorpe’a. Mężczyzna doznał udaru w 2018 roku, a jego pełnomocnicy twierdzą, że od tego czasu ma problemy z pamięcią i nie wie, gdzie obecnie znajduje się samochód. Według obrony Thorpe nie pamięta nawet rozmowy z likwidatorami garażu, o której mówi strona Williamsa. Podwozie miał widzieć ostatni raz latem 2021 roku, jeszcze przed rozwiązaniem spółki.
Prawnik Thorpe’a, Duncan MacPherson, idzie w argumentacji o krok dalej. „Nie wie, kto faktycznie był wówczas ani obecnie właścicielem samochodu” – napisał w odniesieniu do swojego klienta. To jeden z kluczowych punktów spornych w całej sprawie, bo stawia pod znakiem zapytania samą podstawę roszczenia Williamsa.
Oś czasu, którą rekonstruują obie strony, jest szczegółowa. Thorpe zamknął działalność Autotech 30 czerwca 2021 roku, ale obecność samochodu na terenie firmy potwierdził jeszcze 8 sierpnia tego roku. Obrona nie przyznaje jednak, że bolid pozostał tam do grudnia 2021 roku – argumentuje, że ta informacja wykracza poza wiedzę jej klienta. Pełnomocnicy Thorpe’a dodają, że po 30 czerwca 2021 roku mężczyzna nie wracał już do siedziby firmy, z wyjątkiem wizyty 8 sierpnia związanej z wyceną aktywów Autotech, którą przeprowadzała firma C & K Recoveries Ltd.
Williams ze swojej strony podważa wiarygodność tej wersji, wskazując, że nie otrzymał odpowiedzi na prośbę o oględziny samochodu przed jego planowanym zwrotem w październiku 2021 roku. Spór dotyczy też wartości pojazdu. Obrona Thorpe’a kwestionuje wycenę podwozia na 750 tysięcy funtów, podnosząc, że chodzi o egzemplarz pokazowy, pozbawiony silnika. Do tego dochodzi twierdzenie, że Williams w ogóle nie ma podstaw prawnych do wysuwania roszczeń wobec Thorpe’a.
Stawka procesu jest wysoka. Zespół Williams domaga się zwrotu historycznego FW23 albo zapłaty przekraczającej milion funtów. Sprawa trafiła już do Sądu Najwyższego w Londynie. A biorąc pod uwagę rozbieżności w relacjach obu stron – od pytania, kto i kiedy widział samochód po raz ostatni, po to, kto w ogóle jest jego właścicielem – na szybkie rozstrzygnięcie nie ma raczej co liczyć.