Inter Mediolan broni tytułu mistrza Włoch, ale czy w tym sezonie mierzy jeszcze wyżej? Piotr Zieliński nie owijał w bawełnę. Po powrocie ze zgrupowania reprezentacji Polski wznowił treningi z zespołem, a przy okazji gali Premio Gentleman w Mediolanie znalazł chwilę, by porozmawiać z dziennikarzami.
Polski pomocnik nie krył satysfakcji z charakteru, jaki jego zespół pokazuje w trudnych momentach. „Jesteśmy świetnym zespołem i udowodniliśmy to. Nawet gdy przegrywamy dwiema bramkami, zawsze potrafimy wrócić do gry i osiągnąć korzystny wynik. To nasza siła, choć może lepiej byłoby strzelić pierwsi i wygrać 4:2” – powiedział Zieliński.
Jesteśmy świetnym zespołem i udowodniliśmy to. Nawet gdy przegrywamy dwiema bramkami, zawsze potrafimy wrócić do gry i osiągnąć korzystny wynik.
Te słowa nie są czczym gadaniem – ostatnie wyniki mówią same za siebie. Inter odrobił dwubramkową stratę w meczach z Napoli i Udinese, a z Romą zremisował 2:2. Po tych spotkaniach zespół Cristiana Chivu znajdował się w czołówce tabeli Serie A, razem z Romą i Lazio.
Lista kandydatów do scudetto
Zapytany o najpoważniejszych rywali w walce o mistrzostwo Włoch, Zieliński nie wskazał jednego faworyta. „Zobaczymy, jak potoczy się sezon. Przede wszystkim musimy skupić się na sobie. To zwykła lista kandydatów: Roma, Juventus, Napoli, Milan, ale także Como” – ocenił pomocnik Interu.
W poprzednim sezonie Inter sięgnął po mistrzostwo Serie A oraz Puchar Włoch. W Lidze Mistrzów było już gorzej – z europejskimi pucharami pożegnał się w fazie barażowej, przegrywając z Bodo/Glimt. Tegoroczny start w najbardziej prestiżowych rozgrywkach też nie napawa optymizmem. Inter przegrał 1:2 z Realem Madryt na Santiago Bernabéu.
Mimo porażki w Madrycie Zieliński nie krył, że to właśnie triumf w Lidze Mistrzów jest głównym celem klubu. „Oczywiście naszym marzeniem jest wygranie Ligi Mistrzów i damy z siebie wszystko. Nie każdy może pojechać na Bernabeu, zdominować mecz, utrzymywać się przy piłce i tworzyć okazje. Niestety tamtego wieczoru przegraliśmy, ale pokazaliśmy, że jesteśmy silni” – podsumował polski reprezentant.
Jak to możliwe, że kara za żółte kartki pomogła Robertowi Lewandowskiemu trafić do elitarnego grona EA Sports? Paradoksalnie, właśnie przedwczesny powrót ze zgrupowania reprezentacji Polski otworzył mu drogę do wyróżnienia.
Lewandowski musiał wcześniej opuścić kadrę narodową z powodu kary za nadmiar żółtych kartek. Dla kibiców w Chicago okazało się to niespodziewanym prezentem – napastnik zdążył wrócić na czas, by zagrać w zaległym meczu Chicago Fire w Major League Soccer.
Rywalem było Vancouver Whitecaps, lider konferencji zachodniej MLS. Chicago Fire wygrało 3:1. Lewandowski wszedł na boisko w 76. minucie i mimo skromnej liczby minut zapisał asystę przy golu, który ustalił ostateczny wynik.
Ten występ nie uszedł uwadze analityków EA Sports. Klubowy profil Chicago Fire na platformie X przekazał, że Lewandowski znalazł się w drużynie tygodnia wybranej przez twórców popularnej serii gier piłkarskich.
Hat-trick z Rumunią i dwa mecze bez gola
Wyróżnienie nie dotyczy jednak samej gry klubowej. Polak błysnął też w reprezentacji – strzelił hat-tricka w meczu z Rumunią, który Polacy wygrali 6:0. I to właśnie ten wysoki wynik, a konkretnie trzy gole kapitana kadry, stały się jednym z powodów kary za przewinienia kartkowe, zanim Lewandowski wrócił do Chicago.
Rozegrał również mecze ze Szwecją i Bośnią i Hercegowiną, w obu przypadkach bez gola. Bilans ostatnich tygodni i tak wypada na jego korzyść. Między reprezentacją a MLS 37-latek znalazł czas, by zostawić wyraźny ślad w obu rozgrywkach.
Kto poprowadzi Roberta Ruchałę w kolejnej walce w UFC po dwóch porażkach z rzędu? Odpowiedź przyszła z Łodzi. Były mistrz wagi piórkowej KSW dołączył do klubu Octopus, a tam nie kryją satysfakcji – ogłoszenie transferu odbyło się z prawdziwym przytupem.
Octopus Łódź to klub sportów walki, znany przede wszystkim ze sceny MMA. Główny trener i szkoleniowiec grupy zawodniczej to Dawid Pepłowski. Placówka ma już na koncie nazwiska, które dziś rządzą w polskiej organizacji KSW – przez Octopus przewinęli się Adrian Bartosiński, Paweł Pawlak, Marcin Krakowiak i Borys Dzikowski. Bartosiński sięgnął po mistrzowski pas w wadze półśredniej, Pawlak zrobił to samo w kategorii średniej – i obaj do dzisiaj noszą te pasy.
Powitanie Ruchały przez klub szybko obiegło środowisko MMA. I trudno się dziwić. Zawodnik, który jeszcze niedawno bronił tytułu w KSW, trafia teraz pod skrzydła sztabu, który ma już doświadczenie w prowadzeniu mistrzów.
Bilans 0-2 i plan na odbicie
Dla Ruchały to moment, w którym zmiana była wręcz konieczna. Zawodnik zadebiutował w UFC we wrześniu 2025 roku, przegrywając jednogłośną decyzją sędziów z Williamem Gomisem. Drugi występ przyszedł w kwietniu 2026 roku i potoczył się według tego samego scenariusza – znów jednogłośna decyzja, znów porażka, tym razem z José Delano. Bilans po dwóch pojedynkach w największej organizacji MMA na świecie jest bezlitosny: 0-2.
Właśnie w tym kontekście Ruchała zdecydował się na przeprowadzkę. Przeniósł się do Łodzi, by przygotowywać się do kolejnej walki w strukturach Octopusa, trenując bezpośrednio pod okiem Dawida Pepłowskiego. To nie będzie współpraca ograniczona do sali treningowej. Pepłowski ma przejąć pełną pieczę nad obozem przygotowawczym, ułożyć plan na kolejny pojedynek i zasiąść w narożniku zawodnika w dniu walki.
Sam Ruchała nie czeka z założonymi rękami – zgłosił już gotowość do kolejnej walki w UFC i czeka teraz na wyznaczenie rywala oraz terminu. Pytanie, od którego zaczęliśmy, ma więc konkretną odpowiedź: nowy trener, nowe miasto, ten sam cel – pierwsze zwycięstwo w UFC.
Kto wygrywa, kiedy w pierwszej rundzie wielkiego turnieju odpadają były mistrz US Open i wracający po kontuzji ulubieniec kortów? W Szanghaju odpowiedź jest jedna: gospodarze.
Rolex Shanghai Masters, turniej ATP Masters 1000 na korcie twardym z pulą nagród 9,415 mln dolarów, w środę 7 października nie szczędził zwrotów akcji. Największym rozczarowaniem dnia był Holger Rune, który po roku przerwy wracał na poziom Masters 1000. 23-letni Duńczyk, zwycięzca turnieju w Paryżu w 2022 roku, w październiku 2025 roku zerwał ścięgno Achillesa i musiał pauzować aż 11 miesięcy. Powrót nie okazał się łaskawy – Rune przegrał z Danielem Altmaierem 6:1, 6:7(5), 4:6.
Mecz miał dramaturgię godną finału. W drugim secie Rune był o trzy punkty od zamknięcia sprawy, ale stracił tie-breaka. W trzecim secie o wszystkim zdecydowało jedno przełamanie, w dziewiątym gemie. Altmaier po meczu nie kryl wcześniejszych wątpliwości: „Nie czułem się pewnie na korcie. Ale przez ostatnie dni ciężko pracowałem nad sobą i dało to efekty”.
„Nie czułem się pewnie na korcie. Ale przez ostatnie dni ciężko pracowałem nad sobą i dało to efekty”.
Nagrodą za ten wysiłek będzie starcie z rozstawionym z numerem trzecim Benem Sheltonem, niedawnym finalistą US Open.
Stary mistrz odpada, debiutant triumfuje
Drugim głośnym nazwiskiem, które pożegnało się z turniejem już w pierwszej rundzie, był Marin Cilić, mistrz US Open 2024. Chorwat przegrał 6:7(2), 1:6 z Arthurem Fery, który w Szanghaju debiutował. Dla Cilicia był to już 13. w karierze występ w tym turnieju. Fery z kolei to nie jest przypadkowe nazwisko – tegorocznego Wimbledonu dotarł sensacyjnie do półfinału. W drugiej rundzie zmierzy się z rozstawionym z numerem 26. Karenem Chaczanowem.
Najgłośniej jednak było o chińskich tenisistach – turniej we własnym kraju okazał się dla nich terenem małych sensacji. Yibing Wu, grający z dziką kartą, był pierwszym przeciwnikiem najwyżej rozstawionego Alexandra Zvereva. Zanim do tego starcia doszło, musiał poradzić sobie z Michaelem Zhengiem. Zheng trafił do turnieju głównego jako „szczęśliwy przegrany” z eliminacji, ale lepszy był Wu – wygrał 6:3, 7:6(6), nie oddając ani jednego gema serwisowego.
Kolejny Chińczyk z dziką kartą, Yi Zhou, pokonał kwalifikanta Mattię Bellucciego 6:4, 3:6, 7:6(4). W drugiej rundzie czeka go starcie z Lorenzo Musettim, rozstawionym z numerem 24.
Dobry dzień mieli też inni pretendenci spoza elity rankingu. Quentin Halys pokonał kwalifikanta Colemana Wonga, reprezentującego Hongkong, 6:4, 7:6(5). Francuz w drugiej rundzie zagra z rozstawionym z numerem 27. Alexandrem Blockxem.
Czy Mariusz Pudzianowski, były mistrz świata strongmanów, jeszcze kiedyś wejdzie do klatki czesko-słowackiej organizacji Oktagon MMA? Sam zawodnik, od niedawna wolny po rozstaniu z KSW, nie mówi „nie”.
Pudzianowski udostępnił artykuł opisujący pomysł sprowadzenia go do Oktagonu i dorzucił do niego własny komentarz. Jedno zaznaczył wyraźnie: o sportowej emeryturze nie ma mowy. Trenuje regularnie, a mata i sala pozostają stałym punktem jego dnia. Konkretnego terminu powrotu nie podał. Nie zdradził też, w barwach jakiej organizacji miałby ponownie zawalczyć.
Novotný zdradza marzenie
Temat sprowadzenia Polaka do Oktagonu podjął Ondrej Novotný, współzałożyciel organizacji. Przyznał bez owijania w bawełnę, że ściągnięcie Pudzianowskiego to jedno z jego dawnych marzeń. Nie skończyło się na ogólnikach — Novotný wskazał konkretnego rywala, z którym chciałby zestawić Polaka: Karlosa Vémolę.
Vémola to były zawodnik UFC, przez lata jedna z twarzy Oktagonu. Jak twierdzi Novotný, sam Czech od dawna chciałby się zmierzyć z Pudzianowskim. Zestawienie dwóch rozpoznawalnych nazwisk — polskiego siłacza i czeskiej gwiazdy MMA — brzmi jak gotowy scenariusz na galę. Na razie jednak to wciąż tylko deklaracje.
Żadna ze stron nie potwierdziła, że rozmowy wyszły poza etap pomysłu. Pudzianowski plotkom nie zaprzeczył, a jednocześnie nie zdradził żadnych szczegółów — i to właśnie podgrzało atmosferę wokół całej sprawy.
Kto zajmie ostatnie cztery miejsca w fazie pucharowej Hokejowej Ligi Mistrzów? Odpowiedzi nie będzie wcześniej niż za tydzień. Po środowych meczach do 1/8 finału awansowało osiem drużyn, a w tabeli zostały już tylko cztery wolne fotele. Jedno z nich może trafić do GKS-u Tychy, który w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego zmierzy się w hali Boguszowickiej z mistrzem Finlandii, Tapparą Tampere.
Najwięcej emocji w środę dało Bordeaux. Boxers prowadzili do 38. minuty 2:0 i wciąż mieli przewagę 2:1 jeszcze w 48. minucie starcia z Dynamem Pardubice. Trzecia tercja należała jednak całkowicie do Czechów. Dynamo odwróciło losy meczu i wygrało 5:2, pieczętując awans do 1/8 finału. Po golu i asyście zanotowali Miloš Kelemen, Lukáš Sedlák i Vladimír Sobotka, a kolejne trafienia dopisali Jáchym Kondelík i David Tomášek. Sędziowie dwukrotnie sprawdzali gole Pardubic na wideo i w obu przypadkach decyzja wypadła na korzyść czeskiej ekipy. Dynamo zajmuje teraz w tabeli sezonu zasadniczego 3. miejsce z 12 punktami po 5 meczach, a pogromieni Boxers są 19. z czterema punktami.
W Kolonii frekwencja nie zawiodła, nawet gdy w grze było już tylko formalności. 14 277 kibiców w LANXESS Arenie oglądało, jak Kölner Haie rozbijają Herning Blue Fox 3:0, choć gospodarze mieli awans zapewniony jeszcze przed wyjściem na lód. Koloński zespół to po pięciu kolejkach jedna z dwóch drużyn z kompletem zwycięstw i zajmuje 2. miejsce w tabeli z 14 punktami. Dwa gole zapisał na swoim koncie Duńczyk Patrick Russell, trzeciego dodał Maximilian Kammerer, a bramkarz Nico Wiens zachował czyste konto, broniąc 26 strzałów. Russell ma już łącznie siedem bramek i zrównał się na czele klasyfikacji strzelców ligi z Marcelem Noebelsem — mimo że sam Noebels w tym meczu nie trafił do siatki, choć na początku spotkania wykonywał rzut karny. Dla Herning to wciąż tylko jeden punkt na koncie, a dziś duński zespół został wyprzedzony w tabeli przez GKS Tychy.
Tappara przegrywa w dogrywce, decyzja padnie w Tychach
W Tampere mistrz Finlandii uległ po dogrywce 1:2 norweskiemu mistrzowi, Storhamar Hockey Hamar. O zwycięstwie gości zdecydował Sander Hurrød, trafiając już w 33. sekundzie dogrywki. Wcześniej gola dla Storhamar strzelił Sverre Rønningen, który chwilę później sprowokował rzut karny — wykorzystany jednak przez Tapparę. Trzecia tercja przyniosła jeszcze jeden zwrot akcji: sztab Storhamar sięgnął po challenge, by anulować gola, który mógł dać Finom komplet punktów. Bramkarz gości Theo de Vries obronił 26 z 27 strzałów rywali. Mimo wygranej Norwegowie wciąż zajmują w tabeli 17. miejsce — pierwsze z tych, które nie dają jeszcze promocji do fazy pucharowej. Tappara jest 14., bez gwarancji gry w 1/8 finału. O wszystkim zdecyduje więc wtorkowy, kończący sezon zasadniczy mecz w Tychach z GKS-em.
Niemieckie kluby mogą już spać spokojnie. Eisbären Berlin wygrał na wyjeździe 4:3 z Red Bullem Salzburg, co oznacza, że wszyscy trzej przedstawiciele Niemiec — Adler Mannheim, Kölner Haie i Eisbären Berlin — zagrają w fazie pucharowej. Berlińczycy prowadzili po pierwszej tercji 3:0, a w pierwszej minucie drugiej podwyższyli na 4:0. Salzburg odrobił trzy gole strat, choć jedno trafienie Austriaków sędziowie anulowali po analizie wideo. Dla Eisbären bramkę i dwie asysty zaliczył Brytyjczyk Liam Kirk, gola i asystę dopisał Korbinian Geibel, a zwycięskie trafienie padło po strzale Jean-Luca Foudy’ego. Gola zdobył również Gabriel Fontaine. To ważny rewanż dla klubu, który przed rokiem niespodziewanie nie awansował do fazy pucharowej. Tym razem Eisbären zaczął rozgrywki od dwóch porażek, ale teraz wygrał trzy mecze z rzędu i zajmuje 11. miejsce z 9 punktami. Dla Red Bulla Salzburg porażka oznacza utratę szans na 1/8 finału, a w kolejnej fazie nie zagra już żaden austriacki klub — bez szans są również Graz 99ers i KAC Klagenfurt.
Oprócz zespołów, które przypieczętowały awans na lodzie — Adler Mannheim, Dynamo Pardubice i Eisbären Berlin — do grona szczęśliwców dołączyły dziś wolne od gry Fribourg-Gottéron, Servette Genewa, Frölunda Göteborg, Rögle Ängelholm i Växjö Lakers. To daje już 12 drużyn z pewnym miejscem w fazie pucharowej. O pozostałe cztery pozycje zadecyduje przyszłotygodniowa, ostatnia kolejka sezonu zasadniczego. GKS Tychy wciąż zajmuje w tabeli 22. miejsce z jednym punktem po pięciu meczach, a na czele tabeli niezmiennie plasuje się HC Pilzno z 15 punktami po pięciu starciach.
Co trzeba powiedzieć o kraju, żeby jego kibice zaczęli żartować o nadaniu ci obywatelstwa? W przypadku Roberto Soldića wystarczyło kilka szczerych słów rzuconych w rozmowie z Arielem Helwanim, tuż po debiucie w UFC.
Chorwat zadebiutował w organizacji na gali UFC 332, pokonując jednogłośną decyzją sędziów Khaosa Williamsa. Łatwo nie było – Williams miał swój moment w pierwszej rundzie i przez chwilę wyglądało na to, że może namieszać. Soldić jednak doszedł do głosu, przejął kontrolę nad walką i zapisał na koncie pierwszą wygraną w największej organizacji MMA na świecie.
Droga do UFC wiodła przez Polskę. Zanim 31-letni Chorwat podpisał kontrakt z amerykańskim gigantem, budował swoją markę właśnie u nas – w KSW, gdzie sięgnął po pas mistrzowski. Stoczył też jedną walkę w FAME MMA, na gali FAME 27, gdzie znokautował Tomasza Adamka. I właśnie po tamtym starciu wylądował kontrakt z UFC.
„To jest mój drugi dom”
Gdy Ariel Helwani zapytał go o relację z Polską, Soldić nie bawił się w dyplomatyczne formułki. „To jest mój drugi dom” – powiedział bez wahania. Dodał, że polskiego rozdziału jeszcze nie zamknął, bo spędził w tym kraju sześć lat.
„Polscy kibice zawsze dawali mi ogromne wsparcie”
Chorwat przyznał też, że rozumie język polski, i gdyby znał go trochę lepiej, rozważałby zamieszkanie w Polsce na stałe. Opisał nasz kraj jako miejsce bezpieczne, czyste i – jak sam to ujął – warte zobaczenia na własne oczy.
Na kolejną walkę w UFC kibice jeszcze poczekają. Terminu wciąż nie znamy, a scenariusz powrotu Soldića do klatki jeszcze w 2026 roku uważany jest za mało prawdopodobny – bardziej realne wydaje się 2027. Do tego czasu polscy fani będą mieli co najmniej tyle czasu, by w pełni nacieszyć się słowami, jakie Chorwat skierował w ich stronę.
Kto wciąż czeka na pierwszy triumf w PGE Basket Lidze Kobiet po 3. kolejce? Odpowiedź nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Nowy sponsor tytularny nie wystarczył, by Wisła Kraków przełamała złą serię, za to kilka zespołów, które jeszcze tydzień temu nie miały na koncie ani punktu, w końcu się przełamało.
Największą niespodzianką kolejki było zwycięstwo MB Zagłębia Sosnowiec, które we własnej hali pokonało 1KS Ślęzę Wrocław. Gospodynie przegrywały przez 25 minut, w pewnym momencie nawet 13 punktami. Ostatecznie wygrały 76:72. Bohaterką meczu była Aleksandra Zięmborska – 21 punktów, w tym cztery trafione „trójki”. To było pierwsze zwycięstwo Sosnowiczanek w tym sezonie.
Wisła pod nową nazwą, stary problem
We wtorek klub z Krakowa ogłosił nowego sponsora tytularnego i od tej pory występuje jako PGE Wisła. Nowa nazwa nowych wyników jednak nie przyniosła – zespół przegrał z KSSSE Enea AJP Gorzów Wielkopolski 57:77. Gorzowianki w ten sposób odkuły się po sensacyjnej porażce na inaugurację sezonu z Widzewem Łódź. Łodzianki tymczasem radzą sobie coraz lepiej. W środę pokonały Lotto MKS Pruszków 99:63, notując drugi triumf w sezonie.
Problemy z celnością ma z kolei Arteria Bydgoszcz. W poprzednim meczu zespół trafił tylko 8 rzutów z gry, w starciu z Enea AZS Politechniką Poznań poszło nieco lepiej – 12 trafień, co i tak nie wystarczyło. Wicemistrzynie Polski z Poznania wygrały 67:37.
Najwyższą różnicą punktów w tej kolejce zakończył się mecz w Bochni. Contimax MOSiR Bochnia rozbił Isands JTEC Wichoś Jelenia Góra 111:69 – różnica 42 punktów mówi sama za siebie. To trzecie zwycięstwo w trzech meczach. Bochnia pozostaje jedynym niepokonanym zespołem ligi.
Swoją passę przerwała natomiast Energa Toruń. Lotto AZS UMCS Lublin pokonał toruńską ekipę we własnej hali 69:54, zadając jej pierwszą porażkę w sezonie. Lublinianki zagrały już bez Brooque Williams, której krótkoterminowy kontrakt się zakończył. Za to zadebiutowała u nich Shyanne Sellers.
Po trzech seriach gier na czele tabeli znajduje się Contimax MOSiR Bochnia z bilansem 3 zwycięstw i 0 porażek, co daje 6 punktów. Na przeciwległym biegunie wciąż tkwi PGE Wisła Kraków – jedenaste miejsce i brak jakiegokolwiek zwycięstwa po trzech meczach.
Przegrywali w trzeciej kwarcie dziesięcioma punktami. Jak King Szczecin zdołał mimo to wygrać mecz otwarcia FIBA Europe Cup? Odpowiedź tkwi w jednej akcji, która odwróciła cały przebieg spotkania.
Szczecinianie pokonali we własnej hali słowacką Nitrę Blue Wings 88:81. W zespole prowadzonym przez Macieja Majcherka emocje nie opadały do samego końca, a wynik po kwartach – 23:25, 18:18, 21:13, 26:25 – mówi sam za siebie: King musiał gonić wynik przez większą część meczu.
Punktem zwrotnym okazało się niewykorzystane sam na sam z koszem przez Noah Reynoldsa. Zamiast załamać Amerykanina, pudło zadziałało wręcz odwrotnie – chwilę później trafił dwie trójki z rzędu, a King odjechał rywalom na przewagę sięgającą 20 punktów.
Ta przewaga nie przetrwała jednak bez turbulencji. Gdy szczecinianie trochę się rozluźnili, zaczęły się proste błędy, a Nitra zbliżyła się na dystans pięciu punktów. O losach końcówki zadecydowały detale – otwarta trójka Lubomira Urbana, która mogła jeszcze bardziej skomplikować sytuację Kinga, nie wpadła do kosza. Po drugiej stronie parkietu pieczęć na zwycięstwie postawił Ondrej Sehnal.
Reynolds z kompletem statystyk, sześciu graczy w dwucyfrówce
Noah Reynolds był najskuteczniejszym zawodnikiem Kinga – 16 punktów na koncie. Trafił 4 z 5 rzutów za trzy punkty, do tego dopisał pięć asyst, trzy zbiórki i trzy przechwyty. To on był jednym z sześciu zawodników szczecińskiej ekipy, którzy zdobyli dwucyfrową liczbę punktów. Oprócz niego punkty dla Kinga zdobyli Zahir Porter (15), Ondrej Sehnal (12), Mikołaj Witliński (12), Tomasz Gielo (11) i Przemysław Żołnierewicz (10), a także Alexandre Chassang (6), Mateusz Kostrzewski (6) i Antoni Majcherek (0).
Po stronie gości najjaśniejszym punktem był Dale Bonner – 16 punktów, cztery asysty, trzy zbiórki i aż dziewięć przechwytów. Bonner ostatni sezon spędził w MKS-ie Dąbrowa Górnicza, więc mierzył się z Kingiem na dobrze znanym sobie, polskim gruncie rywalizacji.
King Szczecin zagra kolejny mecz FIBA Europe Cup w środę 13 października, na wyjeździe z austriackim BC Hallmann Wiedeń. We wtorek, w tej samej fazie rozgrywek, zwycięstwa odnieśli także inni przedstawiciele PGE Basket Ligi – Dziki Warszawa i Zastal Zielona Góra.
Co właściwie skłoniło Diego Lopesa do awansu o całą kategorię wagową, choć wciąż jest numerem dwa w rankingu piórkowej? Sam Brazylijczyk tłumaczy to bez owijania w bawełnę: potrzebował nowego wyzwania i znalazł je w osobie Charlesa Oliveiry.
Lopes (28-8) swoją następną walkę stoczy w wadze lekkiej, czyli kategorię wyżej niż dotychczas. Rywalem będzie Charles Oliveira, trzeci zawodnik rankingu wagi lekkiej i posiadacz pasa BMF. I właśnie o ten tytuł obaj zawodnicy powalczą.
Dla Lopesa to kolejna szansa na przełamanie passy po dwóch nieudanych podejściach do mistrzowskiego pasa piórkowej. Brazylijczyk jest byłym pretendentem do tego tytułu, a obie okazje do jego zdobycia przegrał z Alexandrem Volkanovskim. Pierwsze starcie, w kwietniu 2025 roku, zakończyło się jednogłośną decyzją sędziów na korzyść Australijczyka. Rewanż w styczniu 2026 roku wypadł jeszcze gorzej — Lopes nie miał w nim większych szans. W całej karierze w UFC Brazylijczyk przegrywał wyłącznie z Volkanovskim oraz Movsarem Evloevem — to właśnie ten drugi pokonał go w jego debiucie w organizacji. Evloev na swoją szansę na pas musi jeszcze poczekać — dostanie ją na UFC 333 pod koniec października 2026 roku.
„Charles jest dla mnie idealnym rywalem”
Lopes nie kryje, że wybór Oliveiry nie jest przypadkowy. „Chcę widowiskowych walk, które wyniosą mnie na nowy poziom, a Charles jest dla mnie idealnym rywalem. To dla mnie idealna walka. Jeśli dostaję propozycje, chcę walczyć z najsilniejszym, z tym, z którym jest najtrudniej” — powiedział Brazylijczyk.
„Zawsze bardzo szanowałem Charlesa. Spotykaliśmy się, robiliśmy sobie zdjęcia i bywaliśmy razem na kilku wydarzeniach. Szanujemy się, ale praca to praca. Kiedy klatka się zamknie, jestem pewien, że on spróbuje urwać mi głowę, a ja postaram się zrobić to samo. Przyjaźń zostaje poza klatką”.
W rozmowie z Arielem Helwanim Lopes zdradził też, że walka z Oliveirą ma być dla niego testem przyszłości. „Chcę poczuć swoją moc, siłę i funkcjonalną gotowość w wadze lekkiej. Po tej walce zobaczę, czy mogę w niej zostać, czy wrócę do piórkowej” — stwierdził. Dodał też, że nawet gdyby zdecydował się zostać w lekkiej na dobre, zawsze może wrócić do zbijania wagi, jeśli UFC będzie tego potrzebowało.
Starcie Lopes–Oliveira o pas BMF będzie wydarzeniem wieczoru ostatniej numerowanej gali UFC w 2026 roku. UFC 335 odbędzie się 12 grudnia 2026 roku w Las Vegas. W co-main evencie zobaczymy pojedynek wagi ciężkiej między Sergeiem Pavlovichem i Alexem Pereirą.