⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

„W finale w Chengdu mocniejszy był Alejandro Davidovich Fokina, który zwyciężył w dwóch setach”. Hiszpan, rozstawiony w turnieju z numerem drugim, pokonał Huberta Hurkacza 6:4, 7:6 (7). Tym samym udany dla Polaka tydzień w Chinach zakończył się bez tytułu.

Naprzeciw siebie stali najwyżej notowany Polak i trzeci rankingowo tenisista Hiszpanii. Już pierwsze minuty pokazały, że łatwo nie będzie – sam pierwszy gem meczu rozciągnął się na 10 minut. Hurkacz obronił w nim własne podanie po trzech break pointach i siedmiu równowagach. Dobry znak na przyszłość? Raczej sygnał, że czeka ich wyrównana i nerwowa walka.

W dalszej części seta inicjatywę przejął jednak Fokina. Hiszpan przełamał Polaka przy wyniku 4:3 i to jedno przełamanie okazało się wystarczające – set padł jego łupem 6:4.

Cztery niewykorzystane piłki setowe

Druga partia długo nie chciała się rozstrzygnąć. Przez pierwszych dziesięć gemów żadnemu z zawodników nie udało się przełamać rywala, a tempo meczu wyraźnie spadło. Emocje wróciły w 11. gemie, kiedy Hurkacz musiał odrabiać straty i ratować własny serwis po dwóch break pointach.

O losach seta zdecydował tie-break – i właśnie tam Polak stracił mecz. Prowadził już 6-3, miał na rakiecie cztery piłki setowe. Nie wykorzystał ani jednej. Fokina nie oddał zwycięstwa za darmo – wygrał tie-breaka 9-7 i zapewnił sobie tytuł w Chengdu.

Ta niewykorzystana szansa boli jeszcze bardziej, bo w tym turnieju Hurkacz już wcześniej pokazał, że umie odwracać przegrywane sety – tak było choćby w półfinale z Denisem Shapovalovem.

Porażka w finale nie oznacza jednak powrotu do Europy. Hurkacz zostaje w Chinach – poznał już pierwszego rywala w turnieju wyższej rangi w Pekinie. Zmierzy się z Learnerem Tienem. To dla Polaka szansa na odrobienie punktów w rankingu ATP, zwłaszcza że w poprzednim sezonie kontuzja wykluczyła go z azjatyckiej serii turniejów na kortach twardych.

„Jedyny Polak w NBA” — tym mianem od lat określa się Jeremy’ego Sochana. Od tego lata trzeba jednak dopisać do niego nowy klub. Koszykarz, który zeszły sezon zakończył z tytułem mistrza NBA w barwach New York Knicks, latem podpisał umowę z Portland Trail Blazers.

Pod koniec września Sochan pojawił się na tradycyjnym media day oraz sesji fotograficznej klubu z Portland. Właśnie tam po raz pierwszy pokazał się kibicom w nowym stroju. To wtedy fani zobaczyli, jak Polak prezentuje się w barwach Trail Blazers tuż przed startem nowej kampanii.

Kontrakt, który sprowadził go do Portland, niczego mu jednak nie gwarantuje — to umowa jednoroczna i niegwarantowana. Innymi słowy, 22-latek wciąż musi wywalczyć sobie miejsce w składzie na sezon 2026/2027.

Blazers wracają do gry o play-off

Trail Blazers zeszły sezon zasadniczy zakończyli z bilansem 42-40. To wystarczyło, by po raz pierwszy od 2021 roku wrócić do play-off. Przygoda w drabince pucharowej nie potrwała jednak długo — w pierwszej rundzie zespół z Portland przegrał z San Antonio Spurs 1-4.

Drużyna, do której trafił Sochan, będzie teraz chciała pójść krok dalej. Nowy sezon NBA startuje 20 października — i to właśnie wtedy okaże się, jaką rolę w składzie Trail Blazers wywalczy sobie polski koszykarz.

„Wyobrażałem sobie grę w Madison Square Garden i zakończenie tam kariery. To jedno z najlepszych miejsc, w jakich kiedykolwiek grałem” – wyznał LeBron James. Jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Philadelphia 76ers gwiazdor koszykówki poważnie myślał o tym, by karierę zamknąć właśnie w New York Knicks.

James mówił o tych rozterkach na konferencji prasowej przed sezonem 2026/2027. Knicks nie były zresztą jedyną opcją – 40-letni koszykarz brał pod uwagę także Cleveland Cavaliers, Miami Heat, Golden State Warriors i Minnesota Timberwolves.

A potem, w czerwcu, wszystko się posypało. New York Knicks pokonali w finałach San Antonio i sięgnęli po mistrzostwo NBA, kończąc aż 53-letnie oczekiwanie na tytuł. Dla Jamesa to był moment, w którym cały plan legł w gruzach. „Myślę, że dla koszykarza słynna hala MSG to numer jeden wśród hal na świecie. Ale kiedy pokonali San Antonio, pomyślałem: 'Nie, nie mogę tego zrobić’. Nie mogłem do nich dołączyć” – powiedział.

Presja mediów zamiast marzenia o MSG

James nie ukrywał, że bał się reakcji otoczenia. „Nie dalibyście mi o tym zapomnieć” – przyznał, tłumacząc, że dołączenie do świeżo upieczonych mistrzów ściągnęłoby na niego lawinę komentarzy o podczepianiu się pod cudzy sukces. Zamiast tego wybrał Philadelphia 76ers.

Mimo zmiany planów dla klubu, który ostatecznie ominął, gwiazdor nie miał złego słowa. „Ale mam ogromny szacunek do Knicks. Niesamowity zespół, niesamowici zawodnicy. Pozdrowienia dla Jalena Brunsona. Uwielbiam tego gościa, jest niesamowity. Jestem jednak szczęśliwy tam, gdzie jestem, i nie mogę się doczekać tego sezonu” – dodał James.

Do Madison Square Garden i tak wróci – tyle że w innym dresie. W sezonie zasadniczym zagra tam co najmniej dwukrotnie jako zawodnik Philadelphia 76ers – 20 października oraz 27 lutego.

„Petra Marcinko nie wystąpi w tegorocznym China Open z powodu kontuzji dolnej partii pleców” – taką informację przekazali we wtorek organizatorzy turnieju WTA 1000 w Pekinie. Dla Magdaleny Fręch to konkretna zmiana planów – w poniedziałkowym losowaniu trafiła bowiem właśnie na 20-letnią Chorwatkę.

Marcinko zajmuje 81. miejsce w rankingu WTA. Na korcie pojawiła się ostatnio podczas US Open, gdzie przegrała w I rundzie z Australijką Kimberly Birrell. Teraz plecy powiedziały „nie” – kontuzja wykluczyła ją z Pekinu, a organizatorzy musieli przemodelować całą drabinkę główną.

Na miejsce Chorwatki wskoczyła zawodniczka z kwalifikacji – Francuzka Elsa Jacquemot. Do głównej drabinki przebiła się dwoma zwycięstwami w eliminacjach: najpierw rozprawiła się z Chinką Zongyu Li 6:4, 6:0, a potem pokonała Amerykankę Vivian Wolff 6:3, 6:4.

Fręch kontra Jacquemot – kto zna kogo lepiej

To właśnie Jacquemot, a nie Marcinko, stanie w środę na korcie Lotus po drugiej stronie siatki naprzeciwko Magdaleny Fręch. Mecz zaplanowano na godzinę po 13:00 czasu polskiego.

Bilans wzajemnych spotkań mówi jasno na czyją korzyść układa się ta rywalizacja. W czterech dotychczasowych pojedynkach z Francuzką na zawodowych kortach Fręch wygrała trzy razy. Ostatnie starcie obu zawodniczek odbyło się w tym sezonie, w turnieju WTA 250 w Hobart – i tam również lepsza była Polka.

Na zwyciężczynię środowego meczu nie czeka długi odpoczynek. Już w II rundzie China Open zmierzy się z rozstawioną z numerem 26 Czeszką Nikolą Bartunkovą.

„Uważam, że dobrze poradziłem sobie na korcie. W kluczowych momentach grałem na wysokim poziomie i jestem z siebie zadowolony” – powiedział Danił Miedwiediew po zwycięstwie w finale turnieju ATP 250 w Hangzhou.

Rosjanin wygrał rozgrywany na kortach twardych AITO Hangzhou Open. W finale nie oddał seta Andriejowi Rublowowi, rozprawiając się z nim 7:5, 6:4. Rozstawiony z numerem 1 Miedwiediew okazał się po prostu lepszy od „dwójki” turnieju.

To był mecz dwóch zawodników, którzy znają się od lat – Miedwiediew i Rublow przyjaźnią się od dzieciństwa, obaj wychowali się w Moskwie. W pierwszym secie o wszystkim zdecydowało przełamanie w 11. gemie – Miedwiediew skutecznym bekhendem wyszedł na 6:5 i po chwili zamknął partię. W drugiej nie czekał już z niczym: przełamanie przyszło w gemie otwarcia.

Cały finał zajął 93 minuty. Miedwiediew zaserwował w nim aż 23 asy i wygrał 48 z 67 punktów przy własnym podaniu.

Kolejny tytuł w sezonie

Dla 30-letniego Miedwiediewa to już 24. tytuł w karierze w głównym cyklu ATP i trzeci w tym sezonie. Za triumf w Hangzhou Rosjanin dopisze do konta 250 punktów rankingowych oraz ponad 158 tysięcy dolarów premii.

Dla 28-letniego Rublowa to trzynasta porażka w finale w karierze – a był to jego 31. finał na poziomie ATP Tour. Z Hangzhou jednak nie wraca z pustymi rękami – za grę w finale zgarnie 165 punktów rankingowych i 92,2 tysiąca dolarów.

Finały odbyły się we wtorek, 29 września. Turniej kategorii ATP 250, rozgrywany w Hangzhou na korcie twardym, miał pulę nagród w wysokości 1,039 mln dolarów.

W deblu triumfowała para Francisco Cabral i James Tracy, rozstawiona z numerem trzecim – w finale pokonali duet Sander Arends / David Pel 7:5, 6:4. Dla 29-letniego Portugalczyka Cabrala to już siódmy tytuł deblowy w karierze ATP, dla 24-letniego Amerykanina Tracy’ego – trzeci. Dla obu był to zarazem pierwszy wspólny triumf.

„Jestem bardzo szczęśliwy, że podpisałem nowy kontrakt z Astonem Martinem. Dałem sobie czas na podjęcie tej decyzji, ale wyścigi są moim życiem i pasją. Wiem, że wciąż mam szybkość i determinację, aby rywalizować na najwyższym poziomie” – powiedział Fernando Alonso, ogłaszając przedłużenie umowy z zespołem. Sprawa jest prosta: Hiszpan pościga się w Formule 1 także w 2027 roku.

Alonso ma dziś 45 lat – kontrakt oznacza więc, że za kierownicą F1 usiądzie jeszcze jako 46-latek. To kolejna karta w jednej z najdłuższych karier, jakie ten sport widział. Zadebiutował w 2001 roku, a tytuł mistrza świata zdobywał dwukrotnie – w 2005 i 2006. Był też okres przerwy, sezony 2019-2020, po którym wrócił do regularnego ścigania w 2021 roku.

Barwy Aston Martina reprezentuje od 2023 roku. W tym czasie zaliczył osiem podium, w tym dwa drugie miejsca, a licznik startów w tej ekipie zatrzymał się już na 85 Grand Prix. Zespół z Silverstone od 2026 roku korzysta z fabrycznych jednostek napędowych Hondy, a za techniczną stronę projektu odpowiada Adrian Newey – to w tym właśnie sezonie po raz pierwszy zszedły się jego projekt samochodu, silnik Hondy i nowa generacja przepisów technicznych.

Na torze na razie idzie im to jednak z trudem. Po piętnastu rundach sezonu 2026 Aston Martin ma na koncie zaledwie trzy punkty – i wszystkie wywalczył sam Alonso: dziesiąte miejsce w GP Monako, dziewiąte w GP Holandii. Lance Stroll wciąż czeka na pierwszy punkt, a w Azerbejdżanie obaj kierowcy nie dojechali nawet do końca, wypadając z wyścigu na samym początku.

Mimo słabych wyników Alonso nie traci wiary w projekt. „Naprawdę wierzę w to, co budujemy. Mamy świetne przywództwo, niesamowitych ludzi, partnerów i infrastrukturę. Z niecierpliwością czekam na kolejne wspomnienia z toru” – przekazał Hiszpan.

Stroll też zostaje na dłużej

Aston Martin postawił też na dalszą współpracę z Lance’em Strollem. Kanadyjczyk jest w zespole od 2019 roku – jeszcze wtedy, gdy ten nosił nazwę Racing Point. W 2027 roku zacznie już jedenasty sezon kariery w Formule 1.

Na koncie ma ponad 200 startów i trzy podia. Najlepszy wynik kariery? Zwycięstwo w kwalifikacjach do GP Turcji w 2020 roku oraz trzy trzecie miejsca w wyścigach. W tym sezonie punktu jednak wciąż nie ma.

„Jestem bardzo szczęśliwy, że będę kontynuował współpracę z Astonem Martinem w długiej perspektywie. Jestem częścią tej podróży od początku i wierzę, że mamy zasoby oraz ludzi, aby stać się zwycięskim zespołem” – powiedział Stroll.

Głos w sprawie przedłużenia obu kontraktów zabrał również Lawrence Stroll, właściciel i prezes Aston Martina. „Lance i Fernando byli kluczową częścią naszej podróży. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że pozostaną z nami w kolejnym rozdziale historii zespołu” – podkreślił.

„Wielki esport wraca do Spodka” — mówi Michał Blicharz, znany w środowisku jako „Carmac”, wiceprezes ds. projektów specjalnych w ESL Faceit Group. Finały ESL Pro League odbędą się właśnie w katowickiej hali, która przez lata była synonimem polskiego esportu.

Blicharz nie trafił w tę branżę przypadkiem. Zaczynał jako dziennikarz, potem przeszedł na stronę organizatorską i dziś odpowiada za największe projekty firmy.

Trasa ESL Pro League przez ostatnią dekadę prowadziła przez pół świata. „Przez 11 lat, czyli taką esportową wieczność, gościł w Niemczech, USA, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Danii, Francji, Szwecji czy na Malcie” — wylicza Blicharz. Teraz przychodzi kolej na Katowice.

Powrót do Spodka zbiega się w czasie z decyzją o przeniesieniu turnieju IEM (Intel Extreme Masters) do Krakowa. Blicharz zaznacza jednak, że plany wykorzystania Spodka do wielkich imprez ESL istniały od dawna — jeszcze przed ogłoszeniem krakowskiej edycji IEM.

Zielona scena zamiast niebieskiej

Widzowie, którzy pamiętają katowicką halę z czasów IEM, zobaczą wyraźną zmianę. Na ESL Pro League powstanie zupełnie nowa scena — zielona, w kontrze do charakterystycznej niebieskiej scenografii IEM. Ta różnica nie jest przypadkowa. Scena IEM przez lata pozostawała niezmienna, bo z czasem stała się częścią tożsamości tego konkretnego turnieju.

Zmieni się też układ przestrzeni wokół rozgrywek. Strefa wystawców będzie działać wyłącznie na Spodku, a sala MCK — wcześniej wykorzystywana przy innych imprezach — tym razem zostanie po prostu pominięta przez organizatorów.

Spodek ma już swoje miejsce w historii Counter-Strike:GO. To właśnie tam, podczas IEM, odbył się pierwszy w historii tej gry mecz w formacie „stadionowym”. Dla Blicharza to dowód, że katowicka hala od lat bywała poligonem innowacji dla całej dyscypliny.

W tle tej rozmowy pozostaje szersza sprawa: struktura rywalizacji w Counter-Strike’u. Valve pilnuje, by system rozgrywek zostawał otwarty, z udziałem wielu różnych organizatorów turniejów. Efekt? W kalendarzu prawie nie ma wolnego tygodnia. „Niemal co tydzień mamy duży turniej i każdy może się wybić, więc gra rośnie na całym świecie” — podsumowuje Blicharz.

„To była dla mnie bardzo stresująca gala, wróciłem tutaj w roli matchmakera bodajże po czterech, czy pięciu latach, bardzo mi zależało, żeby ta karta fajnie wyszła, żeby walki oddały i można powiedzieć, że stresowałem się bardziej niż nie przy jednej gali PPV” – przyznał Paweł Jóźwiak. Tak skomentował swój powrót do federacji FEN – Fight Exclusive Night, którą sam kiedyś współtworzył.

Funkcję prezesa FEN pełnił od 2015 roku. Z tej roli zrezygnował w 2024 roku – postawił wtedy na własne cele i pasje, czyli zawodowe walki. U szczytu kariery sportowej występował w federacjach freak fightowych, między innymi w Prime MMA, FAME MMA oraz Clout MMA. Wiosną 2026 roku wrócił jednak na stanowisko prezesa i matchmakera FEN – po czterech, może pięciu latach od poprzedniej pracy na tym stanowisku, jak sam wspomina.

Cytowaną wypowiedź usłyszeć można było w rozmowie na kanale MMAPLtv Extra. Jóźwiak nie ukrywał, że powrót to była spora presja, zwłaszcza przy układaniu karty walk na galę PPV. Zależało mu, by starcia „oddały” i po prostu wypadły dobrze.

Pod jego nieobecność sterami federacji zarządzał Jakub Borowicz, który objął stanowisko prezesa FEN. To nie był przypadkowy wybór – Borowicz funkcję matchmakera pełnił już od 2017 roku.

Nudna walka, ale nowy mistrz

Pierwszą galą, przy której Jóźwiak odpowiadał za układ kart w nowej roli, było FEN 63. To właśnie tam Łukasz Olech sięgnął po pas i został nowym mistrzem wagi półciężkiej federacji. Tytuł wywalczył w starciu z Marcinem Filipczakiem, wygrywając jednogłośną decyzją sędziów.

Sam Jóźwiak nie szczędził jednak krytyki pod adresem tego pojedynku – nazwał go wprost najnudniejszą walką całego wieczoru. Trudno jednak odmówić temu wydarzeniu wagi. Olech to wychowanek FEN, więc zdobycie przez niego pasa mistrzowskiego jest dla całej organizacji momentem wręcz symbolicznym.

„Po korekcie ustawienia mogłem wrócić do walki, a po safety carze awansowałem na drugie miejsce. Ostatecznie skończyłem trzeci i bardzo cieszę się z tego podium” – powiedział Wiktor Dobrzański po wyścigu w Monzy.

20-letni kierowca z Krakowa stanął na trzecim stopniu podium klasyfikacji generalnej podczas siódmego weekendu wyścigowego Euroformula Open, rozgrywanego na słynnym włoskim torze. To już czwarte podium Dobrzańskiego w tym sezonie. Za Monzę zainkasował 26 punktów – jego tegoroczny dorobek urósł tym samym do 156 „oczek”. W generalce Polak utrzymał siódmą pozycję, a wśród debiutantów wciąż jest drugi, tracąc do lidera zaledwie cztery punkty.

Że forma będzie dobra, można było się spodziewać już po testach. W dwóch sesjach przygotowawczych przed rundą Dobrzański dwukrotnie meldował się na piątym miejscu – a stawka była tak wyrównana, że czołówkę dzieliło zaledwie 0,5 sekundy. Kierowca zespołu Motopark w treningach zajął odpowiednio siódmą i dziesiątą pozycję, w kwalifikacjach był ósmy, tracąc do pole position około 0,6 sekundy.

Trzy wyścigi, trzy różne scenariusze

Sam weekend zaczął się jednak pod górkę. Pierwszego wyścigu Polak nie ukończył – kontakt w drugiej szykanie przerwał mu rywalizację. W drugiej odsłonie wystartował z dziesiątego pola i dojechał do mety szósty. To wystarczyło na drugie miejsce wśród debiutantów i kolejne podium w tej klasyfikacji.

„W pierwszych dwóch wyścigach byłem bardzo zadowolony ze startu i tempa. Niestety w pierwszym po kontakcie musiałem przedwcześnie zakończyć rywalizację. W drugim po restarcie straciłem kilka miejsc i musiałem skupić się na odrabianiu strat. W trzecim wyścigu miałem problem z rozkładem siły hamowania” – relacjonował Dobrzański.

Najlepszy okazał się dla niego trzeci wyścig. Startując z ósmego pola, dojechał na trzecim miejscu – i to mimo problemów technicznych, które zgłaszał w trakcie jazdy. To właśnie po tej gonitwie padły słowa o satysfakcji z powrotu do walki po korekcie ustawień i awansie po interwencji samochodu bezpieczeństwa.

Na finał sezonu 2026 Euroformula Open kibice poczekają do drugiej połowy października. Ósma, decydująca runda odbędzie się w dniach 23–25 października na torze Circuit de Catalunya w Barcelonie.

To szóstka najlepszych graczy 5. kolejki TAURON Hokej Ligi wybrana przez dziennikarzy portalu HOKEJ.NET.

Piąta kolejka TAURON Hokej Ligi dostarczyła sporo emocji, a redakcja HOKEJ.NET wyłuskała z niej sześciu zawodników, którzy błysnęli najjaśniej. W zestawieniu znaleźli się: Roman Kałmykow z KH Energa Toruń, Kamil Górny z BS Polonia Bytom, Michał Naróg z ECZD Zagłębie Sosnowiec, Henri Knuutinen z GKS Tychy oraz duet z KS Unia Oświęcim – Matt Wilkins i Otto Nieminen.

Najwięcej powodów do dumy ma jednak Toruń. „Stalowe Pierniki” wciąż pozostają jedyną niepokonaną drużyną ligi, a w niedzielę potwierdziły to, wygrywając u siebie ze STS Sanok 2:1. Kluczową postacią tego zwycięstwa okazał się bramkarz Roman Kałmykow – obronił 25 z 26 strzałów rywali, co dało mu skuteczność interwencji na poziomie około 96,2 procent. Jedynego gola dla gości zdobył Marcel Karnas.

W Bytomiu bramek było zdecydowanie więcej. BS Polonia rozbiła Comarch Cracovię 7:3, a wśród strzelców nie zabrakło kapitana zespołu, Kamila Górnego, który trafił na 6:1.

Zagłębie Sosnowiec pojechało tymczasem do Nowego Targu i zostawiło tam Podhalu bolesną pamiątkę – 9:2. Drużyną prowadzoną przez trenera Matiasa Lehtonena rządził tego dnia obrońca Michał Naróg. Reprezentant Polski, wychowanek Stoczniowca Gdańsk, zaliczył aż cztery asysty.

Mistrz Polski, GKS Tychy, nie zawiódł na wyjeździe w Jastrzębiu i wygrał 4:1. Fiński skrzydłowy Henri Knuutinen strzelił dwa gole, współpracując w ataku z Dominikiem Pasiem i Alanem Łyszczarczykiem.

Szaleństwo w Oświęcimiu

Najbardziej dramatyczny scenariusz napisał się jednak w Oświęcimiu. KS Unia po dwóch tercjach przegrywała z GKS Katowice 2:4 – a mimo to ostatecznie triumfowała 5:4 po dogrywce. Bohaterem spotkania został 35-letni Kanadyjczyk Matt Wilkins. W 37. minucie trafił pod poprzeczkę po podaniu Otto Nieminena, pokonując bramkarza Michała Kielera. Do tego dołożył jeszcze cztery asysty – z dorobkiem ośmiu punktów to on został najlepiej punktującym zawodnikiem drużyny.

Partnerował mu w tym szaleństwie Otto Nieminen, autor dwóch bramek – na 3:4 i wyrównującej na 4:4. Fin był zresztą na lodzie już przy pierwszym trafieniu meczu, gdy wynik otworzył Jimi Rönkkönen.

Instalacja aplikacji
Pobierz