„Moim planem jest podpisanie kontraktu przyszłego lata i pozostanie w Denver do końca kariery” – tymi słowami Nikola Jokić uciął spekulacje na temat swojej przyszłości w NBA. Serb nie zostawia tu pola do domysłów: w Nuggets zamierza grać aż do emerytury.
A za tą deklaracją stoją naprawdę duże liczby. Przyszłego lata Jokić może podpisać nowy kontrakt wart około 360 mln dolarów – to byłby rekord w historii ligi. 31-letni środkowy wciąż gra na obecnej umowie – sezon 2026/27 rozpocznie jako czwarty rok pięcioletniego kontraktu opiewającego na 276 mln dolarów. Na kolejny sezon ma zagwarantowaną opcję zawodnika wartą 62,8 mln dolarów. Gdyby postanowił z niej zrezygnować, stałby się niezastrzeżonym wolnym agentem i mógłby wynegocjować zupełnie nową, dużo wyższą umowę.
Kiedy mówi o Denver, Jokić nie kryje emocji. „Chcę zostać w Denver. Prawdopodobnie podpiszę umowę w przyszłym roku. Moim pragnieniem jest grać tutaj do końca życia” – powiedział. To nie są słowa rzucone na wiatr. Z Nuggets związany jest od samego początku kariery w NBA.
Ligowe źródła potwierdzają jego słowa
Deklaracje Serba znajdują potwierdzenie także poza szatnią Nuggets. Kevin O’Connor z Yahoo Sports napisał, że według jego rozmówców w lidze nikt nie spodziewa się odejścia Jokicia z Denver. „Wierzę mu. Każde ligowe źródło, z którym rozmawiałem przez lata i w ostatnich tygodniach, powtarzało, że nikt tak naprawdę nie spodziewa się odejścia Jokicia z Denver” – ocenił dziennikarz.
Wystarczy spojrzeć na to, co Jokić zbudował w Denver, żeby zrozumieć, dlaczego obie strony trzymają się siebie tak mocno. To on poprowadził klub do mistrzostwa NBA w 2023 roku. Trzykrotnie zdobywał tytuł MVP sezonu zasadniczego, osiem razy zagrał w Meczu Gwiazd, a z Nuggets awansował do play-offów w ośmiu kolejnych sezonach z rzędu. Przy takim bilansie zapowiedź rekordowego kontraktu i dozgonnej lojalności wobec Denver brzmi jak naturalna konsekwencja – nie sportowa sensacja.
„Dolegliwości mięśniowe w udzie” – tak brazylijska federacja piłkarska wyjaśniła zmianę Raphinhi w meczu towarzyskim z Australią. Skrzydłowy Barcelony nie wybiegł na drugą połowę. Zamiast niego na boisku pojawił się Endrick.
Do zmiany doszło w momencie, gdy Brazylia remisowała z Australią 2:2 po pierwszej połowie. To właśnie Raphinha doprowadził wcześniej do wyrównania, wykorzystując rzut karny w 45. minucie. Kilkadziesiąt minut później, już bez niego na boisku, Brazylijczycy dopięli swego – trafienia Bruno Guimaraesa i Viniciusa Juniora dały ostateczne zwycięstwo 4:2.
To był drugi z dwóch towarzyskich meczów Brazylii z Australią w tym zgrupowaniu. W pierwszym, rozegranym 25 września, obie strony podzieliły się punktami po remisie 1:1. Raphinha zapisał się wtedy asystą – jego podanie zapracowało na gola Rayana strzelonego w doliczonym czasie gry.
Więcej szczegółów na temat stanu zdrowia zawodnika ma się pojawić po badaniach. W Barcelonie te słowa brzmią znajomo. I niepokojąco.
Powtórka z mundialu?
29-letni Raphinha zaczął ten sezon w formie życia. W ośmiu meczach dla Barcelony strzelił 14 goli i dodał trzy asysty. Klub doskonale pamięta jednak, jak skończyła się jego ostatnia przygoda z reprezentacją na wielkim turnieju.
Na tegorocznych mistrzostwach świata Raphinha zagrał tylko w dwóch meczach grupowych. W spotkaniu z Haiti doznał urazu uda i nie wystąpił już w żadnym kolejnym meczu turnieju. Brazylia, prowadzona przez Carlo Ancelottiego, ostatecznie odpadła w 1/8 finału, przegrywając z Norwegią 1:2.
Teraz kibice Barcelony z niepokojem czekają na diagnozę. Kolejny uraz mięśniowy uda u kluczowego skrzydłowego – to scenariusz, którego klub chciałby uniknąć za wszelką cenę.
„Erkka Seppälä, Jean Dupuy oraz Joni Piipponen powinni wrócić do gry wraz z rozpoczęciem drugiej rundy sezonu zasadniczego” – czytamy w komunikacie biura prasowego ECZD Zagłębia Sosnowiec.
Najdłużej z tej trójki czeka na powrót fiński napastnik Erkka Seppälä. Klub podaje, że jego rehabilitacja idzie zgodnie z wcześniejszymi rokowaniami – zawodnik trenuje indywidualnie pod okiem sztabu Zagłębia. Jeśli plan się nie zmieni, Seppälä ma być gotowy do gry w połowie października.
Inaczej wygląda sprawa Jeana Dupuya i Joniego Piipponena. Obaj nabawili się drobnych urazów w meczach sparingowych i od tamtej pory pracują pod opieką medyczną według indywidualnych planów treningowych. Dupuy jest Kanadyjczykiem, Piipponen – Finem. Klub zapowiada, że obaj wrócą na parkiet na początku drugiej rundy TAURON Hokej Ligi.
Rotacja, nie kontuzje – tłumaczył trener po pierwszym meczu
Brak Dupuya i Piipponena w składzie na inauguracyjne spotkanie sezonu z Cracovią nie umknął kibicom – pytania posypały się szybko. Trener Zagłębia Matias Lehtonen uciął jednak spekulacje po meczu: to była rotacja, nie problemy zdrowotne. Różnica istotna, bo sugeruje, że urazy obu graczy nie są na tyle poważne, by trzymać ich poza składem dłużej niż zakłada harmonogram.
Zagłębie Sosnowiec czeka więc na start drugiej rundy z nadzieją, że skład wzmocni się o trzech zawodników praktycznie jednocześnie.
„Wierzę, że prawda obroni się sama” — napisał Mamed Ch. w oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych, odnosząc się do wyroku, jaki zapadł miesiąc wcześniej w Sądzie Rejonowym w Tarnowskich Górach. Legenda MMA w lipcu została nieprawomocnie skazana. Teraz na jaw wychodzą nowe kulisy sprawy, którą Wirtualna Polska zdołała zrekonstruować w szczegółach.
Sąd uznał, że sportowiec w latach 2016-2017 kupował w Polsce i Czechach kradzione samochody. Na liście pojazdów znalazły się luksusowe modele — BMW M6 GT oraz BMW 750 X-drive. To nie wszystko. Zawodnik miał także kierować działaniami, które doprowadziły do podpalenia dwóch samochodów w Rybniku. Sam Mamed Ch. nie przyznaje się do winy i zapowiedział już złożenie apelacji.
Handlarz zwierząt jako łącznik z czeskim podziemiem
Kluczową postacią w tej historii jest Jakub Ś. — mężczyzna, który przez lata handlował zwierzętami i organizował wystawy egzotycznych okazów, traktując to jako pasję i źródło dochodu. To właśnie dzięki tej działalności zbudował sieć kontaktów w Polsce i Czechach. Z czasem jego druga pasja, motoryzacja, zaprowadziła go do czeskiego środowiska specjalizującego się w samochodach-klonach.
Mechanizm, jaki opisuje sąd, był prosty — i brutalny w swojej prostocie. Grupa kupowała rozbite auta wraz z dokumentami, a potem przenosiła numery VIN z wraków na luksusowe pojazdy pochodzące z kradzieży. Jakub Ś. odgrywał w tym układzie rolę łącznika między dostawcami z Czech a nabywcami w Polsce. Według sądu jednym z głównych odbiorców tak przygotowanych samochodów był właśnie Mamed Ch.
Znajomość obu mężczyzn miała zacząć się wiosną 2016 roku, choć pierwszy epizod nie wróżył dobrej współpracy. Jakub Ś. wraz ze wspólnikiem kupił w Czechach samochód za 38 tysięcy euro, przeznaczony dla Mameda — podczas jazdy próbnej doszło jednak do awarii skrzyni biegów i zawodnik wycofał się z transakcji. Współpracy to nie zakończyło. Jakub Ś. zaproponował mu wspólne interesy związane ze sprzedażą samochodów-klonów przywożonych z Czech.
Do pierwszej faktycznej transakcji doszło w sierpniu 2016 roku. Mamed Ch. wraz z dwoma mężczyznami oraz Jakubem Ś. wyjechał do Czech po samochód wyceniany na 178,2 tys. zł. Po negocjacjach zapłacił za niego zaledwie pięć tysięcy euro, a Jakub Ś. zarobił na tym tysiąc euro prowizji. Gorzej wyszła kolejna transakcja — dwa samochody za łącznie około 60 tysięcy euro skończyły się interwencją czeskiej policji, gdy okazało się, że pojazdy są zgłoszone jako skradzione. Pieniądze na tę transakcję wyłożył Mamed Ch., który później domagał się od Jakuba Ś. ich zwrotu.
Napięcia między wspólnikami zbiegły się z innym wątkiem sprawy. W marcu 2017 roku były mąż partnerki Jakuba Ś. doniósł na policję o nielegalnym przetrzymywaniu przez niego dzikich zwierząt. W odwecie Jakub Ś. miał namówić Mameda Ch. do zniszczenia samochodu należącego do donosiciela. W nocy z 11 na 12 kwietnia 2017 roku pojazd faktycznie spłonął. Nagrania z monitoringu, które zabezpieczyła policja, okazały się jednak zbyt niewyraźne, by rozpoznać sprawców czy odczytać numery rejestracyjne — podpalaczy nigdy nie namierzono.
„Ten sport przeżywa rozkwit. Każdy wskaźnik, w tym zapotrzebowanie na zespoły, rośnie” – powiedział Zak Brown, dyrektor generalny McLaren, w rozmowie z Bloombergiem. O rozwoju sportu szef ekipy F1 mówił już po tym, jak sprzedano udziały w McLaren w 2025 roku.
McLaren lada moment ma przedstawić sprawozdanie finansowe za 2025 rok. Z informacji Sky News wynika, że przychody spółki wyniosły 588 mln funtów, czyli ok. 779,6 mln dolarów. To nie tylko Formuła 1 – w kwocie tej ujęto również działalność zespołu IndyCar – choć właśnie F1 zgarnia lwią część tortu: ponad 90 proc. przychodów McLaren wygenerowały aktywności związane z tą serią. Analitycy nie mają wątpliwości: McLaren ma realną szansę zostać pierwszym zespołem F1, który przekroczy poziom 1 mld dolarów przychodów.
Rekordowa wypłata dla Browna
Dokumenty finansowe mają potwierdzić rekordową wypłatę dla Zaka Browna. Świadczenie przekroczyło 75,4 mln funtów, czyli ok. 100 mln dolarów. Dla porównania: jeszcze w 2024 roku Brown otrzymał 6 mln funtów podstawowego wynagrodzenia oraz 31 mln funtów w ramach długoterminowego programu motywacyjnego – łącznie niespełna 49 mln dolarów. Skok jest więc ponaddwukrotny. Rekordowa kwota wypłaty w 2025 roku wynika z przyznania akcji po transakcji właścicielskiej.
Transakcję tę przeprowadziły państwowy fundusz majątkowy Mumtalakat z Bahrajnu oraz Abu Dhabi CYVN Holdings – to one kupiły pozostałe 30 proc. zewnętrznych udziałów w McLaren Racing. Wartość zespołu w tej umowie ustalono na 3,5 mld funtów, czyli ponad 4,6 mld dolarów.
Brown: sport przeżywa rozkwit
Brown nie ma wątpliwości, że wyceny zespołów F1 wciąż mają przestrzeń do wzrostu. „Nie sądzę. Jeśli spojrzymy na sport w ogólności, choć z pewnością nie jestem ekspertem od każdej dyscypliny, zobaczymy, że jego wartość od dawna stale rośnie. Za każdym razem, gdy pojawia się rekordowy kontrakt, ludzie mówią, że to przesada. Po pięciu latach okazuje się jednak, że ceny poszły jeszcze wyżej” – stwierdził, odnosząc się do tezy o rzekomym szczycie wycen.
Szef McLaren wskazał też na siłę popytu wokół samej serii. „Popyt jest silny. Nasz samochód promują największe marki na świecie, takie jak Mastercard czy Google, a rywalizacja stoi na bardzo wysokim poziomie” – powiedział. Obecny kalendarz F1 obejmuje 24 wyścigi. Zainteresowanie organizacją zawodów jest jednak tak duże, że – jak twierdzi Brown – wystarczyłoby go nawet na 30 rund.
Dyrektor McLaren podkreślił też rosnącą liczbę partnerów biznesowych sportu. „To przyniosło znakomite efekty. Dziesiątki i setki milionów kibiców śledzą rywalizację, a liczba sponsorów i partnerów zaangażowanych w ten sport jest większa niż kiedykolwiek. Formuła 1 przeżywa rozkwit i oby ten trend trwał jak najdłużej” – dodał.
Zwrócił uwagę również na wyrównany poziom rywalizacji na torze. „W ubiegłym roku zwyciężały cztery zespoły, a siedmiu różnych kierowców wygrało co najmniej kilka wyścigów” – zauważył. „Po raz pierwszy w ciągu 30 lat śledzenia tego sportu widziałem taką sytuację. Rywalizacja na torze jest znakomita, a wydarzenia poza nim, pokazywane przez Netflix, również przyciągają uwagę” – podsumował.
„Wiemy, jak Parnasse jest mocny, więc to nie było dla mnie zaskoczenie. To jest materiał nawet na mistrza UFC. Jak teraz sobie wyobrażę, że miałby bić się z Gaethje… to powiem szczerze, że 50 na 50. Może stawiałbym nawet minimalnie na Parnasse” — mówi Marian Ziółkowski.
Trudno nie słuchać uważnie, gdy o Salahdine’ie Parnasse’ie opowiada właśnie były mistrz KSW. Obaj skrzyżowali rękawice w klatce KSW, a do tego pojedynku podchodzono kilka razy, zanim w końcu doszło do niego w maju 2025 roku. W drugiej odsłonie rywalizacji Ziółkowski przegrał z Francuzem. Teraz, gdy Parnasse przeniósł się do UFC, Polak ocenia jego szanse nie z fotela eksperta, a kogoś, kto tę siłę poczuł na własnej skórze.
Parnasse stoczył w organizacji Dany White’a dopiero jedną walkę. Wystarczyła, żeby zrobić się głośno. Sam prezydent UFC był zachwycony jego postawą w debiucie. Francuz nie kryje ambicji — jest przekonany, że może już rywalizować ze ścisłą czołówką wagi lekkiej, a w kolejnym pojedynku chciałby stanąć w oktagonie z Maxem Hollowayem.
Kto mógłby go zatrzymać?
Ziółkowski, występując w programie KSW Battlecourse, wskazał zawodników, którzy teoretycznie mogliby przerwać marsz Parnasse’a przez wagę lekką UFC. W hipotetycznym starciu z Justinem Gaethje, obecnym mistrzem UFC w tej kategorii, Polak nie widzi jasnego faworyta — szanse ocenia na 50 na 50, z lekkim wskazaniem na Francuza. Dopiero gdy pada pytanie o realną przewagę, pojawiają się dwa nazwiska: Arman Tsarukyan i Ilia Topuria.
Sam Ziółkowski nie ma czasu na rozmyślanie o przyszłości innych — czeka go własna walka. Najbliższy pojedynek stoczy 10 października na gali KSW 122 w Tarnowie, gdzie zmierzy się w rewanżu z Wilsonem Varelą. Pierwsze starcie tej dwójki skończyło się dla Polaka kontuzją — tym razem stawka jest więc wyraźnie osobista.
„Luke Johnson (Wielka Brytania) / Jan Zieliński (Polska) – Robert Galloway (USA, 4) / Andre Goransson (Szwecja, 4) 7:6 (7), 7:5″ – taki wynik pojawił się we wtorek na tablicy w Chengdu. Tym samym zakończyły się długie poszukiwania kolejnego tytułu przez polskiego deblistę. Jan Zieliński i Luke Johnson wygrali turniej ATP w chińskim Chengdu – impreza zakończyła się właśnie we wtorek.
W finale Polak i Brytyjczyk pokonali Roberta Gallowaya i Andre Goranssona, parę rozstawioną z numerem czwartym. Jednostronnego widowiska nie było – w pierwszym secie nie padło ani jedno przełamanie serwisu, a o wszystkim zadecydowały detale w najważniejszych momentach.
Już w piątym gemie Galloway i Goransson mieli pierwszą piłkę setową, ale Zieliński z Johnsonem wybronili się z kryzysu. Chwilę później, w dziesiątym gemie, role się odwróciły – sami dostali trzy szanse na zamknięcie seta przy serwisie rywali. Żadnej nie zamienili na punkt. O losach partii musiał więc zdecydować tie-break, a i tam Polak z Brytyjczykiem musieli gonić wynik. Przy 2-5 obronili dwie piłki setowe rywali i finalnie wygrali 9-7.
Drugi set potoczył się inaczej. Do stanu 5:5 obie strony pilnowały swojego serwisu bez żadnych okazji do przełamania. W kolejnym gemie Zieliński i Johnson w końcu przełamali rywali i zamknęli seta 7:5.
Droga do finału i długie czekanie na tytuł
Na trofeum w Chengdu polski deblista czekał od dawna. Poprzedni tytuł w cyklu ATP Zieliński zdobył w 2024 roku, grając w parze z Hugo Nysem. Od tamtej pory zdołał dojść jeszcze do trzech finałów ATP – żadnego z nich jednak nie wygrał. Wtorkowy triumf w Chengdu to dla niego już szósty tytuł w karierze na ATP Tour i pierwszy zdobyty w parze z Johnsonem.
Do finału para dotarła, eliminując po drodze kilka mocnych zestawień. Zieliński i Johnson pokonali Seydou Doumbię i Fabiena Reboula, a w kolejnej rundzie poradzili sobie z doświadczonym duetem Johna Peersa i Michaela Venusa. Wcześniej z turnieju wyeliminowali także Jakoba Schnaittera i Marka Wallnera – i tak, krok po kroku, zbudowali passę, która zakończyła się wtorkowym zwycięstwem nad rozstawioną czwórką turnieju.
„Nie będę udawać, że to nie boli, bo boli” — napisała Julia Szeremeta w mediach społecznościowych, ponad tydzień po bolesnej porażce na mistrzostwach Europy.
23-letnia zawodniczka, wicemistrzyni olimpijska z Paryża, we wrześniu zadebiutowała wśród seniorek na mistrzostwach Europy w boksie. Debiut skończył się szybciej, niż wielu się spodziewało. Szeremeta odpadła już w 1/8 finału. Jej pierwszą i zarazem ostatnią rywalką na turnieju była Bułgarka Stanimira Petrowa.
Werdykt sędziów nie pozostawiał wątpliwości — punktacja jednoznacznie przechylała się na korzyść zawodniczki z Bułgarii. Sama Szeremeta miała jednak spore zastrzeżenia do sędziowania. Zaraz po walce, w rozmowie przytoczonej przez reportera Interii Artura Gaca, nie kryła emocji.
„Były łzy i dalej się pojawiają, jak o tym myślę” — mówiła wtedy Polka.
Szeremeta przekonywała, że pierwsza runda należała do niej. Przyznała jednak, że nie potrafi wytłumaczyć finalnego rozstrzygnięcia. „Nie wiem, co się stało na kartach punktowych. Cóż, nic na to nie poradzę” — mówiła. Pojedynek oceniła jako wyrównany, zaznaczając, że o wszystkim zadecydował początek starcia. „Cóż, nie czuję się w tym pojedynku przegrana, ale przynajmniej zaboksowałam swoje” — dodała wówczas.
Ból wraca po tygodniu
Od tamtych wydarzeń minął już ponad tydzień, ale emocje nie opadły. Świadczy o tym najnowszy wpis Szeremety w mediach społecznościowych, w którym zawodniczka podzieliła się swoimi przemyśleniami. Nie ukrywała, że porażka wciąż daje o sobie znać.
W tym samym wpisie znalazło się jednak miejsce na coś więcej niż żal. Szeremeta napisała, że każda walka — wygrana czy przegrana — uczy ją czegoś nowego o niej samej. Dodała, że im trudniej, tym mocniej walczy.
Bokserka podziękowała za wsparcie wiernych fanów. Podkreśliła też, że to jej droga, której nikt inny za nią nie przejdzie, i skierowała słowa wdzięczności do tych, którzy trwają przy niej w trudnych chwilach. „Dziękuję tym, którzy zostają przy mnie właśnie w takich momentach — to wy jesteście moją siłą” — napisała.
„Czuję się świetnie. W swojej karierze wiele razy znajdowałem się w takiej sytuacji, więc nie jest to dla mnie nic nowego” – powiedział Luka Doncić podczas spotkania z dziennikarzami. Słoweński rozgrywający w ten sposób odniósł się do nowej roli, jaka go teraz czeka w Los Angeles Lakers – roli lidera po odejściu LeBrona Jamesa.
James pożegnał się z klubem. Otwiera właśnie nowy rozdział kariery w Philadelphia 76ers. Na tegorocznym Media Day Lakers, zorganizowanym w ośrodku klubu w El Segundo, jego zabrakło. Jak zauważył „New York Post”, samo wydarzenie przyciągnęło mniej uwagi niż w poprzednich latach.
Decyzja o zmianie barw klubowych wyszła od samego Jamesa. Menedżer generalny Lakers Rob Pelinka, wspominając wspólne lata z 40-letnim skrzydłowym, nazwał ten czas „wielką erą”.
Nowy rozdział bez LeBrona
Odejście Jamesa przetasowuje układ sił w drużynie. Austin Reaves zostaje w Los Angeles i ma otrzymać jeszcze większą rolę w zespole. Lakers liczą też na środkowego Walkera Kesslera – a on musi jeszcze udowodnić, że był wart ceny, jaką za niego zapłacono. Bo cena była wysoka: za koszykarza klub oddał Utah Jazz dwa niechronione wybory w pierwszej rundzie draftu oraz dwa prawa do zamiany takich wyborów.
Zmian w kadrze jest więcej. Przed startem sezonu w składzie Lakers pojawiło się dziewięciu nowych zawodników. Ambicje klubu z Los Angeles nie zmalały – wciąż liczy na siedemnaste mistrzostwo NBA w swojej historii. Tym, kto ma go do tego poprowadzić, jest teraz Doncić.
„Wiadomo Szymon to jest solidna marka, jest to olimpijczyk, ale mam wrażenie, że on tej walki ze mną unika. Być może ją przekłada w czasie, a może coś się wydarzy w międzyczasie” — mówi Marcin Sianos, kandydat na rywala Szymona Kołeckiego w wadze ciężkiej Babilon MMA.
Sianos, występujący pod pseudonimem „Thanos”, pochodzi z Kołobrzegu i nie kryje rozczarowania. Konkretów w sprawie walki o pas wciąż nie ma. Zawodnik odniósł ważne zwycięstwo w organizacji Tomasza Babilońskiego i liczył, że to właśnie ono otworzy mu drogę do starcia o mistrzowski tytuł.
Sam twierdzi, że wcześniejsze ustalenia nie pozostawiały pola do interpretacji. „Rozmowa była taka, że wygrany z tej walki w Międzyzdrojach dostanie propozycję stoczenia walki o pas. Jesteśmy po słowie i tak też na to liczyłem” — podkreślił zawodnik w rozmowie z portalem InTheCage.PL.
Kołecki ma 44 lata i jest byłym medalistą olimpijskim. Do klatki MMA wrócił po długiej przerwie wymuszonej poważnymi urazami. Pochodzi z Oławy, trenuje pod okiem Mirosława Oknińskiego i reprezentuje Akademię Sportów Walki Wilanów. Od powrotu do sportu w 2024 roku stoczył pięć pojedynków — dwa z nich przyniosły mu pasy mistrzowskie.
Na koncie ma zwycięstwa nad Przemysławem Mysialą i Oli Thompsonem. W poprzednim roku przyszła jednak druga porażka w jego karierze MMA — pokonał go wówczas Marcin Łazarz, kończąc pojedynek efektownie przed czasem, w drugiej rundzie. Rewanż nie kazał długo na siebie czekać, a stawką był tym razem pas mistrzowski w wadze półciężkiej. Kołecki wziął odwet, pokonał Łazarza i sięgnął po tytuł.
W ostatnim starciu Polak poszedł o krok dalej. Zdobył pas mistrzowski w kategorii ciężkiej, poddając w drugiej rundzie Brytyjczyka Stuarta Austina. To właśnie ten tytuł, broniony w barwach organizacji Tomasza Babilońskiego, chciałby odebrać Sianos.
Sianos kwestionuje wagę ciężką Kołeckiego
Kandydat na rywala nie ograniczył się do narzekań na zwłokę. Podważył też sam sens obrony pasa w wadze ciężkiej przez Kołeckiego i kilku innych zawodników. „Szymon nie ma warunków, aby walczyć w kategorii ciężkiej. Szymon Kołecki, Marcin Wójcik czy Przemysław Mysiala – są to zawodnicy, którzy powinni walczyć w swoich kategoriach” — ocenił Sianos.
W tle pojawia się jeszcze jeden wątek. Toczyły się rozmowy dotyczące potencjalnego powrotu Szymona Kołeckiego do organizacji KSW. Być może to tłumaczy, czemu mistrz Babilon MMA nie spieszy się z wyznaczeniem kolejnego przeciwnika w swojej macierzystej federacji, choć Sianos wciąż czeka na odpowiedź.