Dlaczego opony Pirelli, które trafią do bolidów Formuły 1, mają w kolejnych sezonach zużywać się wyraźnie szybciej niż te, na których jeżdżą teraz kierowcy? Odpowiedzi trzeba szukać w testach prowadzonych już w tym sezonie oraz we wnioskach, jakie włoski producent wyciągnął po wprowadzeniu bolidów nowej generacji.
Sprawa wypłynęła podczas weekendu wyścigowego w Baku – poruszył ją George Russell, pytając wprost o plany na 2027 rok. To nie jest drobiazg. Chodzi o sam sposób, w jaki Pirelli projektowało gumę na obecny sezon, i o problemy, które z tamtych założeń wynikły.
Opony na 2026 rok powstawały z użyciem tzw. mułów – bolidów zbudowanych jeszcze na bazie poprzedniej generacji. Te maszyny rozpędzały się wolniej i generowały inny poziom docisku niż samochody nowej generacji, które ostatecznie pojawiły się na torze. Rozbieżność wyszła spora: część danych wskazywała na różnice w przewidywalnym oknie osiągów sięgające nawet 30%. Przełożyło się to na konkretną liczbę – około 4 sekund różnicy w docelowych czasach okrążeń.
Efekt było widać przez cały sezon. Degradacja ogumienia okazała się wyjątkowo niska, a większość zwycięzców tegorocznych wyścigów kończyła rywalizację po zaledwie jednym pit stopie. I to właśnie ten scenariusz Pirelli chce teraz odwrócić.
Prawdziwa maszyna zamiast muła
Simone Berra, główny inżynier Pirelli, potwierdził, że charakterystyka opon zmieni się w sezonie 2027. Kluczowa różnica względem wcześniejszych prac tkwi w narzędziach – w tegorocznych testach rozwojowych producent korzysta już z bolidów nowej generacji, a nie z mułów. „W tym roku pracujemy już nie z tzw. mułem, a prawdziwą maszyną z tego sezonu, dzięki czemu możemy uzyskać lepszy obraz całej sytuacji. Nasz cel nie odnosił się w pierwszej kolejności do balansu czy stabilności samochodu, a bardziej o wygenerowanie większego poziomu degradacji” – powiedział Berra, cytowany przez serwis The Race.
Jak podkreślił inżynier, priorytetem nie był balans ani stabilność samochodu – chodziło konkretnie o podniesienie poziomu degradacji opon. Zespół Pirelli skupił się na samej strukturze opony, testując różne rozwiązania mające wywołać większe zużycie przedniego ogumienia i odmienny poziom degradacji z tyłu. Szczegółów technicznych tych rozwiązań Berra na razie nie zdradza.
„Pomysł był po prostu taki, by zwiększyć poziom degradacji, bo zwłaszcza w pierwszej części sezonu – aczkolwiek też w innych wyścigach – był on dość niski. Pracowaliśmy nad samą strukturą, by wygenerować większe ciepło i przyśpieszyć degradację termiczną. Oczywiście czekają nas jeszcze testy różnych mieszanek przed ustaleniem ich finalną gamy na kolejny rok. To też musimy uwzględnić w naszych ocenach” – dodał Berra.
Sam przyznał zresztą wprost, że poziom degradacji w tym sezonie był dość niski, zwłaszcza na jego początku. Stąd praca nad strukturą opon – tak, by generowały więcej ciepła i szybciej przechodziły degradację termiczną. Przed producentem jeszcze seria testów różnych mieszanek, zanim ustali ostateczną gamę opon na sezon 2027.
Ile osób zmieści jeden e-sportowy weekend w podparyskim hotelu? Aż 288. Tyle miejsc przewidziano na pierwszą edycję Lobby – wydarzenia organizowanego przez stowarzyszenie Resonanc’E-Sport w Suresnes.
Impreza odbędzie się w Campanile PRIME de Suresnes 10 i 11 października 2026 roku. W programie trzy turnieje – Super Smash Bros. Ultimate, Tekken 8 oraz EA Sports FC 26 – a obok nich strefa freeplay czynna przez cały weekend. Drzwi dla graczy i widzów otwarte będą codziennie od 10:00 do 19:00.
Najwięcej miejsc trafiło do Super Smash Bros. Ultimate – 192 sloty na konsolach Nintendo Switch. Tekken 8 przyjmie do 64 graczy na PS5, EA Sports FC 26, także na PS5, pomieści 32 zawodników. Nad każdym meczem czuwa dedykowany arbiter, a same rozgrywki prowadzone są według standardowych formatów obowiązujących w odpowiednich ligach.
Formaty różnią się w zależności od tytułu. W Smash Bros. Ultimate i Tekken 8 obowiązuje podwójna eliminacja – pierwsza porażka zsyła gracza do drabinki przegranych, druga kończy jego udział w turnieju. W EA Sports FC 26 rywalizacja startuje od fazy grupowej, po której najlepsi awansują do finałów.
Nagrody i harmonogram
Łączna pula nagród zapowiedziana przez organizatorów może sięgnąć 1300 euro. Lwia część, maksymalnie 850 euro, powędruje do najlepszych graczy Smash Bros. Ultimate. Tekken 8 wyceniono na 300 euro, EA Sports FC 26 na 150 euro. Organizator zastrzega przy tym, że kwoty te mogą się zmienić w zależności od liczby zgłoszeń do poszczególnych turniejów.
Sobota, 10 października, zaczyna się od rejestracji uczestników w godzinach 10:00–11:00. Zaraz potem, między 11:00 a 18:00, rozegrane zostaną trzy fale kwalifikacyjne Smash Bros. Ultimate oraz cały turniej Tekken 8. W niedzielę, po ponownym powitaniu graczy od 10:00 do 11:00, drabinka Smash Bros. Ultimate wraca do gry i trwa do 16:00. EA Sports FC 26 rozgrywane jest w niedzielę między 14:00 a 18:00. Dzień – i cały weekend – zamykają Top 8 oraz finały na scenie, zaplanowane na godziny 16:00–19:00.
Dla graczy Smash Bros. Ultimate, którzy odpadną z głównej drabinki, przewidziano dodatkową, otwartą dla wszystkich rywalizację z odrębną klasyfikacją.
Udział w turnieju kosztuje od 10 do 20 euro za wydarzenie – cena zależy od terminu rezerwacji. Próg wiekowy różni się w zależności od gry: do Smash Bros. Ultimate i EA Sports FC 26 dopuszczeni są uczestnicy od 12. roku życia, do Tekken 8 – dopiero od 16 lat. Niepełnoletni gracze muszą przedstawić zgodę rodzica.
Dla kibiców wstęp jest darmowy, choć wymaga wcześniejszej, obowiązkowej rejestracji. Pod tym właśnie warunkiem widzowie będą mogli bezpłatnie śledzić mecze i finały.
2:1 – Makuła (54:28)
Tak zapisano w protokole meczowym trafienie Wiktora Makuły. Gol padł w 55. minucie i okazał się zwycięski dla HC Oceláři Trzyniec U20 w starciu z HC Slavia Praga U20. Gospodarze wygrali ostatecznie 3:1, a cząstkowe wyniki tercji to 1:0, 0:1 i 2:0. To właśnie wychowanek JKH trafił do siatki i przechylił szalę na korzyść Trzyńca.
Dla Makuły to już siódmy punkt w tym sezonie. Bilans obejmuje pięć goli i dwie asysty w ośmiu meczach. Do tego osiem minut na ławce kar i solidne +6 w klasyfikacji plus/minus. Samo spotkanie Trzyniec – Slavia Praga nie było ubogie w emocje – padło 32-33 strzałów, sędziowie rozdali w sumie 8-4 minut karnych, a na trybunach zjawiło się 67 widzów.
Majkowski z asystą, Vitkovice bez kompletu punktów
Drugim polskim akcentem tej serii spotkań była asysta Mateusza Majkowskiego w meczu HC Vitkovice Ridera U20 z tą samą Slavią Praga. Gospodarze przegrali 2:3, choć po dwóch tercjach byli już pod ścianą, przegrywając 0:2 – jedyne trafienia zdobyli dopiero w trzeciej odsłonie. Tyski defensor asystował przy kontaktowym golu w 57. minucie, ale to nie wystarczyło, by odwrócić losy meczu.
To druga asysta Majkowskiego w tym sezonie, licząc dziewięć rozegranych spotkań. W tym konkretnym meczu obrońca obejrzał jeszcze 2 minuty karne, a w sezonowej klasyfikacji plus/minus notuje -3. Statystyki starcia Vitkovice – Slavia Praga: 45-32 w strzałach, 8-6 w minutach karnych i 86 widzów na trybunach.
Trzeci polski ślad w czeskiej ekstralidze juniorów zostawił Leon Stryczek. HK Mlada Boleslav U20 wygrała na wyjeździe z HK Mountfield Hradec Králové U20 4:3, a przy trafieniu gości na 1:3 w 27. minucie asystował właśnie 17-letni napastnik. To już jego druga asysta w sezonie. Do tego ma na koncie jednego gola po dziewięciu meczach oraz bilans -2 w plus/minus. W tym pojedynku strzały rozłożyły się 32-37, a minuty karne 16-8.
„To była głupota. Pewna rzecz, która się wydarzyła w emocjach na mistrzostwach świata. To się zdarza i nie chciałbym się więcej do tego odnosić” — tak Javier Aguirre skwitował pytanie o jedną z najsłynniejszych scen mundialu w Katarze.
Doświadczony Meksykanin właśnie został przedstawiony jako nowy szkoleniowiec Valencii. I już na pierwszej konferencji prasowej nie dało się uniknąć tematu, który swego czasu obiegł internet niemal tak szybko jak wyniki samych meczów.
Mowa o scenie z 1/8 finału mistrzostw świata między Meksykiem a Anglią — spotkania, które Anglicy wygrali 3:2. Aguirre, wtedy selekcjoner reprezentacji Meksyku, przywołał do siebie skrzydłowego Anthony’ego Gordona, rzucił w jego stronę żartobliwą obelgę, a chwilę później wybuchnął śmiechem — dając piłkarzowi jasny sygnał, że po prostu się z nim droczy. Nagranie tej wymiany zdań szybko stało się jedną z najczęściej powtarzanych scen całego turnieju.
Gordon zresztą nigdy nie miał o to do Aguirre’a żalu. Po tamtym meczu mówił, że to była tylko odrobina zabawy — coś, co dobrze robi w napięciu i emocjach, jakie towarzyszą takiemu spotkaniu.
Nowy rozdział w Walencji — i znów Gordon na horyzoncie
Teraz drogi trenera i skrzydłowego skrzyżują się po raz drugi. Tym razem na boiskach La Liga. Valencia zmierzy się z FC Barceloną 31 stycznia, a w barwach katalońskiego klubu gra właśnie Anthony Gordon.
Aguirre uprzedził, że na żarty i przekomarzanki przy linii boiska tym razem nie ma co liczyć. „Serdecznie go pozdrowię, mamy bardzo ładne zdjęcie. Może poproszę go o to, by podpisał je dla moich dzieci. Piękne zdjęcie. Bardzo dobrze mówi po hiszpańsku” — powiedział trener, tym razem w zupełnie innym, znacznie cieplejszym tonie.
67-letni szkoleniowiec przejął Valencię w niełatwym momencie. Odkąd przyszedł, klub wygrał tylko jeden mecz, a pięć razy przegrał — w tym boleśnie, 0:5, właśnie z Barceloną Gordona. Styczniowy rewanż na Camp Nou będzie więc dla Meksykanina czymś więcej niż spotkaniem z bohaterem viralowego nagrania. To także szansa, by wreszcie przełamać złą passę.
„Stanowisko Ferrari jest jasne i się nie zmieniło. Ferrari już podjęło swoje decyzje. Ufamy Fredowi i jego zespołowi, całkowicie im ufamy, i nadal tak będzie” – powiedziała Maria Conti, dyrektor ds. komunikacji Ferrari, cytowana przez „The Race”. We wtorek, w rozmowie z wybranymi dziennikarzami, padła jasna deklaracja: kierownictwo stajni z Maranello wciąż ufa szefowi zespołu Fredericowi Vasseurowi.
Powodem interwencji były narastające plotki o przyszłości Vasseura. Zaczęły już odbijać się na atmosferze w garażu Ferrari. Iskrą była wypowiedź Christiana Hornera, byłego szefa Red Bull Racing, dla dziennika „The Times”. Promując swoją nową książkę, Horner powiedział, że Ferrari jest jedynym zespołem Formuły 1, w którym chciałby pracować bez obejmowania udziałów w jego własności. Słowa te opublikowano w ubiegły weekend i szybko zaczęły żyć własnym życiem. Pojawiły się pytania, czy Horner mógłby zastąpić Vasseura na czele włoskiego zespołu.
Sam Vasseur nie krył frustracji po Grand Prix Azerbejdżanu. Przyznał, że nieustanne pytania o jego stanowisko stały się męczące i zaczęły wpływać na funkcjonowanie zespołu. „Nie pracujemy w idealnej atmosferze spokoju” – powiedział wprost. Co istotne, według Conti temat nie wygasł naturalnie po wyścigu – wręcz przeciwnie. W niedzielę i poniedziałek po GP Azerbejdżanu medialny szum wokół przyszłości Vasseura tylko przybierał na sile, choć w takich sytuacjach powinien raczej słabnąć.
Dlaczego Ferrari zdecydowało się na oświadczenie właśnie teraz
Zespół chciał zamknąć temat przed najbliższym wyścigiem w Malezji, żeby doniesienia o zmianach na stanowisku szefa nie zdominowały relacji z tej rundy. „Chcielibyśmy uniknąć sytuacji, w której cały kolejny weekend w Malezji będzie skupiony wyłącznie na tego rodzaju plotkach i spekulacjach” – wyjaśniła Conti. Jak dodała, oświadczenie nie było odpowiedzią wyłącznie na wywiad Hornera, lecz reakcją na sumę doniesień o przyszłości zespołu i jego szefa, które napływały w ostatnich tygodniach.
Rzeczniczka Ferrari podkreśliła również, że włoski zespół musi teraz zachować jedność. Dodała przy tym, że dla Maranello takie zawirowania komunikacyjne nie są niczym nowym. „Ferrari jest przyzwyczajone do wielu komunikacyjnych 'burz'” – powiedziała, odnosząc się do kontrowersji, jakie wywołała w tym roku premiera elektrycznego modelu Ferrari Elettrica.
Co ciekawe, sama wypowiedź Hornera nie została odebrana jako atak na Vasseura. Conti nazwała ją wręcz potwierdzeniem statusu, jaki Ferrari zajmuje w świecie sportów motorowych. „Ferrari zawsze przyciągało wyjątkowe zainteresowanie i jest naturalne, że wielu profesjonalistów chce być jego częścią. To odzwierciedla siłę tego, co naprawdę reprezentuje Ferrari” – oceniła.
Warto zauważyć, kto tym razem nie zabrał głosu. W przeszłości podobne deklaracje w obronie szefa zespołu składali osobiście prezes Ferrari John Elkann oraz dyrektor generalny Benedetto Vigna. Tym razem zarząd uznał, że nie ma potrzeby angażowania najwyższego kierownictwa w publiczne oświadczenie. Conti zapewniła jednak, że jej słowa mają pełne poparcie na najwyższym poziomie firmy. „Nie ma tu ze mną Johna i Benedetta, ale oczywiście działam w pełnym porozumieniu z najwyższym kierownictwem” – powiedziała, dodając: „Ferrari podjęło swoje decyzje. Frederic Vasseur i jego zespół mają nasze zaufanie. Nic się nie zmieniło i nadal tak będzie. To wszystko”.
„Mój człowiek. Zróbmy to!” — odpisał Aljamain Sterling Kevinowi Vallejosowi na platformie X. Krótko, konkretnie i właściwie po tych słowach wymiana zdań, która zaczynała się jako zwykła internetowa przepychanka, zamieniła się w zarys jednego z ciekawszych starć, jakie waga piórkowa może zobaczyć w najbliższych miesiącach.
Zaczęło się we wtorek. Sterling sam wywołał 24-letniego Vallejosa do walki. „Jeśli zaakceptujesz inny pojedynek, będzie to oznaczać, że po prostu lękasz się prawdziwego wyzwania” — napisał bez ogródek. A potem dosypał jeszcze więcej pieprzu, przywołując wcześniejszą rywalizację: „Najpierw Silva, teraz ty? Wy, młodzi, potrzebujecie solidnej lekcji historii, a ja będę, k***a, nauczycielem”.
Vallejos nie stracił zimnej krwi. Odpowiedział krótko, z nutą szacunku wobec starszego rywala: „Do zobaczenia wkrótce, legendo”. I to właśnie ten jeden wpis odblokował entuzjazm Sterlinga, który natychmiast przybił żartobliwą „piątkę” w sieci i zgodził się na pojedynek.
Kontekst: plan B, który stał się planem A
Jeszcze do niedawna media wskazywały Lerona Murphy’ego jako najbardziej prawdopodobnego kolejnego rywala Vallejosa. Ten wariant jednak się rozsypał — Murphy nie zdąży wrócić do klatki jeszcze w tym roku. I właśnie ta pusta data w kalendarzu otworzyła drzwi Sterlingowi, który sam zgłosił się po nowego przeciwnika.
Bilans Vallejosa w UFC mówi sam za siebie: 4-0, trzy nokauty na koncie. W rankingu META wagi piórkowej zajmuje 10. miejsce. Sterling, choć pasa już nie ma, wciąż siedzi wyżej — na 4. pozycji — a stać go tam dwie ostatnie wygrane, nad Brianem Ortegą i Youssefem Zalalem.
Dla Vallejosa to szansa na skok w rankingu i największy test w jego krótkiej, ale efektownej karierze w organizacji. Dla Sterlinga — kolejna okazja, żeby przypomnieć wszystkim, że wciąż należy do ścisłej elity kategorii, w której sam był kiedyś numerem jeden.
«Adaptacja Alvaro przebiega znakomicie. Jeśli coś go charakteryzuje, to ogromne doświadczenie. Przeżył już wiele takich sytuacji. Alvaro będzie ważnym zawodnikiem Leganes. Będzie strzelał gole dla Leganes i nie mam co do tego żadnych wątpliwości» – przekonywał po meczu trener Ruben Albes.
Nietrudno zgadnąć, w jakich okolicznościach padły te słowa. Hiszpański napastnik w letnim okienku transferowym opuścił Como i przeniósł się do Leganes, klubu grającego w drugiej lidze hiszpańskiej, La Liga Hypermotion. W poniedziałkowym meczu po raz pierwszy rozpoczął domowe spotkanie Leganes w podstawowym składzie.
Czwarta minuta, piłka trafia do Moraty, przed nim praktycznie pusta bramka. Wystarczyło uderzyć celnie. Nie wystarczyło – napastnik nie trafił jak trzeba i zmarnował sytuację. Na pierwszego gola dla nowego klubu wciąż czeka.
Kiedy schodził z boiska, trybuny nie mówiły jednym głosem. Część kibiców zagwizdała, inni zaczęli bić brawo, jakby chcieli mu powiedzieć, że wciąż wierzą.
Klub i szatnia jednym głosem
Po meczu za napastnika wstawił się trener Ruben Albes. Jeszcze przed spotkaniem chwalił jego zaangażowanie i pracę na treningach.
Morata czuje się dobrze, naprawdę bardzo dobrze. Pokazuje to każdego dnia swoim zaangażowaniem. Musimy cieszyć się Alvaro, a Alvaro musi cieszyć się grą w Leganes.
Do obrony Moraty dołączył też Miguel Atienza, pomocnik Leganes. Nazwał go liderem o silnej mentalności.
Błędy są częścią futbolu. Alvaro o tym wie. Biorąc pod uwagę wszystko, co daje mi osobiście, jego obecność tutaj, pracę i zaangażowanie, mogę być mu tylko bardzo wdzięczny. Ma bardzo silną mentalność i jest liderem. Takie sytuacje są częścią tej gry.
W klubie nieprzypadkowo przypomina się też samą decyzję Moraty o dołączeniu do Leganes. Napastnik zgodził się zejść na niższy poziom rozgrywkowy, aby zasilić drużynę – i to właśnie ten gest, jak się wydaje, tłumaczy, czemu trener i koledzy z szatni bronią go tak zgodnie, mimo słabego startu.
„Katarzyna Kawa przeszła przez eliminacje i zadebiutuje w głównej drabince zawodów WTA 1000 na kortach twardych w Pekinie” – tak organizatorzy chińskiego turnieju skomentowali awans Polki do wielkiej imprezy. To pierwszy w karierze awans Kawy do głównej drabinki tych zawodów.
Łatwo nie było. Najpierw Kryniczanka pokonała Japonkę Rinko Matsudę 7:6(6), 2:6, 6:3, a chwilę później okazała się lepsza od Rosjanki Walerii Sawinych, wygrywając 6:3, 7:5.
W I rundzie głównej drabinki czeka na nią Ukrainka Daria Snigur. Rywalka ma za sobą wyjątkowy rok – w 2025 roku Snigur po raz pierwszy w karierze wpisała się do Top 100 rankingu WTA i aktualnie zajmuje 46. pozycję w światowym zestawieniu.
Warszawski ślad w karierze Snigur
Ukrainka pochodzi z Kijowa, ale jej baza treningowa od pewnego czasu znajduje się w Warszawie. Głównym trenerem wciąż pozostaje ojciec Siergiej, ale w rozwoju zawodniczki swój udział ma też Dawid Celt – kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King. I właśnie ten polski wątek w sztabie Snigur dodaje jej starciu z Kawą dodatkowej intrygi.
Obie zawodniczki grały już przeciwko sobie. W sezonie 2026 Snigur okazała się lepsza od Kawy w kwalifikacjach do wielkoszlemowego Australian Open. Teraz Polka dostaje szansę na rewanż – i to od razu na dużo wyższym szczeblu rozgrywek.
Zwyciężczyni tego pojedynku czeka starcie z rozstawioną z numerem 14 Włoszką Jasmine Paolini w II rundzie. Mecz Kawa – Snigur zaplanowano na środę 30 września jako drugi w kolejności od godziny 5:00 czasu polskiego na korcie HSBC Moon.
„Martin był, bo się cieszy, że go wyprodukował. Jak odchodzi z KSW Francuz, to idziemy do narożnika, jak odchodzi Polak, to ślemy mu… (pokazał środkowy palec). Jak odchodzi Polak, to ciśniemy go” – powiedział trener Mirosław Okniński na kanale „FanSportu”. Innymi słowy: Martin Lewandowski, współwłaściciel KSW, ma według niego stosować podwójne standardy wobec zawodników odchodzących do UFC.
Rzecz dotyczy dwóch byłych gwiazd KSW, potraktowanych – jak twierdzi Okniński – zupełnie inaczej. Salahdine Parnasse przez lata był jedną z największych twarzy promocji i zdobył mistrzowskie pasy w dwóch różnych kategoriach wagowych. Zanim przeniósł się do UFC, zdążył jeszcze stoczyć pojedynek w Stanach Zjednoczonych dla organizacji Most Valuable Promotions – Lewandowski towarzyszył mu wtedy osobiście.
We wrześniu Parnasse zadebiutował w oktagonie UFC. Walkę wieczoru gali w Paryżu stoczył z Danem Hookerem i wygrał już w pierwszej rundzie. Przy klatce, tuż obok Francuza, stał wtedy Martin Lewandowski.
Inny scenariusz dla Ruchały
Z Robertem Ruchałą, jak zauważa Okniński, było zupełnie inaczej. Zawodnik zbudował swoje nazwisko właśnie w KSW, gdzie sięgnął po tymczasowy pas mistrzowski wagi piórkowej. Gdy zdecydował się na przejście do UFC, reakcja szefa KSW wyglądała diametralnie inaczej niż przy odejściu Parnasse’a – Lewandowski nie szczędził Ruchale ostrych słów po jego rozstaniu z organizacją.
Ten kontrast – wsparcie dla odchodzącego Francuza, krytyka wobec odchodzącego Polaka – Okniński nazwał wprost hipokryzją. Powiedział to bez ogródek, na kanale „FanSportu”. I znów wraca ten sam temat: jak KSW traktuje zawodników, którzy decydują się na krok w stronę największej organizacji MMA na świecie.
„Cesc Fabregas ma umowę z Como do 2028 roku i obecnie nie planuje opuszczać włoskiego klubu” — tak w skrócie sytuację hiszpańskiego szkoleniowca ujmuje dziennikarz Gianluca Di Marzio. Włoch dodał jednak szczegół, który może odwrócić ten obrazek w dowolnym momencie.
Fabregas zaczynał trenerską karierę na najwyższym poziomie właśnie w Como — najpierw wprowadził zespół do Serie A, później do Ligi Mistrzów. To wystarczyło, żeby przypomniały o nim kluby, z którymi kojarzy się jako piłkarz. Di Marzio twierdzi, że w jego kontrakcie zapisano specjalną klauzulę dotyczącą trzech konkretnych zespołów: FC Barcelony, Arsenalu oraz Chelsea.
To nie przypadek. Fabregas grał w trakcie kariery piłkarskiej właśnie dla Barcelony, Arsenalu i Chelsea — klauzula obejmuje więc kluby, z którymi łączy go wieloletnia, sentymentalna więź. Zapis pozwala jednemu z tej trójki zatrudnić trenera za wcześniej ustaloną, stosunkowo niewielką kwotę odstępnego. Bez negocjacji z Como od zera.
Co ciekawe, Real Madryt w tym zapisie się nie znalazł, choć latem 2025 roku nazwisko Fabregasa łączono właśnie z tym klubem. Zainteresowanie trenerem wyraziło wtedy też kilka czołowych włoskich zespołów, ale sam szkoleniowiec zmiany otoczenia nie brał poważnie pod uwagę.
Dlaczego akurat Barcelona?
Na razie Barcelona nowego trenera nie szuka. Hansi Flick przedłużył kontrakt z klubem do 2028 roku, a wcześniej sugerował, że praca w Katalonii może być jego ostatnią w karierze trenerskiej — po jej zakończeniu nie planuje prowadzić kolejnego zespołu.
I to właśnie ten szczegół zmienia klauzulę z formalności w coś więcej. Umowa Fabregasa z Como wygasa w 2028 roku — dokładnie w tym samym roku, w którym kończy się kontrakt Flicka z Barceloną. Kalendarze obu umów się zgrywają, a specjalny zapis w kontrakcie Hiszpana daje Barcelonie możliwość ruchu wcześniej, gdyby stanowisko trenera zwolniło się przed 2028 rokiem.
Na razie to tylko zabezpieczenie na przyszłość, nie żaden plan działania. Ale w piłce, gdzie ławki trenerskie zmieniają się z dnia na dzień, taki zapis w umowie potrafi znaczyć więcej niż jakikolwiek komunikat prasowy.