Poniedziałkowy poranek w Royse City w Teksasie. Co tam robił dwukrotny mistrz NBA? Trafił do aresztu. J.R. Smith został zatrzymany przez tamtejszych funkcjonariuszy na podstawie nakazu wystawionego w Southlake.
Sprawę opisano jako zarzut napaści, która miała doprowadzić do obrażeń ciała w związku z przemocą domową. Służby nie ujawniły jednak szczegółów zdarzenia ani danych osoby poszkodowanej – nie wiadomo też nic o charakterze obrażeń.
To nie pierwszy raz, gdy nazwisko Smitha wypływa przy okazji poważnych kłopotów z prawem. W 2007 roku, gdy wciąż grał w NBA, uczestniczył w groźnym wypadku samochodowym w New Jersey, w którym zginął jego przyjaciel Andre Bell. Dwa lata później, w 2009 roku, został w tej sprawie skazany. Sąd wymierzył mu 90 dni więzienia, z czego 60 zawieszono, i dołożył do tego 500 godzin prac społecznych.
Kariera pełna tytułów i wzlotów
W lidze spędził 16 sezonów. Grał kolejno dla New Orleans Hornets, Denver Nuggets, New York Knicks, Cleveland Cavaliers i Los Angeles Lakers. Pierwszy tytuł mistrzowski przyszedł z Cavaliers – w 2016 roku Cleveland sięgnęło po mistrzostwo NBA po raz pierwszy w historii klubu, a Smith był częścią tamtej ekipy.
Cztery lata później powtórzył wyczyn, tym razem w barwach Los Angeles Lakers prowadzonych przez trenera Franka Vogela. Wcześniej, w sezonie 2012/13, zgarnął nagrodę Sixth Man of the Year dla najlepszego rezerwowego ligi.
Bilans całej kariery: 977 spotkań w sezonie zasadniczym, średnio 12,4 punktu, 3,1 zbiórki i 2,1 asysty na mecz. W pierwszej piątce wystąpił 395 razy. Lakers okazali się ostatnim przystankiem w jego karierze – po sezonie 2019/20 Smith nie wrócił już do regularnej gry w NBA.
Co przesądziło o porażce Czechów z Anglią w Pradze? Wszystko rozstrzygnęło się w 25. minucie, kiedy sędzia po interwencji VAR zamienił żółtą kartkę dla Pavla Sulca na czerwoną. Gospodarze grali w osłabieniu przez ponad godzinę i ostatecznie przegrali 0:2.
To był pierwszy mecz obu drużyn w tegorocznej edycji Dywizji A Ligi Narodów. Obie ekipy wchodziły na boisko z bagażem porażki – Czesi wcześniej przegrali z Chorwacją, Anglicy ulegli Hiszpanii – więc w Pradze każda strona liczyła na pierwsze punkty.
Od początku inicjatywę przejęli goście. Już w 15. minucie Morgan Rogers huknął z około dwunastu metrów, ale piłka odbiła się od słupka. Sześć minut później podobną okazję zmarnował Anthony Gordon, uderzając niecelnie.
Potem przyszedł moment, który zdecydował o wszystkim. W 23. minucie Pavel Sulc ostro wszedł w Elliota Andersona. Sędzia Halil Umut Meler z Turcji pierwotnie sięgnął po żółtą kartkę, ale po obejrzeniu powtórek na monitorze VAR zmienił zdanie – w 25. minucie pomocnik Czechów zobaczył czerwień i musiał zejść z boiska.
Przewaga liczebna nie od razu przełożyła się na gole. W 31. minucie kolejny strzał Morgana Rogersa obronił bramkarz gospodarzy. Tuż przed przerwą popisał się jeszcze Matej Kovar, broniąc uderzenie Harry’ego Kane’a, napastnika Bayernu Monachium. Do szatni obie drużyny schodziły przy remisie 0:0.
Gordon i Kane rozstrzygają w drugiej połowie
Po zmianie stron Anglicy nie kazali długo na siebie czekać. W 47. minucie Anthony Gordon główkował po dośrodkowaniu Trenta Alexandra-Arnolda i otworzył wynik. Mogło być jeszcze gorzej dla Czechów – chwilę potem swoje szanse zmarnowali Bukayo Saka i Lewis Hall.
Gospodarzom uśmiechnęło się szczęście w 63. minucie: piłka po raz drugi w tym meczu trafiła w słupek, a Ladislav Krejci o włos nie wpakował jej do własnej bramki. Na długo im to jednak nie pomogło. Sześć minut później Harry Kane huknął nie do obrony w polu karnym i ustalił wynik na 0:2.
Czesi próbowali jeszcze zareagować. Osiem minut po drugiej bramce Anglii strzelał Adam Hlozek, lecz James Trafford czuwał w bramce gości i obronił.
Wyjściowy skład gospodarzy: Matej Kovar, Stepan Chaloupek, Robin Hranac, Ladislav Krejci, Jiri Slama, Lukas Cerv, Pavel Sulc, Michal Sadilek, Matej Radosta, Adam Hlozek i Adam Karabec. Anglicy wystawili: Jamesa Trafforda, Trenta Alexandra-Arnolda, Trevoha Chalobaha, Marca Guehiego, Lewisa Halla, Elliota Andersona, Mylesa Lewisa-Skelly’ego, Bukayo Sakę, Morgana Rogersa, Anthony’ego Gordona i Harry’ego Kane’a. Jedyną żółtą kartkę wśród zwycięzców obejrzał Myles Lewis-Skelly.
Kim właściwie jest ten bośniacki wojownik, który po latach w KSW, Brave CF i Prime Show MMA trafił teraz do turnieju GRAND FREAKS na gali FAME 33? Erko Jun to bośniacki kulturysta i znana postać branży fitness, wicemistrz Bałkanów w kulturystyce, który sportami walki zajmuje się zawodowo od 2018 roku. Zdążył w tym czasie powalczyć dla KSW, Brave CF oraz Prime Show MMA, a obecnie trenuje w klubie UFD Gym w Dusseldorfie.
Jego popularność wykracza daleko poza oktagon. Na Instagramie obserwuje go 1,3 mln osób, na Facebooku liczba ta przekracza 4 miliony. Erko Jun urodził się 28 czerwca 1990 roku w miejscowości Janja. Jako dwuletnie dziecko musiał opuścić rodzinny kraj z powodu wojny – trafił z rodziną do Belgii, gdzie zamieszkał w Antwerpii. Dziś ma obywatelstwo belgijskie.
W karierze nieraz zmieniał kategorie wagowe. Walczył zarówno w wadze ciężkiej do 120 kg, jak i półciężkiej do 93 kg oraz średniej do 84 kg. Najwięcej ważył tuż po zakończeniu kariery kulturystycznej – przekraczał wówczas 102 kilogramy. Przy wzroście 178 centymetrów dysponuje zasięgiem ramion wynoszącym 185 centymetrów.
Droga na szczyt nie była prosta. Jako dziecko Erko Jun doznał podczas treningu ciężkiej kontuzji, po której stracił czucie w prawej nodze. Lekarze przekonywali wówczas, że nigdy nie odzyska pełnej sprawności. Na siłownię trafił za namową Billa Richardsona – i to właśnie ta decyzja ukształtowała później całą jego drogę sportową.
Od debiutu w KSW do pasa mistrzowskiego Brave
Zawodowy debiut w MMA Erko Jun zaliczył w czerwcu 2018 roku na gali KSW 44, gdzie znokautował Tomasza Oświecińskiego już w pierwszej rundzie. Passę zwycięstw kontynuował na KSW 45 w Londynie, pokonując „Popka” przez TKO w drugiej rundzie, a w maju 2019 roku na KSW 49 rozprawił się z Akopem Szostakem przez TKO w pierwszej rundzie. Seria wygranych urwała się na gali KSW 51 w Zagrzebiu, gdzie w walce wieczoru przegrał z Mariuszem Pudzianowskim przez TKO w drugiej rundzie – była to jego pierwsza porażka w zawodowej karierze.
We wrześniu 2020 roku doszła kolejna przegrana, tym razem z Damianem Olszewskim przez nokaut w organizacji EMC. Zawodnik nie poddał się jednak kryzysowi. W grudniu 2021 roku, po migracji do kategorii półciężkiej, pokonał przez TKO Gianlucę Locicero, a podczas EMC 9, w limicie umownym do 102 kg, znokautował technicznie Szymona Września w trzeciej rundzie co-main eventu. Potem przyszła porażka przez TKO w trzeciej rundzie z Vladimirem Minievem – pojedynek na zasadach K1 rozegrano w Rosji.
W kwietniu 2023 roku Erko Jun zadebiutował w Brave, wygrywając przez nokaut w pierwszej rundzie z Marko Drmonjiciem. Znokautował również Pawła „Trybsona” Trybałę w pierwszej rundzie co-main eventu Prime 7 w Koszalinie. Ostatecznie związał się z Brave CF na stałe i stoczył tam już cztery walki – wszystkie w słoweńskiej Lublanie. W kwietniu 2024 roku znokautował Mohameda Saida Maalema w walce wieczoru Brave CF 81, a kolejny sukces przyszedł w głównej walce Brave CF 88, gdzie pokonał Alexandera Wesnera przez TKO w czwartej rundzie i sięgnął po pas mistrza wagi półciężkiej Brave.
Passa mistrzowska nie trwała jednak wiecznie. W czerwcu 2025 roku Erko Jun przegrał z Mohammadem Fakhreddine’em w walce o tytuł mistrzowski wagi średniej Brave, tracąc tym samym szansę na zostanie podwójnym mistrzem organizacji. Stracił też pas wagi półciężkiej, przegrywając przez TKO z Saidem Maalemem w rewanżu rozegranym ponad dwa lata po pierwszym starciu obu zawodników. W grudniu 2025 roku spróbował sił poza MMA, walcząc dla organizacji Karate Combat na zasadach karate – i przegrał ten pojedynek przed czasem.
Teraz czeka go zupełnie nowy rozdział. Bośniak został zakontraktowany przez organizację FAME i weźmie udział w turnieju GRAND FREAKS podczas gali FAME 33 w Warszawie. Wśród potencjalnych rywali, z którymi może się tam zmierzyć, wymienia się Pawła Tyburskiego, Dawida Załęckiego, Alberto oraz Michała Pasternaka. Po latach na scenie MMA i kickboxingu bośniacki kulturysta staje więc przed zupełnie nowym testem – tym razem w polskim freak fightowym oktagonie.
Czy obrońcy tytułu z Caroliny utrzymają Puchar Stanleya w erze wydłużonego, 84-meczowego kalendarza? I czy 18-letni Gavin McKenna zadebiutuje w NHL już pierwszego wieczoru sezonu? Pierwsze odpowiedzi poznamy we wtorek 29 września, gdy rusza sezon zasadniczy NHL 2026/27.
To będzie sezon inny niż zwykle – dłuższy. Każda z 32 drużyn rozegra 84 mecze zamiast standardowych 82, co w sumie daje 1344 spotkania w fazie zasadniczej. Liga dołożyła po dwa dodatkowe starcia wewnątrz dywizji.
Inauguracja odbędzie się w Raleigh, gdzie Carolina Hurricanes podejmą Florida Panthers. Przed pierwszym wznowieniem krążka gospodarze odsłonią baner mistrzowski – w pełni zasłużony, bo Hurricanes są aktualnymi triumfatorami Pucharu Stanleya po zwycięstwie w finale play-off nad Vegas Golden Knights w sześciu meczach. Drużyną wciąż dowodzi Rod Brind’Amour, choć skład bramkarski wygląda już inaczej po odejściu Frederika Andersena.
Florida Panthers, rywal Caroliny w meczu otwarcia, przyjeżdża do Raleigh z własnym bagażem historii. Panthers grali w trzech kolejnych finałach Pucharu Stanleya i sięgnęli po mistrzostwo w 2024 i 2025 roku, ale poprzedni sezon zakończyli bez awansu do play-offów – zawiniły kontuzje. Latem drużyna z Sunrise mocno się przebudowała: Brady Tkachuk dołączył po transferze z Ottawa Senators i po raz pierwszy w karierze NHL zagra u boku starszego brata Matthew. W bramce zaszła rotacja odwrotna do tej w Caroline – Siergiej Bobrowski odszedł do Toronto Maple Leafs, a jego miejsce zajął Jacob Markstrom.
McKenna, Owieczkin i powrót Babcocka
Najgłośniejszym nazwiskiem nadchodzącego sezonu może się okazać 18-latek. Toronto Maple Leafs wygrali loterię draftową NHL 2026 i pierwszym numerem wybrali Kanadyjczyka Gavina McKennę, który może zadebiutować w lidze już w meczu inauguracyjnym przeciwko Montreal Canadiens. W poprzednim sezonie zdobył 51 punktów w 35 meczach NCAA, grając dla Penn State University, a teraz ma trafić do składu z Austonem Matthewsem, Williamem Nylanderem i Johnem Tavaresem. Toronto przeszło też zmiany na górze – nowym generalnym menedżerem został John Chayka, trenerem Jim Hiller – po sezonie, w którym drużyna nie awansowała do play-offów. Do bramki trafił z kolei wspomniany Bobrowski, który w wieku 37 lat podpisał z Maple Leafs trzyletni kontrakt.
W Waszyngtonie ta sama historia toczy się już od dwóch dekad. Aleksander Owieczkin latem podpisał roczny kontrakt z Washington Capitals i rozpoczyna 22. sezon w lidze. Klub wzmocnił skład wokół niego, ściągając Alexa Tucha, Jordana Kyrou i Boone’a Jennera. „Musimy walczyć o Puchar Stanleya” – powiedział serwisowi NHL.com Dylan Strome. Symboliczny moment przyjdzie 7 października, gdy Capitals podejmą Pittsburgh Penguins w tym, co może być 22. i zarazem ostatnim domowym otwarciem sezonu Owieczkina w tych barwach.
Na zachodzie kraju wraca znane nazwisko zza bandy. Mike Babcock wrócił do NHL jako trener Edmonton Oilers, którzy latem pozyskali między innymi mistrza z Caroliną, Frederika Andersena. Kłopot w tym, że Andersen zaczyna sezon z problemami zdrowotnymi, więc bramki na start będą bronić Tristan Jarry i Devon Levi.
Faworytem wielu ekspertów pozostaje jednak Colorado Avalanche, które w poprzednim sezonie wygrało 55 z 82 spotkań i dotarło do finału Konferencji Zachodniej. W przedsezonowej ankiecie NHL.com aż sześciu z 14 zapytanych ekspertów wskazało Avalanche jako przyszłego zdobywcę Pucharu Stanleya. Carolina, Montreal i Florida dostały po dwa głosy każda.
Warto też pilnować Macklina Celebriniego z San Jose Sharks. W poprzednim sezonie zanotował 115 punktów (45 bramek i 70 asyst) – więcej niż suma dorobku dwóch kolejnych najlepiej punktujących zawodników Sharks razem wziętych. Do ligi wchodzi też cała fala młodych talentów: Porter Martone, Anton Frondell, Jimmy Hagens, Otto Stenberg i Konsta Helenius.
Kalendarz sezonu ma również wymiar międzynarodowy. 25 października Winnipeg Jets zmierzą się z Montreal Canadiens w meczu Heritage Classic na Princess Auto Stadium. W listopadzie Carolina Hurricanes i Seattle Kraken dwukrotnie zagrają w Helsinkach, a w grudniu Chicago Blackhawks i Ottawa Senators rozegrają dwa spotkania w Düsseldorfie w ramach NHL Global Series Germany.
Sam pierwszy dzień sezonu zapowiada się gęsto. Oprócz starcia Carolina – Florida kibice zobaczą też Toronto kontra Montreal, Boston Bruins przeciwko New York Rangers, Edmonton Oilers wobec Vancouver Canucks oraz Chicago Blackhawks kontra Vegas Golden Knights, czyli zeszłorocznego finalistę play-off.
Ile czasu potrzebuje mistrz świata, żeby otworzyć wynik? Hiszpanom wystarczyły 2 minuty i raptem 25 podań, by wbić Chorwację w fotel. Reszta była już tylko formalnością – na tablicy wyników zapaliło się w końcu jasne 4:1 dla Hiszpanii w meczu Ligi Narodów.
Od pierwszego gwizdka hiszpańscy piłkarze prowadzili akcje z chirurgiczną precyzją. 25 podań w 70 sekund – i już w 2. minucie spotkania piłka była w siatce po strzale Lamine’a Yamala. Jasny sygnał: reprezentacja Luisa de la Fuente przyjechała grać, nie oszczędzać sił na później.
Chorwaci nie zamierzali jednak oddać meczu bez walki. Dion Bejlo wyrównał głową w 28. minucie – 1:1. Radość gości nie potrwała długo. Już w 31. minucie Marc Pubill wykorzystał dośrodkowanie Yamala i znów dał prowadzenie Hiszpanom, 2:1. Chwilę przed przerwą sędzia odebrał jeszcze gola Mikelowi Oyarzabalowi – spalone.
Drugie uderzenie Yamala przesądziło o losach meczu
Po zmianie stron temperatura na boisku wyraźnie poszła w górę. Żółte kartki powędrowały między innymi do Alexa Baeny, Mario Pasalicia i Josipa Misicia. W tej nerwowej atmosferze zimną krew zachowali Hiszpanie – w 63. minucie Yamal, po podaniu Pedriego, ustalił wynik na 3:1 i dopisał do swojego konta drugą bramkę w tym meczu. Kropkę nad i postawił Nico Williams, trafiając w 89. minucie na 4:1.
Między słupkami po stronie gospodarzy stał Unai Simon, a barw Chorwacji bronił Dominik Livaković. To już drugie zwycięstwo mistrzów świata w tej edycji Ligi Narodów – wcześniej Hiszpanie pokonali Anglię 3:2 w meczu inauguracyjnym. Po dwóch kolejkach grupowych drużyna De la Fuentego ma więc komplet punktów.
Tytuł mistrza świata, wywalczony na mundialu rozgrywanym w USA, Kanadzie i Meksyku, wciąż należy do Hiszpanów. Sobotni wieczór pokazał jedno: forma z turnieju nigdzie nie wyparowała.
Przegrał finał, a mimo to zyskał. Po wtorkowym finale turnieju ATP 250 w Chengdu, w którym Hubert Hurkacz uległ Alejandro Davidovichowi Fokinie, zaktualizowano ranking ATP – i okazało się, że Polak awansował aż o siedem lokat, z 46. na 39. miejsce.
Sama droga do finału to zresztą najlepszy wynik Hurkacza od dłuższego czasu. W Chengdu Open 2026 wygrał cztery mecze z rzędu, zanim stanął przed szansą na tytuł. W finale trafił jednak na rozstawionego z „dwójką” Alejandro Davidovicha Fokinę i przegrał 4:6, 6:7(7).
Gdyby wygrał, awans byłby jeszcze bardziej okazały – triumf w Chengdu oznaczałby dla Polaka 37. miejsce w rankingu. Trzeba przy tym zaznaczyć, że oficjalna klasyfikacja opublikowana w poniedziałek miała charakter niepełny.
Dla samego Davidovicha Fokiny triumf w Chengdu oznaczał skok z 29. na 26. pozycję. To już drugi tytuł Hiszpana w tym sezonie i zarazem drugi w całej jego karierze.
Zieliński z tytułem deblowym
Chengdu miało jeszcze jeden polski akcent, i to udany. Jan Zieliński, grający w parze z Brytyjczykiem Lukiem Johnsonem, wygrał turniej deblowy. Efekt? Awans z 42. na 39. miejsce w rankingu deblistów.
W klasyfikacji singlowej liderem wciąż pozostaje Jannik Sinner z dorobkiem 11000 punktów. Hurkacz ma teraz 1285 punktów i 39. lokatę, a Kamil Majchrzak zajmuje 71. miejsce z 802 punktami na koncie.
Miejsca na liście kwalifikacyjnej do ATP Finals mają już zapewnione Alexander Zverev, Jannik Sinner i Carlos Alcaraz. Hurkacz w tym zestawieniu plasuje się na 33. pozycji z 1285 punktami, natomiast para Johnson/Zieliński zajmuje 16. miejsce z 1680 punktami na liście kwalifikacyjnej debli.
W rankingu deblowym prowadzą Harri Heliovaara i Henry Patten – obaj z dorobkiem 10540 punktów. Zieliński ma obecnie 2160 punktów, co daje mu 39. miejsce w klasyfikacji deblistów.
Z kim Maja Chwalińska zmierzy się w pierwszym meczu turnieju WTA 1000 China Open? Losowanie w Pekinie już to przesądziło – naprzeciw niej stanie Dajana Jastremska.
Polka zajmuje obecnie 21. miejsce w rankingu WTA, a ta wysoka pozycja zapewniła jej wolny los w pierwszej rundzie chińskiego turnieju. Do gry wejdzie więc dopiero w drugiej. Dla 24-latki to kolejny sprawdzian formy po udanym sezonie, w którym dotarła do finału Rolanda Garrosa 2026.
Jastremska awans do drugiej rundy wywalczyła na korcie, nie przy stoliku losowania. W pierwszym meczu ograła Amerykankę Caty McNally 6:3, 6:4 – spotkanie trwało godzinę i 31 minut. Ukrainka plasuje się dziś na 111. pozycji rankingu WTA, choć bywała już w Top 30 światowego zestawienia. Ma na koncie trzy tytuły głównego cyklu WTA, a w 2024 roku doszła do półfinału Australian Open.
Za tymi statystykami kryje się jednak dramat, o którym trudno zapomnieć. Rosyjskie wojsko zniszczyło mieszkanie Jastremskiej w Odessie.
Pierwsze spotkanie w karierze
Chwalińska i Jastremska nigdy wcześniej nie grały przeciwko sobie na zawodowych kortach – pekiński pojedynek będzie ich pierwszą bezpośrednią konfrontacją. Mecz zaplanowano na piątek, 2 października. Dokładną godzinę poznamy w czwartek, wraz ze szczegółowym planem gier.
Zmagania w głównej drabince China Open 2026 potrwają do 11 października. Turniej rozgrywany jest na kortach twardych, a łączna pula nagród wynosi 9,415 mln dolarów. Zwyciężczyni zainkasuje czek na 1,151 mln dolarów oraz 1000 punktów do rankingu WTA.
Ile bramek trzeba strzelić drużynie, która przez dwie tercje broni się zębami i pazurami? W Sanoku odpowiedź brzmiała: trzy, i to w jednej, ostatniej odsłonie meczu. STS Sanok Sokół przegrał zaległe spotkanie 2. kolejki TAURON Hokej Ligi z ECZD Zagłębiem Sosnowiec 1:5. Decydujący cios przyszedł dokładnie tam, gdzie gospodarze obawiali się go najbardziej.
Tercje układały się jak schodki w dół: 0:1, 1:1, 0:3. Przez pierwsze dwie odsłony Sanok trzymał się rywala kurczowo, lecz trzecia część meczu okazała się zabójcza. Właśnie wtedy błysnął 19-letni Olaf Zachariasz – skompletował dwa trafienia i praktycznie w pojedynkę przesądził losy spotkania.
Gości do prowadzenia poprowadził Matthew Sozanski, który trafił w 14. minucie i 56. sekundzie przy przewadze liczebnej po asyście Eero Savilahtiego. Sanok odpowiedział w drugiej tercji. Wiktor Zacharow, najlepszy strzelec drużyny w tym sezonie, wykorzystał stratę krążka Adriana Gromadzkiego i wyrównał w 25. minucie i 55. sekundzie. To był zdecydowanie najlepszy moment gospodarzy w całym meczu.
Radość nie trwała długo. Dosłownie dwie sekundy przed końcem drugiej tercji, w 39. minucie i 59. sekundzie, Aron Chmielewski wykorzystał podania Jakuba Wanackiego i Ołeksandra Peresunki i znów dał prowadzenie Zagłębiu. Ten gol tuż przed przerwą odebrał Sokołowi cały impet.
Trzecia tercja: recital Zachariasza i Peresunki
Otwarcie ostatniej odsłony należało już wyłącznie do Zagłębia. W 41. minucie i 38. sekundzie Olaf Zachariasz podwyższył na 1:3, wykańczając akcję Väinö Sirkii i Sebastiana Brynkusa. Chwilę później, w 51. minucie i 5. sekundzie, 19-latek dołożył kolejnego gola przy przewadze liczebnej – tym razem po asystach Arona Chmielewskiego i Michała Naróga. Kropkę nad i postawił Ołeksandr Peresunko, trafiając w 52. minucie i 28. sekundzie po podaniach Eero Savilahtiego i Karola Biłasa. Wynik: 1:5.
Na trybunach w Sanoku zasiadło 900 widzów. Statystyki strzałów oddawały przebieg gry niemal co do joty – 24 próby gospodarzy wobec 34 uderzeń Zagłębia. Obie ekipy spędziły w przewinieniach po 10 minut, więc to nie dyscyplina zadecydowała o wyniku. Nad przebiegiem spotkania czuwali sędziowie główni Paweł Kosidło i Maciej Gąsienica-Makowski, a w roli liniowych wystąpili Mateusz Kucharewicz i Kacper Rocki.
W bramce Sokoła stanął Ē. Vītols, a zespołem kieruje trener Ołeh Szafarenko. Po stronie gości między słupkami znalazł się Maciej Miarka, ławkę trenerską prowadzi Matias Lehtonen. Mimo porażki Sanok wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo w tym sezonie THL – choć trzeba przyznać, że długimi fragmentami gry drużyna Szafarenki dotrzymywała kroku aktualnemu brązowemu medaliście TAURON Hokej Ligi.
Kto z dziesięciu kandydatów trafi do ósemki walczącej o tytuł w GRAND FREAKS TOURNAMENT? Organizacja FAME zapowiedziała galę FAME 33: GRAND FREAKS na 17 października w warszawskim ATM Studio. Gwoździem programu będzie ośmioosobowy turniej GRAND FREAKS TOURNAMENT, rozgrywany w formule K-1 na małe rękawice.
FAME opublikowało pełną listę dziesięciu kandydatów do udziału w turnieju. Znaleźli się na niej: Paweł Tyburski, Dawid Załęcki, Kacper Musiał, Alberto Simao, Michał Pasternak, Erko Jun, Sebastian Skiermański, Marcin Wrzosek, Bogusław Zieliński i Patryk Akinyeye. O tym, kto z nich wejdzie do ósemki, zdecyduje jednak nie organizacja, a kibice – głosując na stronie FAME. Czasu jest niewiele: głosowanie trwa do piątku, 2 października, do godziny 11:00.
We wtorek FAME pokazało na żywo program FAME 33: ELIMINATOR, w którym przybliżono widzom sylwetki wszystkich dziesięciu zawodników walczących o miejsce w turnieju. Kierunek, w jaki zmierzają wyniki, już teraz jest dość czytelny – na wylocie z turnieju znajdują się w tej chwili Bogusław Zieliński oraz Patryk Akinyeye.
Kto liczy się w wyścigu o ósemkę
Wśród kandydatów nie brakuje nazwisk z bogatym CV. Alberto Simao, zwany „Afrykańską Maczetą”, w marcu pewnie pokonał Maksymiliana Wiewiórkę i sięgnął po tytuł mistrza FAME w kategorii półciężkiej. Paweł Tyburski, znany jako „Tybori”, notuje z kolei serię dwóch zwycięstw z rzędu – podczas PRIME SHOW MMA 17 pokonał Kamila „Tazzego” Mataczyńskiego, przez lata uchodzącego za najlepszego freaka w historii.
Zamieszać może też Sebastian Skiermański, który w Warszawie zadebiutuje w barwach FAME. Kojarzony jest przede wszystkim z walk na gołe pięści, więc to, jak odnajdzie się w formule K-1 na małe rękawice, pozostaje dużą niewiadomą. Uwagę zwraca też udział Erko Juna, zdobywcy pasa mistrzowskiego organizacji BRAVE CF.
Do 2 października kibice zdecydują, kto z tej dziesiątki odpadnie przed turniejową ósemką. Wyniki głosowania poznamy jeszcze przed galą FAME 33: GRAND FREAKS, zaplanowaną na 17 października w warszawskim ATM Studio.
Czy po tej sensacyjnej porażce w Nowym Jorku Novak Djoković znajdzie ukojenie w mieście, w którym jeszcze nigdy nie przegrał? W I rundzie US Open 2026 Serb niespodziewanie uległ Argentyńczykowi Marianowi Navone. Teraz wraca na kort, na którym historia od lat gra w jego stronę.
Na konferencji prasowej przed startem turnieju w Pekinie 24-krotny mistrz wielkoszlemowy przyznał wprost, że mecz oficjalny rządzi się zupełnie innymi prawami niż treningi. „Jak dotąd czuję się dobrze. Oczywiście oficjalny mecz to coś zupełnie innego niż sety treningowe czy same treningi. Ale na razie wszystko jest w porządku. Nie mogłem się doczekać przyjazdu do Chin, jak zresztą zawsze” – powiedział Djoković.
Perfekcyjny bilans w chińskiej stolicy
39-letni Serb sześciokrotnie triumfował już w Pekinie – w latach 2009, 2010, 2012, 2013, 2014 i 2015. W tym turnieju może pochwalić się bilansem 29-0, idealnym od pierwszego do ostatniego meczu. Takiej serii nie znajdzie się nigdzie indziej w jego karierze – nawet na ulubionych kortach wielkoszlemowych zdarzały mu się potknięcia.
Do tego dochodzą cztery tytuły w prestiżowym turnieju ATP Masters 1000 w Szanghaju – Chiny to bez wątpienia jeden z najbardziej przyjaznych mu zakątków tenisowej mapy świata. Kort centralny w Pekinie ma dla niego zresztą szczególne znaczenie: powstał w 2008 roku z myślą o igrzyskach olimpijskich, a więc niemal w tym samym momencie, w którym zaczynała się jego wielka kariera.
Mecz I rundy China Open 2026 Djoković rozegra już w środę, 30 września. O godz. 13:00 czasu polskiego na korcie centralnym czeka na niego Portugalczyk Nuno Borges. To dla Serba pierwsza szansa, by odciąć się od rozczarowania z Nowego Jorku i po raz kolejny pokazać, że w Pekinie czuje się jak u siebie.