Zwolnić Jacka Płachtę po serii bolesnych porażek czy raczej uznać, że kibice reagują zbyt nerwowo na słaby start sezonu? Zdania w tej sprawie są dziś skrajnie podzielone.
W meczu piątej kolejki TAURON Hokej Ligi Unia Oświęcim pokonała katowiczan na własnym lodzie 5:4 po dogrywce. Dla kibiców GKS-u ten wynik zabolał podwójnie – ich drużyna prowadziła już 4:2. Wcześniej katowiczanie przegrali też z Comarch Cracovią, choć oddali na bramkę rywali aż 48 strzałów. Po tamtym spotkaniu zawodnik GKS-u Patryk Krężołek przyznał, że zespół musi wspólnie wyjść z kryzysu.
Kibice żądają zmian
W mediach społecznościowych fani GKS-u nie przebierają w słowach – sztabowi szkoleniowemu dostaje się mocno, a głosów domagających się zmian na ławce trenerskiej przybywa. Użytkownik Scooter Dariusz napisał wprost, że tylko GKS Katowice potrafi prowadzić 4:2 i przegrać 5:4, i wezwał trenerów do dymisji.
Czas powiedzieć dość
Wojtek Pulchny skrytykował postawę zespołu w trzeciej tercji – zwrócił uwagę na brak celnych strzałów i straty bramek w osłabieniu – a wpis zakończył ironicznym podziękowaniem dla duetu trenerskiego. Grzegorz Cichoń pytał wprost, czy sztab szkoleniowy w ogóle jest obecny przy drużynie, Adam Szołtys zasugerował z kolei, że trenerzy powinni zająć się uczeniem zawodników podstaw hokeja. Rob Lasko zauważył, że mimo mocnego CV kadry przed sezonem, wejście GKS-u w rozgrywki jest katastrofalne.
Zupełnie inaczej na sprawę patrzy były hokeista i trener Mariusz Kieca. Jego zdaniem nie wolno oceniać szkoleniowca pod wpływem krytyki kibiców – potrzebna jest merytoryczna analiza po dłuższym okresie gry.
Nie powinno się polegać na krytyce kibiców a na merytorycznej ocenie trenera po jakimś okresie gry
Kieca przypomniał, że to nie pierwszy słabszy start GKS-u w ostatnich latach. Mimo to przez pięć sezonów trener bronił się osiąganymi wynikami. Ekspert wskazał też na czynniki czysto sportowe, które mogą tłumaczyć obecne problemy zespołu. Brak zawodnika o nazwisku Pasiut – jego zdaniem – odbija się na jakości ofensywnej drużyny. Zwrócił też uwagę na dyspozycję bramkarza, który obecnie nie pomaga drużynie w takim stopniu, jak oczekują kibice, wyrażając jednocześnie nadzieję, że golkiper złapie optymalną formę.
Kieca podsumował, że trener zapracował sobie na kredyt zaufania, a jego pracę należy ocenić dopiero na koniec sezonu.
Myślę, że trener zapracował sobie na kredyt zaufania i należy pracę jaką wykona ocenić na koniec sezonu
Kiedy Bartłomiej Drągowski znów stanie między słupkami Widzewa Łódź? Na odpowiedź kibice długo czekać nie musieli – bramkarz wrócił już do treningów z zespołem.
A to dobra wiadomość, bo ten sezon dla polskich bramkarzy reprezentacyjnych jest wyjątkowo pechowy. We wrześniu Jan Urban powołał na zgrupowanie kadry Kamila Grabarę. Wypożyczony do Juventusu golkiper zerwał jednak więzadła krzyżowe podczas treningu i czeka go teraz długa przerwa od gry.
Selekcjoner sięgnął wtedy po Drągowskiego jako zastępcę. Ten plan też się jednak nie powiódł – bramkarz Widzewa doznał kontuzji i ostatecznie nie dotarł na zgrupowanie. Jego miejsce w kadrze zajął Sławomir Abramowicz z Jagiellonii Białystok.
Drągowski na boisku, Selahi też trenuje
Teraz jednak z Łodzi płyną lepsze wieści. Klub poinformował, że Drągowski wziął już udział w treningu z pierwszym zespołem. Na zajęciach pojawił się również Lindon Selahi – dla sztabu Mateusza Stolarskiego to kolejny argument przed zbliżającym się meczem.
Widzew zmierzy się z Piastem Gliwice w niedzielę 11 października. Powrót doświadczonego bramkarza do zajęć drużyny daje nadzieję, że zdąży on wrócić na to spotkanie.
Drągowski gra w Widzewie od stycznia. W trwającym sezonie PKO Ekstraklasy rozegrał dla łódzkiego klubu dziewięć spotkań, w których trzykrotnie zachował czyste konto. To właśnie regularna, dobra forma w barwach klubowych otworzyła mu drogę do reprezentacji Polski – ma już na koncie cztery występy w kadrze.
Teraz kibice Widzewa liczą, że ta kontuzja to tylko chwilowy zgrzyt, a nie kolejny poważny problem zdrowotny – taki, jaki dotknął Grabarę.
Letnie okno w NBA okazało się wyjątkowo gorące i mocno przetasowało mapę ligi. Kilku zawodników, których kibice przywykli oglądać w tych samych barwach, rozpocznie sezon w koszulkach nowych klubów. Część ruchów zapowiadano od miesięcy, inne zaskoczyły nawet uważnych obserwatorów. Dla śledzących koszykówka NBA to jedna z najciekawszych karuzeli transferowych ostatnich lat.
LeBron James – Philadelphia 76ers

Po raz pierwszy od 2018 roku LeBron James zmienił klub i sezon rozpocznie w Filadelfii. Na dniu medialnym 41-latek zdradził, że jednym z powodów przenosin jest chęć pomocy Joelowi Embiidowi w zdobyciu pierwszego mistrzostwa, bo środkowemu brakuje już tylko drużynowego trofeum. Zapowiedział też gotowość do pełnienia najróżniejszych ról i pochwalił Filadelfię jako miasto o wielkiej kulturze sportowej. Dla śledzących koszykówka na zywo to dopiero dwudziesty czwarty sezon w karierze Króla, więc jego debiut w nowych barwach wzbudza ogromne zainteresowanie.
O atutach swojej gry mówił wprost:
«Największym atutem mojej gry jest to, że potrafię robić wszystko. Dosłownie wszystko.»
Giannis Antetokounmpo – Miami Heat

Kolejnym gigantem, który po latach zmienił adres, jest Giannis Antetokounmpo, przenoszący się do Miami Heat po czternastu sezonach spędzonych w Milwaukee Bucks. W trakcie tego okresu Grek zdążył zostać rekordzistą klubu pod względem zdobytych punktów, a do tego jego najlepszym zbierającym i asystującym. Nowy rozdział przyniósł mu również zmianę numeru, bo zamiast noszonej od 2013 roku trzydziestki czwórki wybrał siódemkę, a do drużyny dołączył wcześniej niż zwykle, wracając z Grecji na wspólne przygotowania. Jak duży ma kaliber, przypominały wyniki na zywo koszykówka z zeszłego sezonu, w którym przez 36 spotkań utrzymywał średnią 27,6 punktu, 9,8 zbiórki oraz 5,4 asysty.
Jaylen Brown – Philadelphia 76ers

Po dziesięciu latach w Boston Celtics Jaylen Brown również trafił do Filadelfii, co stało się jednym z najgłośniejszych ruchów okna. Celtics oddali swojego lidera do zespołu głównego rywala, otrzymując w zamian Paula George’a oraz wybory draftu. Brown znalazł się tym samym u boku Jamesa, Embiida i Tyrese’a Maxeya, ale sam studził emocje, apelując, by nie przeceniać składu na papierze. Jeszcze przed obozem dał do zrozumienia, że jest nastawiony na zwycięstwa, a jego emocjonalne wystąpienie w sieci szybko obiegło sportowe media.
Emocji tej jesieni dostarcza jednak nie tylko parkiet. Fani lodowych zmagań znajdą osobne relacje w naszym dziale z newsami z hokeja.
Kawhi Leonard – Toronto Raptors

Kawhi Leonard po siedmiu latach wrócił do Toronto, z którym w 2019 roku sięgnął po mistrzostwo i tytuł MVP finałów. Przenosiny z Los Angeles Clippers długo wisiały w powietrzu, bo transakcję uzgodniono w czerwcu, lecz zablokowało ją ligowe dochodzenie w sprawie obejścia limitu płac. Liga ukarała Leonarda grzywną w wysokości 700 tysięcy USD, jednak zawodnik uniknął zawieszenia, a we wrześniu Toronto sfinalizowało powrót lidera, oddając Brandona Ingrama, Grady’ego Dicka i przyszłe wybory. Jego kolejne koszykówka mecze będą śledzone z uwagą, bo w poprzednim sezonie rozegrał 65 spotkań i notował rekordowe dla siebie 27,9 punktu.
LaMelo Ball – Minnesota Timberwolves

Po sześciu sezonach w Charlotte Hornets LaMelo Ball zmienił klub i zasilił Minnesotę Timberwolves. To jedna z głośniejszych wymian lata, bo do ekipy dołączył były uczestnik Meczu Gwiazd na pozycji rozgrywającego. Szczególnie ciekawe jest to, że utworzy tylną linię z Anthonym Edwardsem, a obaj zostali wybrani w top-3 draftu z 2020 roku. Przyjście Balla odciąży też Edwardsa, który częściej zagra na naturalnej pozycji rzucającego obrońcy, a w minionym sezonie rozgrywający notował średnio 20,1 punktu, 4,8 zbiórki i 7,1 asysty.
Ja Morant – Portland Trail Blazers

Przeprowadzka do Portland daje Ja Morantowi okazję, by otworzyć nowy rozdział od zera. W barwach Memphis rozgrywający wyrósł na symbol franczyzy, sięgnął po wyróżnienie dla gracza czyniącego największe postępy i dwa razy pojawił się w Meczu Gwiazd, jednak trzy ostatnie kampanie zrujnowały mu urazy oraz zawieszenia. Skala problemów była poważna, skoro w minionym sezonie pojawił się na parkiecie tylko w 20 pojedynkach, więc w nowym klubie zamierza odzyskać dawny poziom, mając obok siebie ogranego Damiana Lillarda. Ci, którzy na bieżąco chłoną wiadomości koszykówka, dostaną w tym transferze jeden z najsmakowitszych wątków sezonu.
Paul George – Boston Celtics

Paul George po dwóch latach gry dla Filadelfii przeniósł się do Bostonu w ramach tej samej transakcji, która w drugą stronę pchnęła Browna. Ograny skrzydłowy od pierwszych słów zaznaczył, że nie ma zamiaru zostać pierwszą gwiazdą zespołu i podporządkuje się prowadzącemu drużynę Jaysonowi Tatumowi. Choć w dorobku ma dziewięć powołań do Meczu Gwiazd, wciąż nie zdobył mistrzostwa i otwarcie mówi, że wciąż czeka na dowód swojej zwycięskiej klasy w postaci trofeum. Przy takiej liczbie roszad tabela koszykówka w obu konferencjach ma szansę ułożyć się zupełnie inaczej niż jeszcze przed wakacjami.
Julius Randle – Brooklyn Nets

Julius Randle to mniej oczywisty bohater tego zestawienia, ale jego przeprowadzka również narobiła sporo szumu. Forward trafił do Brooklynu z Minnesoty w ramach czterostronnej wymiany, w której uczestniczyły także Charlotte i Chicago. Trzydziestojednolatek wchodzi w trzynasty sezon w NBA, ma za sobą trzy występy w Meczu Gwiazd i dwa wybory do najlepszych piątek ligi. W młodej ekipie Nets ma być jednym z liderów, a w minionych rozgrywkach notował średnio 21,1 punktu, 6,7 zbiórki i 5,0 asysty.
Sportowych emocji nie brakuje zresztą także poza parkietami. Miłośnicy kortów najświeższe materiały znajdą w naszym dziale z newsami z tenisa.
W skrócie: kto zmienił klub
Lato przyniosło tyle zmian, że warto mieć je pod ręką w skróconej formie. Poniżej zebraliśmy wszystkie omawiane ruchy z podziałem na stary i nowy klub.
Pełna lista transferów
- 🟣 LeBron James: Los Angeles Lakers na Philadelphia 76ers
- 🟢 Giannis Antetokounmpo: Milwaukee Bucks na Miami Heat
- 🔵 Jaylen Brown: Boston Celtics na Philadelphia 76ers
- 🔴 Kawhi Leonard: Los Angeles Clippers na Toronto Raptors
- 🟡 LaMelo Ball: Charlotte Hornets na Minnesota Timberwolves
- ⚫ Ja Morant: Memphis Grizzlies na Portland Trail Blazers
- 🟠 Paul George: Philadelphia 76ers na Boston Celtics
- ⚪ Julius Randle: Minnesota Timberwolves na Brooklyn Nets
Okiem eksperta
Tegoroczne okno transferowe może na długo zmienić układ sił w lidze, bo aż tylu uznanych graczy zmieniło otoczenie w jedno lato. Najwięcej uwagi skupi Filadelfia z gwiazdorskim składem, choć to właśnie takie zespoły najczęściej płacą frycowe za docieranie się. Z drugiej strony ruchy Antetokounmpo czy Leonarda pokazują, że doświadczeni liderzy potrafią odmienić losy franczyzy. Jak koszykówka mężczyzn tabela ułoży się po tych zmianach, przekonamy się dopiero na parkiecie, bo na papierze rzadko wygląda to tak samo.
Manchester City znalazł się w centrum największego skandalu w historii Premier League. Niezależna komisja uznała klub winnym 114 ze 115 zarzutów o poważne łamanie przepisów finansowych, o czym liga poinformowała 29 września. Nad mistrzem Anglii wiszą teraz sankcje określane jako potencjalnie rekordowe w światowym futbolu. Sprawa może przy tym wykroczyć poza sport, bo ekipa jest ściśle związana z Abu Zabi.
Werdykt: 114 ze 115 zarzutów
Postępowanie w tej sprawie ciągnęło się latami, a jego korzenie sięgają 2018 roku i ujawnionej wówczas wewnętrznej korespondencji klubu. Formalne zarzuty liga postawiła w 2023 roku, a teraz komisja orzekła, że w sezonach od 2009/2010 do 2017/2018 klub systematycznie obchodził zasady finansowego fair play. Według ustaleń City zawyżał przychody dzięki fikcyjnym umowom sponsorskim, zaniżał koszty i nie współpracował z prowadzącymi dochodzenie. Dla osób śledzących pilka nozna wiadomosci to rozstrzygnięcie natychmiast stało się tematem numer jeden.

Skalę sprawy podkreślił dyrektor generalny Premier League Richard Masters:
«Ta decyzja szczegółowo pokazuje, jak przez niemal dekadę klub systematycznie łamał przepisy Premier League. To najważniejsze rozstrzygnięcie w historii rozgrywek.»
Według doniesień skala rzekomych nieprawidłowości jest ogromna i idzie w setki milionów, a mowa o kwotach przekraczających 900 mln GBP. Najkrócej ustalenia komisji można ująć w kilku punktach:
- 💰 przekroczenie limitów wydatków wyznaczonych przez ligę oraz UEFA
- 📝 fikcyjne kontrakty z partnerami handlowymi zawyżające przychody
- 📉 nierzetelne raporty o dochodach i wydatkach klubu
- 🚫 wielokrotny brak współpracy z ligą podczas dochodzenia
Klub od razu odrzucił werdykt i zapowiedział walkę do końca. Apelację może złożyć w ciągu kilku dni, a kwestię ewentualnych kar rozpatrzy odrębne, niejawne posiedzenie komisji.
«Jesteśmy rozczarowani i zaskoczeni opinią komisji. Uważamy się za niewinnych zarzutów Premier League i będziemy nieustępliwi w dążeniu do apelacji.»
Warto dodać, że postępowanie objęte jest ścisłą poufnością, a wiele istotnych elementów wciąż pozostaje do rozstrzygnięcia. Sam klub przez lata konsekwentnie odrzucał wszelkie oskarżenia i zapowiadał, że oczyści swoje imię.
Czym jest finansowy fair play
Zasady finansowego fair play wprowadziły ligi i federacje, by chronić stabilność ekonomiczną klubów. Reguła jest prosta, bo wydatki nie powinny przewyższać przychodów. Co roku finanse zespołów bada wyspecjalizowana komisja, sprawdzając pensje, transfery i zadłużenie. Za zbyt duże odstępstwa grożą kary, od grzywien po zawieszenie w rozgrywkach.

Jakie sankcje grożą klubowi
Jeśli City przegra apelację, w grę wchodzi kilka rodzajów kar, a eksperci nisko oceniają szanse na obalenie tak obszernego werdyktu. Każda z sankcji uderzyłaby w klub w inny sposób, dlatego warto rozłożyć je na czynniki pierwsze. Skala potencjalnych konsekwencji jest bezprecedensowa i wykracza poza wszystko, co liga stosowała dotychczas:
- 🏦 rekordowa grzywna finansowa, potencjalnie największa w dziejach futbolu
- ➖ odjęcie punktów, nawet na tyle dotkliwe, by oznaczać spadek z ligi
- 🏆 odebranie tytułów zdobytych w okresie naruszeń, choć to rzadkość bez precedensu
- ⚠️ utrata licencji, a w skrajnym wariancie odcięcie od angielskich rozgrywek
Najczęściej liga sięga po grzywny i odjęcie punktów, a przy tak poważnej sprawie mówi się nawet o możliwości utraty kilkudziesięciu oczek. Taki wariant oznaczałby automatyczny spadek do Championship, drugiej klasy rozgrywkowej, choć alternatywą jest rozłożenie kary na kilka sezonów, co zepchnęłoby zespół w środek tabeli. Odebranie mistrzowskich tytułów pozostaje najbardziej radykalną opcją, do której wzywają już niektórzy brytyjscy politycy, przekonując, że stały za nimi trofea należne innym klubom. Cała piłka nożna tabela ostatnich lat wyglądałaby przy takim scenariuszu zupełnie inaczej.
Osobnym zagrożeniem są pozwy rywali, którzy mogą domagać się odszkodowań za straty poniesione przez lata dominacji City. Werdykt otwiera bowiem drogę do wielu procesów ze strony klubów przegrywających w okresie nieprawidłowości. W tle pojawia się też pytanie o europejskie puchary, bo utrata miejsca w elicie oznaczałaby również pożegnanie z rozgrywkami liga mistrzów w piłce nożnej.
Emirackie korzenie klubu
Właścicielem Manchesteru City jest szejk Mansour ibn Zajed Al Nahajan, członek rodziny rządzącej Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Klub należy do jego grupy Abu Dhabi United Group, która przejęła zespół w 2008 roku za około 200 mln GBP. Funkcję przewodniczącego rady pełni z kolei Khaldoon Al Mubarak, dyrektor generalny jednego z największych funduszy inwestycyjnych Emiratów.

Od czasu przejęcia właściciele wpompowali w klub miliardy, a niemal każdy głośny najdrozszy transfer pilka nozna w ich wykonaniu budził pytania o źródła tak potężnego finansowania. Pieniądze szły na gwiazdorskie wzmocnienia, rozbudowę stadionu oraz nowoczesną akademię. Efektem tych nakładów było 26 trofeów, w tym osiem mistrzostw Anglii i triumf w Lidze Mistrzów w 2023 roku. To właśnie dlatego kolejne liga mistrzow tabele oraz krajowe klasyfikacje regularnie otwierała ekipa z Manchesteru.
Wpływ emirackich pieniędzy wykroczył zresztą daleko poza sam klub. Inwestycje właścicieli mocno odmieniły wschodnią część Manchesteru, gdzie powstały nowe osiedla i obiekty. Ten rozwój lokalni samorządowcy wielokrotnie wskazywali jako dowód, że emirat buduje coś więcej niż samą drużynę.
Sportowych emocji dostarcza jednak nie tylko futbol. Fani koszykówki znajdą osobne relacje w naszym dziale z newsami z koszykówki.
Sprawa, która wykracza poza boisko
Ze względu na emirackich właścicieli sprawa zyskała wymiar znacznie szerszy niż sportowy. Media i analitycy wskazują, że jej finał może stać się testem relacji Wielkiej Brytanii z Emiratami, które łączą rozległe interesy gospodarcze. Negatywne rozstrzygnięcie i towarzyszący mu rozgłos mogłyby uderzyć w wizerunek inwestorów z Zatoki oraz rzucić cień na inne projekty. Dla czytelników śledzących liga mistrzów rankingi i losy wielkich klubów to przypomnienie, jak mocno współczesny futbol splata się z polityką i finansami.
Na razie z otoczenia klubu wypowiada się głównie jego kierownictwo, które podtrzymuje, że wierzy w niewinność organizacji. Także trener zespołu wielokrotnie apelował, by z ostatecznymi ocenami wstrzymać się do zamknięcia całej procedury. Apelację rozpatrzy nowy skład komisji, a dopiero potem, na osobnym posiedzeniu, zapadną decyzje o karach. Serwisy publikujące piłka nożna wiadomości sportowe będą więc wracać do tej sprawy jeszcze przez wiele miesięcy.
Emocji tej jesieni nie brakuje zresztą także poza boiskami. Miłośnicy kortów najświeższe materiały znajdą w naszym dziale z newsami z tenisa.
Okiem eksperta
Trudno przecenić wagę tego rozstrzygnięcia, bo dotyczy najbardziej utytułowanego klubu ostatnich lat i wyznaczy standard egzekwowania przepisów finansowych na przyszłość. Nawet jeśli apelacja opóźni finał sprawy, sama skala zarzutów sprawia, że pełne oczyszczenie z nich wydaje się dziś mało prawdopodobne. W praktyce piłka nożna i liga angielska wchodzą w fazę, w której o pozycji klubu zdecydują nie tylko wyniki na boisku, ale i sale sądowe.
Kolejne miesiące pokażą, czy City obroni tytuły i miejsce w elicie, czy zapłaci za lata dominacji najwyższą możliwą cenę. Jedno jest pewne, bo niezależnie od finału ta sprawa na długo zmieni sposób, w jaki liga patrzy na finanse swoich klubów.
Co musiało się wydarzyć, by Francisco Roig zdecydował się przebudować styl gry najlepszej polskiej tenisistki w historii? Odpowiedzi udzielił sam hiszpański trener, w rozmowie z hiszpańskim Eurosportem.
Roig przyznał wprost, że na początku współpracy z Igą Świątek sposób, w jaki Polka grała, mu się nie podobał. „Iga grała w sposób, z którym się nie zgadzałem, ale nie był to jeszcze moment, żeby rozwiązywać problem poprzez duże zmiany” – powiedział. Hiszpan dołączył do sztabu Świątek w momencie, gdy zawodniczka miała za sobą serię słabszych wyników. Przed nią była wtedy jeszcze część sezonu na kortach ziemnych, z dużą liczbą punktów do obrony sprzed roku – i, jak sugeruje dziś jego wypowiedź, nie był to najlepszy moment na rewolucję.
Przełom przyszedł dopiero po Wimbledonie. Świątek nie obroniła tam tytułu, i właśnie ta porażka stała się dla Roiga sygnałem, że pora na poważniejszą rozmowę. Po turnieju poprosił Polkę, by zaufała jego spojrzeniu na tenis.
Co konkretnie przeszkadzało trenerowi? Przede wszystkim tempo, w jakim Świątek rozgrywała punkty. Roigowi nie podobało się, że zbyt często przyspieszała grę, dążąc do szybkiego zakończenia wymiany. Jego zdaniem Polka wykonywała też więcej ruchów na korcie, niż było to konieczne. „Nie chcemy grać w ping-ponga. Chcemy, żeby piłka trochę dłużej leciała i żeby Iga wykorzystywała cały kort. Jaki jest sens posiadania tak dobrych nóg, jeśli wszystko dzieje się tak szybko?” – mówił Roig.
Bekhend pod lupą
Praca sztabu skupiła się na dwóch konkretnych elementach: poruszaniu się po korcie oraz bekhendzie Świątek. Trener chciał, by to uderzenie nie było już tak bezpośrednie, a piłka leciała po bezpieczniejszej trajektorii. Cel jest jeden – uczynić Polkę bardziej kompletną zawodniczką.
Pierwsze efekty widać już na korcie. Świątek triumfowała w turnieju w Toronto, a po tym sukcesie sama przyznała, że porusza się efektywniej, robi mniej zbędnych kroków i lepiej czuje moment uderzenia. 25-letnia Polka zdaje się więc przyjęła nową filozofię gry – tę, o którą od początku zabiegał Roig.
Selekcjonerzy się zmieniają, kadra się zmienia, a problem zostaje ten sam. Dlaczego reprezentacja Polski wciąż traci bramki po rzutach rożnych i wolnych? Za kadencji Michała Probierza kadra rozegrała 21 spotkań i straciła w nich 29 goli, czyli średnio 1,38 na mecz. Trzeba jednak dodać, że rywalami byli wtedy m.in. Portugalia, Chorwacja, Holandia i Francja – przeciwnicy najwyższej klasy w Lidze Narodów i w finałach Euro.
Jan Urban objął kadrę w innych okolicznościach, ale mimo to jego zespół nie zdołał wywalczyć awansu na wielki turniej. Poziom rywali był przy tym wyraźnie niższy – jedynym naprawdę silnym przeciwnikiem była Holandia, a obok niej Szwecja. I mimo słabszych przeciwników statystyki strat wcale się nie poprawiły: w 12 meczach Polska straciła 16 goli, średnio 1,33 na spotkanie. Liczba niemal identyczna jak za Probierza – choć rywale byli zdecydowanie skromniejsi.
Mecze bez straconego gola można policzyć na palcach jednej ręki. Za Urbana zdarzyły się dokładnie trzy: z Nową Zelandią (1:0), z Litwą (2:0) i z Bośnią (0:0). W poniedziałek kadra przegrała ze Szwecją 1:3 i to starcie tylko podkreśliło skalę problemu.
Stałe fragmenty gry jako pięta achillesowa
Bo właśnie tam tkwi sedno sprawy. Kadra Urbana straciła już siedem goli po stałych fragmentach gry, co odpowiada za blisko 44 proc. wszystkich straconych przez nią bramek. W sztabie selekcjonera nie ma jednak typowego specjalisty od defensywnych ustawień przy rzutach rożnych i wolnych. Dla porównania: Szwecja zatrudnia w tej roli Andreasa Georgsona, na co dzień pracującego w Tottenhamie.
Tomasz Kłos, były reprezentacyjny obrońca, nie ma wątpliwości, gdzie leży problem. „Naszą bolączką jest to, że potrafimy strzelić ładnego gola, a jednocześnie zachowujemy się nieodpowiedzialnie we własnym polu karnym” – ocenia. Zwraca też uwagę na odwrócenie dawnych proporcji. „Kiedyś reprezentacja słynęła z tego, że dużo goli strzelała po stałych fragmentach. Dziś bardzo dużo po nich traci” – mówi Kłos.
Błędy, jakie popełniliśmy w starciu ze Szwecją, były karygodne.
Tak mecz z Ekspressen komentuje Jacek Bąk, kolejny były obrońca kadry. Jego zdaniem rozwiązanie jest proste na papierze: „Powinniśmy grać czwórką w obronie. Niech Bednarek z Kiwiorem grają na środku”. Jan Bednarek i Jakub Kiwior na co dzień faktycznie tworzą parę stoperów w Porto. Bąk ma za to zastrzeżenia do lewej strony defensywy: „Na lewej stronie Puchacz nie udowodnił, że daje radę na tym poziomie” – uważa.
Nie wszyscy jednak wierzą, że duet z Porto to gotowe rozwiązanie problemów kadry. Łukasz Gikiewicz, dziś ekspert telewizyjny, studzi entuzjazm: „Nie róbmy z nich pary Pique – Puyol. Oni grają w Porto, więc poważny mecz rozgrywają raz na dwa miesiące” – zaznacza. Tomasz Kłos idzie w podobnym kierunku i dorzuca kontekst ligowy: „W Portugalii mało kto może sobie pozwolić na otwartą grę przeciwko Porto” – mówi, sugerując, że w reprezentacji Bednarek i Kiwior są znacznie częściej testowani niż w klubie.
A trzeci z obrońców typowanych do gry w kadrze? Przemysław Wiśniewski wrócił z Włoch do Polski i występuje dziś w Widzewie Łódź. Samo to pokazuje, jak wąska jest ławka defensywna, z której może dziś wybierać Urban.
Co może przeciwstawić w pełni niepokonany zawodnik byłemu mistrzowi wagi półciężkiej, który wciąż szuka drogi powrotnej na szczyt? Przekonamy się 21 listopada, gdy UFC zawita do Kataru. Organizacja właśnie potwierdziła walkę wieczoru tamtejszej gali UFC Fight Night — Jiri Prochazka zmierzy się z Navajo Stirlingiem w starciu na szczycie kategorii półciężkiej.
Dla Prochazki to powrót po bolesnej lekcji. Czech przegrał w kwietniu walkę o pas z Carlosem Ulbergiem, który znokautował go już w pierwszej rundzie. I to nie pierwsza taka porażka w jego karierze — dwukrotnie przegrywał również z Alexem Pereirą. Mimo to dorobek byłego mistrza wciąż robi wrażenie: 32 zwycięstwa, 6 porażek i 1 remis. Na koncie ma pokonanie takich rywali jak Aleksandar Rakić, Jamahal Hill czy Khalil Rountree Jr.
Niepokonany Szkot z listą ofiar w KO
Naprzeciw Czecha stanie 27-letni Navajo Stirling. W zawodowym MMA nie zna smaku porażki — bilans 11-0 mówi sam za siebie. W UFC stoczył dotychczas sześć walk, na punkty pokonując między innymi Tuco Tokkosa, Ivana Erslana i Rodolfo Bellato. Jeszcze bardziej imponująco wygląda lista tych, których zatrzymał przed czasem. Bruno Lopes, Ion Cutelaba i sam Jan Błachowicz padli, zanim sędziowie zdążyli sięgnąć po karty.
Starcie w Katarze to więc test dla obu zawodników, choć z zupełnie innych powodów. Prochazka będzie chciał udowodnić, że dwie ostatnie porażki to tylko epizod, a nie koniec walki o tytuł. Stirling gra o coś innego — zwycięstwo nad byłym mistrzem wagi półciężkiej może wreszcie wbić go do ścisłej czołówki dywizji.
Bilety na galę wejdą w sprzedaż 9 października. Transmisja na żywo z Kataru będzie dostępna 21 listopada na platformie Paramount+.
Czy prezydent Karol Nawrocki wybierze się w ten weekend do Koszalina, żeby dopingować kolegę sprzed lat? Kacper Meyna, mistrz Polski w wadze ciężkiej, wraca tam do ringu i sam przyznaje, że nie wykluczałby ponownej obecności głowy państwa na widowni.
W walce wieczoru gali KAPEO Rocky Boxing Night Meyna zmierzy się z Victorem Emilio Ramirezem, Argentyńczykiem, byłym mistrzem świata federacji WBO i IBF. Na szali będzie wakujący pas WBA Continental Heavyweight. Pierwotnie miało być zupełnie inaczej — rywalem Meyny miał zostać Damian Knyba. Ten jednak przyjął wyzwanie od Andy’ego Ruiza Juniora, więc organizatorzy musieli szukać nowego przeciwnika.
27-letni bokser opowiedział o przygotowaniach w rozmowie wyemitowanej przez portal Ringpolska.pl. „Przygotowania były ciężkie. Wszystko zrobione od deski do deski, również z regeneracją, więc zrobiłem 110 procent i jesteśmy przygotowani. Jeszcze w piątek ostatni sparing. Potem zregenerować się i walczymy” — powiedział Meyna.
Przyjaźń sprzed siedmiu lat
Karol Nawrocki nieraz kibicował Meynie na galach bokserskich, siadając w pierwszych rzędach jak zwykły fan. Tak było choćby w Kościerzynie, gdy Meyna mierzył się z Anthonym Wrightem podczas Rocky Boxing Night 24. Zapytany, czy prezydent zjawi się też w Koszalinie, bokser nie powiedział ani tak, ani nie. „Nie wiem czy możemy mówić, no ale powiedzmy tak – jak był w Kościerzynie, no to może być czasem w Koszalinie” — stwierdził Meyna.
To nie pierwszy raz, gdy Nawrocki wspiera Meynę z trybun — robił to jeszcze zanim objął urząd prezydencki. „Karol Nawrocki był też na walce z Kownackim. Wtedy jeszcze nie był prezydentem, ale był prezesem IPN-u” — przypomniał bokser. To właśnie w Instytucie Pamięci Narodowej, a wcześniej w Muzeum II Wojny Światowej, obecny prezydent pełnił funkcje kierownicze, zanim objął najwyższy urząd w państwie.
O swojej znajomości z Nawrockim Meyna mówił już w sierpniu ubiegłego roku, w rozmowie z Arturem Gacem dla Interii. „Znamy się siedem lat. Gdy był dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej, spotykaliśmy się codziennie na sali. Jak został prezesem IPN-u i był w Warszawie, wówczas widzieliśmy się mniej więcej raz w miesiącu. Jaką złapaliśmy relację? Można powiedzieć, że przyjaźń” — mówił wtedy bokser.
Wystarczyła jedna minuta, żeby z meczu o być albo nie być zrobił się pogrom. Tak właśnie stało się na Hampden Park, gdzie Szkocja przegrała ze Szwajcarią 0:3 w Lidze Narodów UEFA – a o losach spotkania zdecydował pojedynczy epizod, i to tuż po pierwszym gwizdku.
Nic tego nie zapowiadało. W 8. minucie Jack Hendry sfaulował Dana Ndoye tuż przed polem karnym. Sędzia najpierw wskazał na „jedenastkę” i pokazał obrońcy żółtą kartkę. Potem obejrzał powtórkę przy VAR i zmienił zdanie – przewinienie miało miejsce jeszcze przed „szesnastką”. Decyzja poszła w drugą stronę: rzut karny zniknął, pojawił się rzut wolny, a żółta kartka dla Hendry’ego zamieniła się w czerwoną. Ten jeden gwizdek odmienił cały mecz.
Szkoci grali w osłabieniu od 8. minuty i skutki było widać niemal od razu. W 12. minucie Ricardo Rodriguez wykorzystał stały fragment gry i dał Szwajcarii prowadzenie. Po przerwie zrobiło się jeszcze gorzej – w 55. minucie Nico Elvedi podwyższył na 2:0 po podaniu Ndoye, a w końcówce trzeciego gola dołożył Zeki Amdouni, pieczętując wynik 0:3.
Dla drużyny Murata Yakina to była niemal kalka wcześniejszego występu. Identyczne 3:0 Szwajcarzy ustrzelili już kilka dni wcześniej, wygrywając na wyjeździe z Macedonią Północną. Po dwóch kolejkach mają komplet sześciu punktów i bilans bramkowy 6:0.
Pozostałe wyniki w dywizjach B i C
W tej samej grupie dywizji B Słowenia pokonała Macedonię Północną 2:0. Pierwsza połowa nie przyniosła goli, za to po przerwie trafili Sandi Lovrić w 55. minucie oraz Aljosa Matko w 82. minucie. Dla Słoweńców to pierwszy triumf w tej edycji rozgrywek.
W dywizji C Islandia rozbiła Luksemburg 3:0, identycznym wynikiem Albania pokonała San Marino. Słowacja wygrała z Kazachstanem 2:1, a Bułgaria z Estonią podzieliły się punktami po bezbramkowym remisie.
Jak strzelić gola, nie trafiając krążkiem do siatki za pierwszym razem – a nawet, w pewnym sensie, za drugim? Kamil Wałęga znalazł na to sposób w meczu 6. kolejki słowackiej ekstraligi hokeja, w którym jego Vlci Żylina grali na wyjeździe z HK Poprad.
W 55. minucie polski środkowy wpisał się na listę strzelców w dość nietypowych okolicznościach. Bramkarz gospodarzy Július Hudáček obronił jego pierwszy strzał. Wałęga nie odpuścił jednak i zagrał krążkiem raz jeszcze, a zdezorientowany Słowak wykręcił piruet i sam wepchnął „gumę” do własnej bramki. Trafienie dało remis 3:3 i wymusiło dogrywkę.
Do tego momentu mecz miał swój własny, dość burzliwy rytm. Po dwóch tercjach na tablicy widniało prowadzenie gości z Żyliny 2:1. Gospodarze odpowiedzieli błyskawicznie – na początku trzeciej tercji strzelili dwa gole w odstępie niespełna dwóch minut i objęli prowadzenie 3:2. Właśnie wtedy do akcji wkroczył Wałęga, ratując swój zespół przed porażką w regulaminowym czasie gry.
Karny, którego zabrakło, i karny, który zadecydował
Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc o wygranej zadecydowała seria rzutów karnych. Wałęga jechał jako pierwszy, ale tym razem nie trafił. Ostatecznie to „Kozice” z Popradu okazały się skuteczniejsze – wygrały serię 3:2, a cały mecz 4:3. O zwycięstwie przesądził ostatni karny wykonany przez Kanadyjczyka Andrew Calofa. Wcześniej dla gospodarzy trafili także Peter Bjalončík i Adam Dvořák – ten ostatni zdobył zresztą gola także w regulaminowym czasie gry i dołożył asystę.
W statystykach meczu zapisali się również Tyler Coulter, który skompletował bramkę i dwie asysty, oraz Bohumil Jank, autor jednego trafienia. Na trybunach zasiadło 2235 widzów, a strzały na bramkę padły w proporcji 24-33 na korzyść Vlci Żylina.
Wałęga, nominalny środkowy pierwszego ataku „Wilków” z Żyliny, spędził na lodzie łącznie 18 minut i 59 sekund. Swojego kuriozalnego gola zdobył jedynym celnym strzałem w tym meczu. Do tego wygrał 9 z 18 wznowień, zanotował zerowy bilans w statystyce +/- i wykonał jeden atak ciałem na rywala. Po sześciu występach w obecnym sezonie Polak ma już na koncie 3 gole, 2 asysty i +1 w klasyfikacji +/-.
Mimo porażki 3:4 zdobyty w ten sposób punkt miał swoją wagę. Dzięki niemu Vlci Żylina wrócili na pozycję lidera słowackiej ekstraligi, zrównując się dorobkiem punktowym i różnicą bramek ze Slovanem Bratysława. Oba zespoły zmierzą się już w piątek w Żylinie w bezpośrednim starciu o szczyt tabeli.