Zakręt numer 8 w Stambule to jeden z tych fragmentów toru, o których kibice F1 mówią z nabożeństwem. Bolidy znów go zaatakują na początku października 2027 roku – po sześciu latach przerwy.
Pierwsze sygnały, że Turcja wraca do kalendarza, pojawiły się już w kwietniu, przy okazji uroczystości z udziałem prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Teraz sprawa jest przesądzona – po publikacji oficjalnego kalendarza sezonu 2027 wiadomo na pewno, że Istanbul Park wraca na mapę mistrzostw świata. I to nie na chwilę: nowa umowa gwarantuje Stambułowi miejsce w kalendarzu F1 co najmniej do 2031 roku.
Erdogan nie krył satysfakcji i chętnie mówił o liczbach. „Wyścigi docierają do prawie 19 mln osób, a około 7,5 mln aktywnie śledzi je w mediach społecznościowych” – przekonywał. Dla niego to jednak coś więcej niż punkt w kalendarzu sportowym. „Uważam, że powrót Turcji do kalendarza Formuły 1 jest wyraźnym potwierdzeniem wysokiego poziomu zaufania, jakim darzymy nasz kraj – naszych możliwości organizacyjnych, nowoczesnej infrastruktury sportowej i medycznej oraz słynnej gościnności narodu tureckiego” – ocenił.
Poszedł jeszcze dalej, łącząc decyzję F1 z pozycją Turcji w regionie. „Powrót Turcji do kalendarza F1 świadczy o wysokim potencjale organizacyjnym naszego kraju, jego nowoczesnej infrastrukturze sportowej i rekreacyjnej oraz o tym, że w ostatnich latach nasz kraj jeszcze bardziej umocnił swoją rolę jako 'wyspy stabilności’ w regionie” – stwierdził.
Historia toru i nowe przygotowania
Dla Formuły 1 Istanbul Park to żaden nowy adres. Grand Prix Turcji odbyło się tu już dziewięć razy – najpierw regularnie w latach 2005-2011, potem krótki powrót w sezonach 2020-2021, kiedy pandemia przetasowała cały kalendarz. Trasa się nie zmienia: to wciąż 5,3-kilometrowa pętla, a jej wizytówką pozostaje legendarny, wielowierzchołkowy zakręt numer 8 – jeden z najtrudniejszych fragmentów toru w całej stawce F1.
Promocja ruszyła długo przed startem. Spot „Catch It If You Can”, przygotowany przez Turecką Agencję Promocji i Rozwoju Turystyki (TGA) we współpracy z Ministerstwem Kultury i Turystyki, zebrał już ponad 571 mln wyświetleń. Minister kultury i turystyki Mehmet Nuri Ersoy nie kryje, że tempo prac rośnie z tygodnia na tydzień. „Wrzucamy wyższy bieg w naszych przygotowaniach do GP Turcji” – zapowiedział. Kalendarz sportowy kraju i tak jest napięty – w lutym 2027 roku Stambuł przyjmie jeszcze piłkarski Superpuchar Hiszpanii.
Twarzą kampanii został Felipe Massa, który między 2006 a 2008 rokiem odniósł na torze w Stambule trzy zwycięstwa z rzędu. Brazylijczyk wrócił do miasta jako ambasador GP Turcji – pojawił się na plenerowym pokazie filmu o Formule 1 i spotkał się z kibicami. „Istanbul Park zawsze był dla mnie wyjątkowym miejscem. Nigdy nie zapomnę tego, czego tam doświadczyłem przez te trzy lata. Teraz, będąc po raz kolejny w Stambule przed ponownym włączeniem tego toru do kalendarza Formuły 1 oraz mając możliwość spotkania z kibicami po wielu latach, jestem bardzo szczęśliwy” – powiedział Massa.
O której godzinie polskiego czasu Magda Linette wyjdzie na kort w Pekinie? I z kim przyjdzie jej się zmierzyć w pierwszej rundzie? W czwartek, 1 października, Polka rozpocznie zmagania w turnieju WTA 1000 rozgrywanym na twardych kortach chińskiej stolicy. Naprzeciw niej stanie Katerina Siniakova – zawodniczka może mniej rozpoznawalna w grze pojedynczej, za to od dłuższego czasu niekwestionowana liderka światowego rankingu deblistek.
Mecz Linette z Siniakovą rozegrany zostanie na korcie nr 4. Organizatorzy China Open umieścili go jako trzeci w kolejności podczas sesji startującej o godzinie 5:00 czasu polskiego. Zanim obie panie wyjdą na kort, kibice obejrzą jeszcze dwa inne pojedynki pierwszej rundy singla kobiet – najpierw zagrają Sofia Kenin i Ashlyn Krueger, później Sonay Kartal i Andrea Lazaro Garcia. Licząc się z czasem tych wcześniejszych spotkań, Linette powinna rozpocząć swój mecz około godziny 9:00 naszego czasu.
Bilans wzajemnych spotkań przemawia na korzyść Czeszki
To nie będzie pierwsze starcie Polki z Siniakovą na zawodowych kortach. W karierze zmierzyły się już pięciokrotnie, a historia tej rywalizacji dzieli się wyraźnie na dwie odsłony. Pierwsze trzy pojedynki padły łupem Linette. Potem role się odwróciły – w dwóch ostatnich spotkaniach górą była Siniakova. Bilans jest więc dziś wyrównany, a o wyniku może zadecydować bieżąca forma obu zawodniczek.
W rankingu WTA wyżej plasuje się Czeszka – zajmuje 55. miejsce, Linette figuruje na pozycji 80. Stawka meczu to jednak coś więcej niż tylko punkty i prestiż samego starcia. Zwyciężczyni w drugiej rundzie trafi na rozstawioną z numerem szóstym Ukrainkę Elinę Switolinę – awans otworzy więc drogę do starcia z jedną z czołowych rakiet turnieju.
Kibice w Polsce zmagania w Pekinie obejrzą dzięki transmisjom w Canal+ Sport oraz w serwisie streamingowym Canal+ Online.
Jak to możliwe, że usłyszysz od szefa UFC, że stoczyłeś „jedną z najgorszych walk” w historii programu – a chwilę później i tak wychodzisz z kontraktem największej organizacji MMA na świecie w kieszeni? Dokładnie to przytrafiło się Adamowi Diopowi podczas ostatniej edycji Dana White’s Contender Series.
Z wtorku na środę w Las Vegas odbyła się kolejna gala cyklu. Na karcie znalazły się cztery pojedynki. Każdy z ośmiu uczestniczących zawodników opuścił oktagon z kontraktem UFC w kieszeni.
Najwięcej emocji wywołała jednak nie walka wieczoru, a starcie wagi ciężkiej między Adamem Diopem a Zarubekiem Sabanovem. Dana White ocenił je bez ogródek – jedna z najgorszych walk, jakie kiedykolwiek widział w ramach Contender Series. Diop, zawodnik z Senegalu, ostatecznie zakończył pojedynek przed czasem w drugiej rundzie.
Szef UFC nie oszczędzał go w pomeczowej rozmowie. „Twoja walka była koszmarna, niechlujna i była jedną z najgorszych walk, jakie kiedykolwiek widziałem w Contender Series” – powiedział White wprost do zawodnika. Dorzucił jeszcze uwagę o technice: „Twoja stójka jest okropna”. Zauważył przy tym, że sam przebieg starcia zniechęcił widownię – publiczność zaczęła buczeć na Diopa już w trakcie walki. Nie obyło się też bez komentarza na temat wieku: „A tutaj jest jeszcze większy problem: masz 31 lat”.
Mimo całej tej listy zarzutów, szef UFC i tak wręczył Senegalczykowi kontrakt. Tyradę zakończył słowami: „Nie spraw, żebym tego żałował. Adama, wstawaj. Witamy w UFC”.
Diop, walczący pod pseudonimem „Blindé”, zadebiutował zawodowo w MMA w 2022 roku. Karierę budował we Francji, w organizacji Hexagone MMA, a ostatnio występował w EFC, gdzie zdobył pas mistrzowski.
Reszta karty bez kontrowersji
Pozostałe pojedynki wieczoru przebiegły dla oceniających zdecydowanie spokojniej. Niepokonana 25-letnia Aieza Bertolso z Brazylii przypieczętowała awans do UFC. Zawodniczka wagi słomkowej z Alto Taquari poddała Camile Reynoso duszeniem po zaledwie 3 minutach i 2 sekundach walki.
Równie błyskawicznie zakończył się pojedynek Iana Escuzy. Peruwiańczyk potrzebował jedynie 32 sekund, by rozprawić się z Włochem Luca Borando.
W walce wieczoru George Staines pokonał Loai Abushaara, wykorzystując slam i serię uderzeń w parterze. Z wyniku był zachwycony Paddy Pimblett, klubowy kolega Stainesa, który śledził jego występ zakończony kontraktem w efektownym stylu.
35-letni obrońca, bez klubu od miesięcy, w szatni FC Porto? Brzmi jak zaskoczenie, ale portugalskie media twierdzą, że mistrzowie kraju faktycznie chcą sprowadzić Chrisa Smallinga. Jako pierwszy napisał o tym portal maisfutebol.iol.pt.
Walizek na stałe Anglik jeszcze nie pakuje. Zanim dojdzie do podpisu, musi przejść badania medyczne – bez nich żaden transfer się nie domknie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Smalling zwiąże się z klubem do końca obecnego sezonu, a Porto zachowa opcję przedłużenia umowy o kolejny rok.
Okno transferowe formalnie jest już zamknięte, ale to akurat nie stanowi przeszkody. Smalling pozostaje wolnym zawodnikiem, więc Porto może zarejestrować go poza standardowymi terminami.
Kariera, która zna Mourinho na pamięć
Nowego pracodawcy Smalling szukał od dłuższego czasu. Bez klubu został po zakończeniu przygody z saudyjskim Al-Fayha. Wcześniej spędził pięć lat w AS Romie, a jeszcze dłużej grał w Manchesterze United. W obu klubach pracował pod wodzą Jose Mourinho – trenera, którego nazwisko wciąż otwiera niejedne drzwi w europejskim futbolu.
Na papierze reprezentacyjny dorobek Anglika też robi wrażenie: 31 meczów w kadrze Anglii, w tym występy na mistrzostwach świata w 2014 roku i na Euro 2016.
Skąd akurat teraz zainteresowanie piłkarzem, który od miesięcy trenował sam? Odpowiedzi trzeba szukać nie na boisku, a w klinice. Klub Francesco Fariolego potrzebuje dodatkowego obrońcy, bo kłopoty zdrowotne dopadły Nehuena Pereza. Argentyńczyk wrócił do gry w sierpniu po dłuższej przerwie i 8 września rozegrał pełne 90 minut przeciwko Manchesterowi City. Chwilę później znów złapał uraz – od blisko dwóch tygodni jest pod opieką sztabu medycznego, choć w środę wrócił już do treningów w ograniczonym zakresie.
To właśnie ta luka w kadrze otwiera drzwi dla Smallinga. Na co dzień środek defensywy Porto opiera się na duecie Jakub Kiwior – Jan Bednarek, dwóch reprezentantach Polski, którzy wywalczyli już sobie miejsce w wyjściowym składzie Fariolego. Przyjście doświadczonego Anglika oznaczałoby dla nich realną konkurencję o skład, a nie tylko uzupełnienie kadry na papierze.
Jak uczcić 29. urodziny na korcie WTA 1000? Renata Zarazua znalazła prosty sposób: wygrać mecz, który od dawna jej nie wychodził. Meksykanka pokonała Węgierkę Annę Bondar 7:6(4), 6:3 po dwóch godzinach i 17 minutach gry – dokładnie w dniu swoich urodzin.
Dla 94. rakiety świata to zwycięstwo ma szczególną wagę. Przerwało serię sześciu kolejnych porażek w głównym cyklu WTA. Ostatni raz Zarazua wygrywała na początku sierpnia w Toronto – na kolejny triumf czekała więc blisko dwa miesiące.
Nagrodą za awans jest starcie z Aryną Sabalenką w drugiej rundzie China Open 2026, zaplanowane na piątek 2 października. Białorusinka, rozstawiona z numerem 2, czekała w fotelu na rywalkę, bo w pierwszej rundzie miała wolny los. To dopiero drugie spotkanie obu zawodniczek w touralatach WTA – pierwsze, na początku sezonu 2025 w Brisbane, również padło łupem Sabalenki.
Reszta drabinki nabiera kształtu
Swoją pierwszą przeciwniczkę poznała też rozstawiona z numerem 7 Karolina Muchova. Czeszka zagra z Katie Boulter z Wielkiej Brytanii, finalistką Wimbledonu 2026. Brytyjka w pierwszej rundzie nie dała szans Japonce Mai Hontamie, wygrywając 6:3, 6:4.
Awans wywalczyła też Australijka Taylah Preston, pokonując Niemkę Tamarę Korpatsch 6:2, 7:6(4). W piątek czeka ją starcie z rozstawioną z numerem 22 Francuzką Diane Parry, która pierwszą rundę ominęła dzięki wolnemu losowi.
Turniej w Pekinie rozgrywany jest na kortach twardych w ramach kategorii WTA 1000 i potrwa do 11 października. Pula nagród to 9,415 mln dolarów. Zwyciężczyni zainkasuje 1000 punktów rankingowych i czek na 1,151 mln dolarów.
Kto trafia do federacji freak-fightowej prosto z francuskiej Legii Cudzoziemskiej? Odpowiedź brzmi: Kacper Musiał. W FAME będzie walczył pod pseudonimem Legionista. Za tym przydomkiem stoi sześć lat spędzonych w jednej z najbardziej wymagających formacji wojskowych na świecie.
Jak podaje sama organizacja FAME, Musiał przebywał w Legii Cudzoziemskiej sześć lat. Trafił tam w wieku zaledwie 19 lat, a służbę zakończył po 6,5 roku – dyscyplinarnie. Powód? Złamanie zasad obowiązujących legionistów, między innymi zakazu publikowania treści w internecie.
Dziś ma 28 lat, urodził się w 1998 roku. Pochodzi ze Śląska, mieszka jednak w Łodzi. Na Instagramie śledzi go około 40 tysięcy osób. Na jednej z relacji pojawił się w klubie Fit’n Fight Gym w towarzystwie Jana Ciepłowskiego, zawodnika PFL.
Wytrzymałość i siła w jednym
Sportowe CV Legionisty robi wrażenie, nawet jeśli zapomnieć o wojskowej przeszłości. Musiał ukończył zawody Ironman w czasie poniżej 12 godzin – a to dystans obejmujący 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i 42 km biegu. Do tego dochodzi siła surowa: w trójboju siłowym SBD – przysiad, wyciskanie na ławce, martwy ciąg – zanotował łączny wynik 745 kilogramów.
Waga i wzrost zawodnika wciąż pozostają tajemnicą. FAME zapowiada, że te dane ujawni dopiero tuż przed galą.
Legionista wystąpi w turnieju GRAND FREAKS na gali FAME 33. Zmagania, podobnie jak w poprzednich edycjach tego formatu w organizacji, rozegrane zostaną jednego wieczoru, w formule K1. W stawce znaleźli się między innymi Marcin Wrzosek, Dawid Załęcki oraz Scarface, znany z walk dla organizacji GROMDA.
Co właściwie czeka nas na jubileuszowej, 20. edycji Poznań Game Arena? Polska premiera samochodu, finały międzynarodowego turnieju e-sportowego i dwudniowy festiwal koncertowy – to tylko część atrakcji. Poznań Game Arena 2026 odbędzie się 23-25 października 2026 roku na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Skoro to już 20. odsłona imprezy, organizatorzy postanowili nie odpuszczać i postawili na rozmach.
Partnerem tegorocznej PGA została firma Red Bull. Producent napojów energetycznych zorganizuje na terenie targów własną strefę, gdzie rozegrane zostaną polskie finały Red Bull Wings Cup – międzynarodowego turnieju EA Sports FC. O zwycięstwo powalczy ośmiu najlepszych zawodników wyłonionych wcześniej w Lidze Otwartej i Lidze Uniwersyteckiej. Stawka? Naprawdę wysoka – triumfator wyjedzie do Miami, gdzie w styczniu 2027 roku odbędą się finały światowe. Fani wirtualnego futbolu będą mogli też spotkać na miejscu Damiana „PLKD” Kornienkę, jednego z największych polskich twórców zajmujących się tematyką piłki kopanej od EA Sports.
Głównym sponsorem targów został z kolei Alior Bank, który także przygotował własną strefę. Swoją przestrzeń wystawiła również Żabka – w Strefie Triki będzie można przetestować niewielki kontroler do gier mobilnych. Urządzenie łączy się przez Bluetooth z aplikacją Żappka i korzysta m.in. z żyroskopu, akcelerometru oraz detektora ruchu. Na PGA 2026 zadziała też Strefa Indie Games, objęta patronatem PayPal. Tam uczestnicy targów zagrają w dziesiątki niezależnych produkcji, a przy okazji spotkają się z ich twórcami.
Polska premiera samochodu i koncerty po zamknięciu hal
Podczas Poznań Game Arena 2026 odbędzie się też zorganizowany przez OMODA & JAECOO pierwszy w Polsce pokaz osobowego crossovera OMODA 4. To samo auto widzieliśmy już wcześniej podczas finałów VALORANT Champions Tour EMEA w Barcelonie. Na 23 i 24 października zaplanowano natomiast WEEKNDR FEST – dwudniową serię afterparty’owych koncertów. Na to wydarzenie sprzedawane są osobne wejściówki, choć posiadacze biletów na PGA w miarę dostępności miejsc również będą mogli wziąć w nim udział.
Poza strefami partnerów na odwiedzających czekają pokazy cosplay, strefy retro, turnieje esportowe, a do tego pokazy gier i sprzętu oraz spotkania z influencerami.
Ile może zarabiać 45-letni kierowca, który ostatnie mistrzostwo świata zdobył niemal dwie dekady temu? W przypadku Fernando Alonso odpowiedź brzmi: więcej niż kiedykolwiek wcześniej w karierze. Hiszpan zostaje w Aston Martinie co najmniej do końca 2027 roku, a w przyszłym sezonie skończy 46 lat.
Według hiszpańskiego dziennika „Mundo Deportivo” nowy kontrakt ma zapewnić Alonso ok. 40 mln euro za sezon. Szacowane podstawowe roczne wynagrodzenie, bez bonusów, ma sięgnąć właśnie tej kwoty – ponad 45 mln dolarów. Zbliżone liczby podawał wcześniej Marc Limacher, analityk biznesowy i autor książek o Formule 1 – przewidywał, że w 2027 roku Hiszpan zarobi około 38 mln euro, czyli ponad 43 mln dolarów, również bez premii.
Skala podwyżki robi wrażenie. Dotąd Alonso zarabiał w Aston Martinie ok. 20-25 mln dolarów rocznie. Lawrence Stroll, miliarder i właściciel zespołu z Silverstone, dał mu niemal 200-procentową podwyżkę względem poprzedniej umowy. Nawet w najlepszych latach kariery – gdy w latach 2015-2018 jeździł dla McLarena – Alonso miał otrzymywać od ok. 28 do 36 mln euro rocznie, czyli 31-41 mln dolarów. Wyraźnie mniej niż teraz.
Kto zarabia więcej od Alonso
Mimo rekordowego kontraktu Hiszpan wciąż nie jest liderem stawki płacowej. Więcej od niego, według dostępnych szacunków, otrzymują obecnie tylko dwaj kierowcy: Max Verstappen i Lewis Hamilton. Kierowca Red Bull Racing ma mieć zagwarantowaną podstawową pensję na poziomie co najmniej 60 mln euro rocznie, czyli 68 mln dolarów. Hamilton w Ferrari ma zarabiać – bez premii – co najmniej 50 mln euro, czyli 57 mln dolarów za sezon. Alonso plasowałby się jednak przed aktualnym mistrzem świata Landem Norrisem z McLarena oraz Charles’em Leclerc z Ferrari.
Kariera Alonso w F1 zaczęła się w 2001 roku. Dziś Hiszpan jest najstarszym zawodnikiem w stawce. Mistrzostwo świata zdobywał dwukrotnie – w 2005 i 2006 roku z Renault. Po drodze jeździł też dla Ferrari, McLarena, Minardi i Alpine.
Nowy kontrakt zbiega się z istotną zmianą techniczną w stawce. Od 2026 roku w Formule 1 obowiązują nowe przepisy dotyczące jednostek napędowych. Aston Martin korzysta z silników Hondy, a jednocześnie rozwija bolid według własnego projektu technicznego, współpracując z nowymi inżynierami pod nadzorem Adriana Neweya.
Ile czasu trzeba, by wygrać mecz, w którym prowadzi się już 5:2 w decydującym secie, a mimo to do samego końca trzeba drżeć o wynik? W przypadku Magdaleny Fręch odpowiedź brzmi: cały wieczór. Spotkanie zakończyło się dopiero po godzinie 22 czasu pekińskiego. Polka awansowała do II rundy turnieju WTA w Pekinie po zwycięstwie nad Elsą Jacquemot 7:5, 3:6, 6:4.
Francuzka zresztą nie miała być pierwotną rywalką Fręch — zajęła miejsce Petry Marcinko po zmianach w drabince turnieju. Na papierze to był mecz skrojony pod Polkę: Fręch zajmuje 48. miejsce w rankingu WTA, Jacquemot dopiero 165. Francuzka do głównej drabinki w ogóle przebijała się przez kwalifikacje, po drodze eliminując Zongyu Li i Vivian Wolff. Historia bezpośrednich starć również przemawiała na korzyść Polki — w czterech dotychczasowych meczach Jacquemot przegrała aż trzy.
Papierowy faworyt to jednak nie to samo, co łatwa przeprawa. Sam pierwszy set ciągnął się godzinę i 13 minut. Fręch nie wykorzystała czterech szans na przełamanie przy serwisach rywalki, a set rozstrzygnął się dopiero przy czwartej piłce setowej, wygranej 7:5. Kluczowy moment przyszedł przy stanie 3:2 dla Polki — broniąc się przed przełamaniem, Jacquemot posłała trzy podwójne błędy serwisowe przy szóstym z rzędu break poincie.
Drugi set należał już wyraźnie do Francuzki. Jacquemot odskoczyła na 3:1, potem na 4:1 i domknęła partię wynikiem 6:4. Trzeci set zaczął się jednak zupełnie inaczej. Fręch ruszyła z kopyta, prowadząc najpierw 3:0, a później aż 5:2. Jacquemot nie złożyła broni i zbliżyła się na 4:5 — ale to Polka dokończyła robotę, wygrywając decydującą partię 6:4.
Kto czeka na Fręch w II rundzie?
Nagrodą za ten trzysetowy bój jest starcie z rozstawioną z numerem 26. Nikolą Bartunkovą w kolejnej rundzie pekińskiego turnieju.
Czy pieniądze zebrane przez internautów na walkę z rakiem faktycznie trafiły do chorych? Czy może spora ich część posłużyła do wypłaty pensji jednej osobie? To pytanie elektryzuje w ostatnich dniach fanów Łatwoganga, odkąd „Rzeczpospolita” opisała finanse spółki Boxing Challenge, powiązanej z fundacją Cancer Fighters.
Dziennik ustalił, że wydatki spółki Boxing Challenge wyniosły łącznie 355,1 tys. zł. Zdecydowaną większość tej kwoty – 218,2 tys. zł – pochłonęło wynagrodzenie prezesa firmy, Jakuba Michalskiego. Boxing Challenge działa pod auspicjami fundacji Cancer Fighters i odpowiada za organizację charytatywnych gal bokserskich. Problem w tym, że Michalski pełnił jednocześnie trzy funkcje: stał na czele Boxing Challenge, był dyrektorem zarządzającym samej fundacji Cancer Fighters oraz prezesem i wspólnikiem agencji PR-owej Cloud Eleven. Ta ostatnia firma regularnie sprzedawała fundacji usługi marketingowe i PR-owe.
Sprawa dotyka bezpośrednio Łatwoganga – to on w kwietniu zorganizował zbiórkę, dzięki której na konto Cancer Fighters wpłynęły miliony złotych. Youtuber odniósł się do publikacji „Rzeczpospolitej” w mediach społecznościowych, publikując oświadczenie fundacji i dodając własny komentarz.
„Wczoraj w internecie zaczęły pojawiać się artykuły z clickbaitowymi nagłówkami sugerującymi, że nie wszystkie pieniądze z kwietniowej zbiórki pójdą dla dzieci, co nie jest prawdą. Wszystkie pieniądze ze zbiórki idą dla dzieci” – napisał Łatwogang.
Co na to fundacja
W oświadczeniu Cancer Fighters przekonuje, że organizacja gal charytatywnych była przez lata jej flagowym projektem, dzięki któremu udało się zebrać 5 mln zł. Cała ta kwota, jak zapewnia fundacja, trafiła do osób chorujących na raka. Spółka Boxing Challenge powstała właśnie po to, by przejąć organizacyjny ciężar tego projektu – „działalność spółki, podobnie jak Fundacji, jest kontrolowana, a informacje na temat wydatków są dostępne publicznie” – czytamy w komunikacie.
Fundacja nie ucieka jednak od najbardziej niewygodnego wątku i wprost przyznaje, że „pełnienie trzech funkcji przez jedną osobę może budzić wątpliwości”. Sytuacja, jak podkreślono, uległa już zmianie – we wrześniu 2025 roku Jakub Michalski przestał pełnić funkcję dyrektora w Cancer Fighters. Na tym stanowisku nie pobierał żadnego wynagrodzenia, a decyzje o tym, które podmioty współpracują z organizacją, zapadały w zarządzie fundacji – nie jednoosobowo u Michalskiego, który, jak zapewniono, nigdy jako dyrektor nie zlecał zadań własnym firmom.
Konsekwencje afery widać też w strukturze samej spółki. Po akcji Łatwoganga „Diss na raka” zapadła decyzja o postawieniu Boxing Challenge w stan likwidacji. Rozważano jeszcze zorganizowanie ostatniej, pożegnalnej gali spółki, ale ostatecznie z tego planu zrezygnowano.
Fundacja przypomniała też o innym, znacznie większym przedsięwzięciu. Cały dochód ze streamu, który Łatwogang poprowadził wspólnie z Bedoesem 2115, ma trafić na polską onkologię. Według deklaracji Cancer Fighters to aż 292 mln zł – czyli 100 procent kwoty zebranej podczas transmisji.