Hala Sport Arena w Łodzi w sobotni wieczór wypełni się kibicami MMA. Gala King’s Arena 4 rusza o godzinie 20:00. To już czwarta edycja cyklu — tym razem zaplanowana na 3 października 2026 roku.
Gwoździem programu będzie starcie w wadze półśredniej: Mateusz Kisielewski kontra Wawrzyniec Bartnik. Kisielewski wchodzi do klatki z bilansem 7 zwycięstw i 1 porażki i serią sześciu wygranych z rzędu na koncie. Kilka miesięcy temu rozprawił się z Danielem Skibińskim, co tylko napędziło jego passę. Po drugiej stronie klatki stanie Bartnik — rekord 12-4, pas mistrza organizacji FEN, broniony już dwukrotnie. Ma za sobą też wycieczkę w bokserskie rejony: niedawno pokonał Normana Parka na gali Prime Show MMA.
Na karcie znajdzie się też kilka nazwisk kojarzonych z telewizją. Tomasz Romanowski, zwycięzca programu „Tylko Jeden” i były pretendent do pasa KSW, zmierzy się z Lucasem Rodriguesem w kategorii do 83,9 kg. Forma Romanowskiego budzi pytania — z pięciu ostatnich walk wygrał tylko jedną, a jego bilans to 19 zwycięstw i 12 porażek. Rodrigues (10-8) przyjeżdża do Łodzi w zupełnie innym nastroju, po efektownym nokaucie: kilka miesięcy temu znokautował Krystiana Bielskiego na poprzedniej edycji King’s Arena.
Uwagę powinien przyciągnąć też pojedynek w kategorii do 65,8 kg. Jan Ciepłowski wraca po spektakularnym nokaucie z bilansem 10-1, a naprzeciw niego stanie Wenezuelczyk Deiby Tachon (9-2).
Pełna karta walk i pojedynki semi-pro
Na gali King’s Arena 4 zobaczymy także osobne starcia Bartosza Kowalczyka i Krystiana Szczęsnego. Kowalczyk (2-1) zmierzy się z debiutującym w zawodowym MMA Mikołajem Tomaszewskim (0-1) w kategorii do 77,1 kg. W tej samej wadze Dawid Borzęcki (7-4) stanie naprzeciw Krystiana Szczęsnego (6-4). Do klatki wejdą również Bartłomiej Pawlak (1-1) i Dawin Kwaśny (1-0), kategoria do 70,3 kg.
Poza walkami zawodowymi organizatorzy przygotowali też pakiet pojedynków semi-pro. W kategorii do 83,9 kg zobaczymy starcie Fabiana Nebego z Patrykiem Bartyzelem, a także pojedynki Przemysława Ziembikiewicza z Mariuszem Skrzypą oraz Rafała Radosza z Michałem Wnętrzakiem. W wadze do 70,3 kg na macie spotkają się Patryk Dubaczyński i Szymon Jaśkowiak oraz Bartosz Nowicki i Igor Gwiazda.
Ci, którzy do Łodzi się nie wybiorą, obejrzą galę w telewizji — transmisję zapewni kanał TVN Turbo. Część wydarzenia będzie też dostępna bezpłatnie w sieci, na kanale Kanału Sportowego w serwisie YouTube.
Finał Pucharu Stanleya w czerwcu skończył się dla Vegas Golden Knights bolesną porażką – sześć meczów i lepsza Carolina Hurricanes. Klub nie zamierzał jednak tracić czasu na rozpamiętywanie przegranej. Wiedział, kogo chce zatrzymać na kolejne lata. William Karlsson, w składzie od pierwszego sezonu istnienia drużyny, podpisał nowy, dwuletni kontrakt.
Umowa opiewa na 13,5 miliona dolarów, czyli średnio 6,75 miliona rocznie. Zacznie obowiązywać od sezonu 2027/28. Oznacza to, że 33-letni Szwed zostanie w Las Vegas co najmniej do końca sezonu 2028/29. Jego poprzedni, ośmioletni kontrakt wart 47,2 miliona dolarów wygasał po obecnych rozgrywkach – a wraz z nim Karlsson mógł trafić na rynek niezastrzeżonych wolnych agentów.
Miniony sezon zasadniczy dał mu się we znaki zdrowotnie. Kontuzje zepchnęły go na boczny tor – zagrał zaledwie 14 meczów, w których zebrał siedem punktów (cztery gole, trzy asysty). W play-offach wrócił jednak do swojej dawnej formy, notując dziewięć punktów (3 gole, 6 asyst) w 15 spotkaniach.
Filar pierwszego mistrzostwa w historii klubu
To Karlsson był jedną z kluczowych postaci triumfu Golden Knights w Pucharze Stanleya w 2023 roku – pierwszego mistrzostwa w historii klubu. W tamtych play-offach zanotował imponujące 17 punktów (11 goli, 6 asyst) w 22 meczach.
Liczby mówią same za siebie. Pod względem rozegranych meczów Karlsson jest trzeci w historii Vegas – ma ich na koncie 570. Trzeci jest też w klasyfikacji asyst z dorobkiem 238 podań, a wśród strzelców zajmuje drugie miejsce z 165 golami. W punktacji generalnej uplasował się na drugiej pozycji w historii klubu z 403 punktami.
Szczególnie dobrze czuje się w grze osłabionej. Nikt w dziejach Vegas nie strzelił więcej goli w osłabieniu niż on – 15. Nikt też nie zdobył więcej punktów w takich sytuacjach – 26. W play-offach jest drugim zawodnikiem klubu pod względem liczby występów (121), a w fazie pucharowej zgromadził łącznie 80 punktów.
Do NHL trafił jako wybór Anaheim Ducks z 53. numerem draftu w 2011 roku. W dotychczasowej karierze rozegrał 753 mecze sezonu zasadniczego, zdobywając 453 punkty (183 gole, 270 asyst). W play-offach ma na koncie 83 punkty w 126 spotkaniach.
Kilka dni przed zwolnieniem Helmut Marko siedział w domu Christiana Hornera, spędzał czas z jego rodziną i nie pisnął ani słowa o tym, co się szykuje. To właśnie ten moment Horner przywołał jako jeden z najboleśniejszych, udzielając pierwszego od czasu odejścia z Red Bulla wywiadu prasowego — brytyjskiemu The Times.
Były szef zespołu z Milton Keynes nie krył żalu wobec dwóch ludzi, z którymi przez lata budował sukcesy Red Bulla. O Adrianie Neweyu powiedział wprost: „Stałem za nim murem i wierzyłem w to, że on stoi za mną. Przy pierwszych oznakach problemów Adrian chciał jednak opuścić ten statek. Zrobiło mi się wtedy bardzo przykro, bo nie mogłem już na nim więcej polegać. Nasza relacja nie była już taka solidna jak wcześniej”.
Horner twierdzi, że do dziś nie usłyszał konkretnego powodu swojego zwolnienia. „Nigdy nie otrzymałem klarownego wyjaśnienia poza kwestią nieco słabszych osiągów. Tymczasem przed tym wywalczyliśmy pole position do GP Wielkiej Brytanii i gdyby nie pogoda, prawdopodobnie byśmy wygrali ten wyścig” — powiedział. Sugerował tym samym, że same wyniki zespołu nie uzasadniały aż tak radykalnej decyzji.
Według Hornera prawdziwy problem leżał gdzie indziej — w rosnącym przekonaniu austriackiego kierownictwa, że to on, a nie marka, stał się twarzą zespołu. „Chcieliśmy też pójść w innym kierunku. Kiedy zacząłem mocniej naciskać – wszakże miałem jeszcze 6 lat ważnej umowy – powiedziano mi, że to bardziej było Christian Horner Racing niż Red Bull Racing”. W chwili rozstania został mu jeszcze sześcioletni, w pełni obowiązujący kontrakt.
Marko, Mateschitz i początki Verstappena
Relacja z Markiem ma dla Hornera szczególną wagę — to Austriak otworzył mu drzwi do Formuły 1. „To on dał mi tę pierwszą szansę. Zobaczył we mnie coś, co mu się spodobało i przedstawił mnie Dietrichowi” — wspominał, mając na myśli założyciela Red Bulla, Dietricha Mateschitza. Horner przyznał jednak, że ich więź osłabła, zwłaszcza po śmierci Mateschitza. „Pod koniec, a już zwłaszcza po śmierci Dietricha, nie pełnił żadnej funkcji. Postrzegał mnie zawsze jako swojego protegowanego, a ja już byłem poza tym”.
W wywiadzie pojawił się też wątek, o którym rzadko się mówi — sceptycyzm Marka wobec ściągnięcia do akademii juniorskiej młodego Maxa Verstappena, i to ze względu na reputację jego ojca, Josa. „Dla niego [Jos] to był koszmar. Mówił, że nie potrzebujemy go” — zdradził Horner, przypominając kulisy decyzji, która ostatecznie dała Red Bullowi czterokrotnego mistrza świata.
Zapytany o własne błędy z lat rządów w zespole, Horner wskazał na sposób, w jaki Marko prowadził program młodzieżowy. „Ja tak nie chciałem tym zarządzać. Czułem, że zawsze muszę sprzątać ten cały syf. Z drugiej strony być może jestem postacią, która budzi skrajne emocje i mam świadomość, że nie każdemu się podobam. To zwyczajnie niemożliwe” — przyznał, nie unikając samokrytyki.
Osobny rozgłos wywołało jedno zdanie o przyszłości, nie o przeszłości. Horner wspomniał w rozmowie z The Times o swoim marzeniu, by kiedyś pracować w Ferrari — i to natychmiast podsyciło spekulacje na temat losów obecnego szefa Scuderii, Frederica Vasseura. Reakcja z Maranello nadeszła szybko: włoski zespół zorganizował specjalną konferencję prasową, by odciąć się od tych słów.
Wystarczyło dziesięć minut drugiej kwarty w hali Orbita, by rozstrzygnąć, kto w tym spotkaniu jest faworytem. Buducnost ruszyła serią, która przesądziła o losach meczu – Czarnogórcy wygrali tę część gry aż 29:14, budując przewagę, do której WKS Śląsk Wrocław już nie zdołał się zbliżyć. Ostatecznie gospodarze przegrali inaugurujący mecz sezonu EuroCupu 75:99.
Spotkanie rozegrano w środę we wrocławskiej Orbicie. Wynik poszczególnych kwart – 19:22, 14:29, 25:13, 17:25 – sam w sobie opowiada historię nierównej rywalizacji. Po fatalnej drugiej odsłonie Śląsk odpowiedział najlepszą partią całego meczu, wygrywając trzecią kwartę 25:13. Na chwilę dało to kibicom nadzieję na odrobienie strat.
Na początku czwartej kwarty Wrocławianie zbliżyli się do rywali na 11 punktów, przy stanie 65:76. To był jednak najbliższy dystans, na jaki pozwolili sobie goście z Podgoricy. Końcówka należała już do KK Buducnost Voli, który dowiózł zwycięstwo różnicą 24 „oczek”.
Morgan i spółka rozbili obronę gospodarzy
Liderem zwycięzców był Juwan Morgan, były zawodnik Boston Celtics i Utah Jazz z NBA – zdobył 23 punkty. Amerykanin trafił aż 4 z 7 prób za trzy punkty i dołożył do tego sześć zbiórek, a wszystko to w zaledwie 23 minuty gry. Skuteczność Morgana uzupełnił Yogi Ferrell, kolejny gracz z przeszłością w NBA, który zanotował 10 punktów i siedem asyst.
W pełnym zestawieniu punktowym Buducnosti poza Morganem i Ferrellem dwucyfrowy dorobek osiągnęli jeszcze Molinar (15) oraz Kovliar (11). Resztę punktów rozłożyli między sobą Bouteille, Shayok, Dordević, Smith, Jovanović i Boutsiele.
Po stronie WKS Śląska najwięcej punktów zdobyli Anthony Hickey i Malik Parsons – obaj skończyli mecz z dorobkiem 14 „oczek”. Devin Robinson dołożył 12 punktów i 11 zbiórek, choć wyraźnie szwankowała mu skuteczność – trafił zaledwie 3 z 12 rzutów z gry. Cała drużyna zanotowała 7 trafień na 19 prób za trzy punkty oraz 10 z 17 z linii rzutów wolnych. Wobec tak dobrze broniącego rywala te liczby po prostu nie wystarczyły.
Reszta punktowego rozkładu gospodarzy wyglądała następująco: Moore zdobył 10, Nizioł i Scruggs po 7, Egbunu 6, Sternicki 3, Luc 2, a Czerniewicz, Kulikowski i Wrzeszcz zeszli z parkietu bez punktu na koncie.
Dla wrocławian był to pierwszy mecz w sezonie EuroCup 2026/27, a kolejne wyzwanie czeka ich już na krajowym podwórku. 4 października WKS Śląsk Wrocław zmierzy się w PGE Basket Lidze z AMW Arką Gdynia.
W najbliższą sobotę hala w Legionowie na chwilę stanie się areną gołych pięści – właśnie tam odbędzie się druga edycja gali Fight Mode. Gwoździem programu będzie starcie Hectora Lombarda z Gracjanem Szadzińskim w kategorii 92 kg.
Lombard to nazwisko, którego w MMA nikomu przedstawiać nie trzeba. Były mistrz Bellatora i zawodnik UFC w ostatnich latach przerzucił się na walki na gołe pięści, gdzie zdobył już pas mistrzowski BKFC. Wcześniej mówiło się, że Kubańczyk podpisał kontrakt z organizacją GROMDA – do debiutu tam jednak ostatecznie nie doszło. Teraz naprzeciw niego stanie Gracjan Szadziński, który swego czasu należał do czołówki Federacji KSW, a ostatnimi laty najczęściej pojawiał się na galach freakowych, głównie w FAME MMA.
Na karcie znalazło się też miejsce na powrót Wiktorii Czyżewskiej. Po nieudanej próbie zdobycia pasa mistrzowskiego KSW i przegranej kilka miesięcy temu z Sarą Luzar Smajić zmierzy się ona z Jessicą Kusz w kategorii 65 kg. Kusz na pierwszej edycji Fight Mode pokonała Dominikę Rybak, więc do tego starcia podejdzie już jako zawodniczka z pewnym zapleczem w tej organizacji.
Ciekawie zapowiada się również pojedynek w kategorii Open między Vasylem Halychem a Łukaszem Parobcem. Obaj mają za sobą starty w GROMDZIE – Halych wygrał tam turniej trzeciej edycji, Parobiec triumfował z kolei w turnieju ósmej edycji tej organizacji.
Parke kontra Sobierajski i reszta karty
Walka w kategorii 85 kg zestawi ze sobą Wojciecha Sobierajskiego i Normana Parke’a. Sobierajski znany jest z bicia nietypowych rekordów oraz udziału w programie „Ninja Warrior Polska”. Jego rywal pochodzi z Irlandii Północnej, ma na koncie występy w UFC i zdobył pas tymczasowego mistrza KSW. Parke wielokrotnie walczył też w FAME MMA, gdzie zdobył kilogramową sztabkę złota.
Na karcie głównej zobaczymy ponadto starcie Huberta Łąkowskiego z Arturem Kubiakiem w kategorii 95 kg, walkę Dominiki Rybak z Anną Andrzejewską w limicie 65 kg oraz pojedynek Jędrzeja Durskiego z Tomaszem Gromadzkim w kategorii 85 kg. Do tego dojdzie rodzinne starcie Macieja Smokowskiego z Albertem Smokowskim w kategorii Open oraz walka Oktawiana Markiewicza z Danyło Jefremowem w kategorii 65 kg.
Kartę wstępną otworzy pojedynek Mateusza Urbanowicza z Krzysztofem Wiśniewskim w kategorii 105 kg, a uzupełnią ją dwie walki castingowe.
Jak oglądać transmisję?
Gala Fight Mode 2 będzie dostępna w systemie pay-per-view na stronie fightmode.tv. Subskrypcję PPV oferowano w dwóch wariantach – Standard i Premium. Pakiet Standard to transmisja w jakości 720p oraz dostęp do materiału przez 7 dni, natomiast Premium daje obraz w 1080p, powtórki dostępne przez 30 dni oraz wgląd w relację zza kulis. Ci, którzy nie zdecydują się na zakup biletu, i tak coś zobaczą za darmo – trzy pierwsze walki gali będzie można śledzić na kanale Fight Mode na YouTube.
58. minuta, Zagłębiowski Park Sportowy. Patrycja Sarapata posyła piłkę do siatki i rozstrzyga losy rewanżu z Breidablikiem. Czarni Antrans Sosnowiec wygrywają 1:0 i pieczętują historyczny awans do 1/8 finału kobiecego Europa Cup.
To osiągnięcie bez precedensu w polskiej piłce kobiecej – żaden krajowy klub nie zaszedł wcześniej tak daleko w drugich co do ważności europejskich pucharach. Na trybunach zasiadło 2305 widzów, a spotkanie poprowadziła Rumunka Ana Maria Terteleac.
Droga do tego sukcesu zaczęła się w lipcu, gdy sosnowiczanki wystartowały w eliminacjach Ligi Mistrzyń. Podopieczne Sebastiana Stemplewskiego wygrały dwa miniturnieje i dotarły aż do trzeciej rundy, gdzie drogę zagrodził im belgijski OH Leuven. Porażka w Lidze Mistrzyń nie oznaczała jednak końca europejskiej przygody. Zespół trafił do Europa Cup – rozgrywek dla drużyn, które nie zakwalifikowały się do Champions League.
Rywalizację z islandzkim Breidablikiem Czarni Antrans rozpoczęli na wyjeździe w pierwszej rundzie i wygrali aż 6:2. Popisała się wtedy Klaudia Miłek, strzelając cztery bramki, a dwa trafienia dołożyła Karlina Miksone. Taka przewaga dawała sporo komfortu przed rewanżem w Sosnowcu.
Mecz u siebie od początku układał się po myśli gospodyń, choć ze skutecznością bywało różnie. Już w 7. minucie Karlina Miksone trafiła w poprzeczkę, dobijając strzał Klaudii Miłek wcześniej obroniony przez bramkarkę Taylor Kane. Islandki odpowiedziały po kwadransie gry, kiedy niecelnie uderzała Ulfa Ulfarsdottir.
Decydujący cios padł w drugiej połowie – gol Sarapaty w 58. minucie. Emocji nie zabrakło też pod koniec spotkania. W 81. minucie sędzia podyktowała rzut karny za faul na Darii Kurzawie. Do piłki podeszła Klaudia Miłek, ale jej strzał, a potem i dobitkę, obroniła niezawodna tego dnia Taylor Kane.
Rok temu inny scenariusz dla polskiej piłki
Sukces z Sosnowca mocno kontrastuje z tym, co działo się w europejskich pucharach rok wcześniej, gdy GKS Katowice odpadł już na etapie eliminacji, przegrywając z BK Hacken.
Na boisku w zwycięskim składzie Czarnych Antrans wybiegły: Anna Palińska w bramce, w obronie Oliwia Łapińska, Oliwia Katowicz (zmieniona w 70. minucie przez Emilię Sobierajską), Daria Kurzawa i Natalia Chudzik (82′ Iga Witkowska), w środku pola Zofia Buszewska (70′ Luiza Kozielska), Karlina Miksone, Nikol Kaletka (84′ Amelia Chmura) oraz Zofia Burzan (77′ Oliwia Zgoda), a w ataku Klaudia Miłek i autorka zwycięskiego gola Patrycja Sarapata.
Teraz sosnowiczanki czekają już tylko na losowanie 1/8 finału. Rywalki na drodze do ćwierćfinału poznają 2 października.
W Porto nie było długo o czym dyskutować. Filip Pieczonka i Aleksander Donski, rozstawieni z numerem trzecim, rozprawili się w pierwszej rundzie z Michaelem Geertsem z Belgii i Vijayem Sundarem Prashanthem z Indii. Wynik? 6:1, 6:4. Polsko-bułgarska para zapewniła sobie w ten sposób miejsce w ćwierćfinale turnieju ATP Challenger.
Dla Pieczonki to powrót na kort, który zna doskonale. Rok wcześniej triumfował właśnie w deblu w Porto, grając wtedy u boku Szymona Kielana. Teraz formę potwierdza w nowym zestawieniu – z Donskim. Para rozstawiona z „trójką” pokazuje, że to nie przypadkowy duet.
Współpraca obu zawodników zaczęła się zresztą nie w Porto, a tydzień wcześniej – w Saint-Tropez. Tam Donski i Pieczonka również dotarli do ćwierćfinału. Teraz powtarzają ten wynik, tyle że stawka jest wyższa.
Trzeci polski duet w ćwierćfinale
Awans Pieczonki i Donskiego to niejedyny powód do zadowolenia dla polskiego tenisa w Porto. Do ćwierćfinału gry podwójnej przebili się także Szymon Walków i Szymon Kielan – ten sam Kielan, z którym Pieczonka triumfował rok temu. W fazie pucharowej turnieju mamy więc już trzeci polski akcent w rywalizacji deblowej.
O miejsce w półfinale Donski i Pieczonka powalczą z parą Ariel Behar z Urugwaju i Joshua Paris z Wielkiej Brytanii. Rywale, podobnie jak Polak z Bułgarem, będą chcieli grać na fali dobrej dyspozycji z ostatnich tygodni. Na kort wejdzie jednak obrońca tytułu z Porto – z dodatkowym atutem w postaci znajomości tego kortu i smaku zeszłorocznego zwycięstwa.
29 września 2026 roku w Pocatello w stanie Idaho wreszcie otworzyły się drzwi Direct Communications Esports Arena. Wreszcie, bo obiekt miał ruszyć już 1 stycznia 2026 roku – poślizg sięgnął niemal trzech kwartałów.
Arena zajmuje parter Student Union Building, głównego budynku studenckiego kampusu Idaho State University. Budowę w całości sfinansowała firma Direct Communications, dostawca szybkiego internetu światłowodowego dla wiejskich terenów Idaho – uczelnia dostała od niej grant w wysokości 520 000 dolarów. Grant ogłoszono w lipcu 2025 roku.
To jednak nie jest bezwarunkowy prezent. W zamian uczelnia zobowiązała się, że co roku, co najmniej do 2030 roku, będzie organizować turniej esportowy dla młodzieży pod nazwą Direct Communications Youth Esports Invitational.
Co kryje się za 520 tysiącami dolarów
Za tę kwotę studenci dostali ponad 30 stanowisk PC oraz osobną strefę TV z konsolami Xbox Series X, Nintendo Switch i PlayStation 5. Jest też własne zaplecze do transmisji z komentarzem – na żywo relacjonują z niego mecze Scooter McLane i Triston Van Wyk. Koordynator transmisji Daniel Sheldon twierdzi, że pod względem jakości produkcji ISU jest już tuż za Boise State, jeśli w ogóle nie dorównuje mu już teraz.
Na razie sprzęt zarezerwowany jest wyłącznie dla drużyn uczelnianych. Studenci spoza programu esportowego będą mogli korzystać z areny w ramach godzin otwartego grania dopiero od 2027 roku.
Program esportowy Idaho State wystartował w 2024 roku z trzema drużynami – Overwatch, Rocket League i Valorant. Później dołączyły zespoły Super Smash Bros. i Call of Duty, co dało łącznie pięć sekcji. W maju 2025 roku drużyna Rocket League pokonała w finale Big Sky Rocket League Championship między innymi Colorado State i University of Oregon, sięgając po tytuł.
Drużynami kieruje trener Charles „Mystvc” Johnston, związany ze sceną Call of Duty – według Liquipedii wygrał on Call of Duty Challengers Finals w czerwcu 2023 roku. Uczelnia pilnuje przy tym, by granie nie zastąpiło nauki: zawodnicy muszą utrzymać minimalną średnią ocen, a ich wyniki są regularnie sprawdzane.
Kapitan drużyny Super Smash Bros. Ultimate, Abir Atar, najlepiej opisuje różnicę, jaką nowa arena zrobiła w codziennych treningach. „Kiedyś mogło trenować naraz dwóch zawodników, może czterech, jeśli siedzieli osobno. Teraz jesteśmy tu wszyscy i możemy od razu przejrzeć nagranie z akcji sprzed dwóch minut” – mówi Atar.
Jak to wygląda w Polsce
Polski odpowiednik takiej rywalizacji działa dłużej niż amerykański program z Pocatello. Akademicka liga EDU ESPORTS Uczelnie funkcjonuje w Polsce od 2018 roku, a studenci rywalizują w niej w Counter-Strike’u i League of Legends. Organizuje ją PEGA we współpracy z Akademickim Związkiem Sportowym, a patronat nad rozgrywkami sprawują Ministerstwo Cyfryzacji oraz Polski Związek Esportu. Każdą uczelnię w dywizji MAIN reprezentuje jedna drużyna, w dywizji OPEN może za to wystartować dowolna liczba zespołów, a finał rozgrywany jest tradycyjnie na Festiwalu Pyrkon.
Dlaczego Cristiano Ronaldo nie zagra w czwartkowym meczu Portugalii z Danią w Lidze Narodów? Odpowiedzi udzielił sam selekcjoner Jorge Jesus – i nie zostawił tu miejsca na domysły.
Ta decyzja nie zapadła z dnia na dzień. Jesus przyznał, że ustalił ją z wyprzedzeniem, jeszcze przed starciem z Norwegią. W tamtym meczu 41-letni Ronaldo przesiedział na ławce rezerwowych całe spotkanie, choć Portugalia i tak wygrała 2:1. Rozgrzewał się przez kilkadziesiąt minut, jakby lada chwila miał wbiec na boisko. Nie wszedł jednak ani na moment.
Po ostatnim gwizdku w Oslo Ronaldo zniknął w szatni błyskawicznie, nie czekając, aż razem z resztą zespołu podziękuje kibicom. Na kolejnym treningu też się nie pojawił. Sprawa urosła do tego stopnia, że do Kopenhagi, gdzie kadra przygotowuje się do starcia z Danią, poleciał osobiście prezes portugalskiej federacji Pedro Proenca.
Jorge Jesus szybko uciął spekulacje o konflikcie w szatni. Zapewnił, że żadnego buntu ze strony Ronaldo nie było – napastnik w tym czasie zajmował się indywidualną regeneracją i ćwiczył na siłowni.
Powiedziałem Cristiano, że nie zagra ani z Norwegią, ani z Danią
Na konferencji prasowej w Kopenhadze selekcjoner podkreślił, że to nie przypadek ani chwilowy kaprys. Jak tłumaczył, doskonale zna fizyczne możliwości Ronaldo, bo obaj pracowali już razem w Arabii Saudyjskiej. Przyznał nawet, że w Oslo przez chwilę rozważał wpuszczenie go w końcówce, ale ostatecznie postawił na inne rozwiązania.
„Żaden zawodnik nie zmieni mojego zdania”
Najdobitniej Jesus wyłożył swoje stanowisko w jednym zdaniu. Nie pozostawia ono wątpliwości, kto w kadrze decyduje.
Jestem trenerem. Jeśli będę cię potrzebował przez 30 minut, zagrasz. Jeśli nie, to nie. Żaden zawodnik nie sprawi, że zmienię zdanie
Mimo tych twardych słów selekcjoner zapewnił, że relacje z Ronaldo pozostają dobre, a cała sprawa została wyjaśniona wewnątrz reprezentacji. Sportowo Portugalia zresztą nie ma na co narzekać – po dwóch kolejkach Ligi Narodów ma komplet punktów.
Kiedy Artur Szpilka znów wejdzie do klatki i z kim przyjdzie mu się zmierzyć? Na pierwsze pytanie były bokser częściowo odpowiedział już sam. Ze szczegółami wciąż jednak zwleka organizacja.
Szpilka zasygnalizował powrót na Facebooku, pisząc wprost: „Będziecie zadowoleni… Grudzień, KSW, nie mrugajcie”. Wpis zniknął już jednak z jego profilu, co samo w sobie podkręca spekulacje wśród kibiców.
Wszystko wskazuje na galę KSW 124, zaplanowaną na 19 grudnia w PreZero Arenie w Gliwicach. Głównym punktem wieczoru ma być starcie Pawła Pawlaka z Piotrem Kuberskim – pełnoprawny mistrz kategorii średniej zmierzy się z posiadaczem pasa tymczasowego, a stawką będzie zjednoczenie tytułów i wyłonienie niekwestionowanego czempiona dywizji.
Szpilka w dobrej formie, ale bez wyznaczonego rywala
Ostatni raz Szpilkę widzieliśmy w akcji w lipcu, na gali KSW 120 w Gdyni. Pokonał wtedy Augusto Sakaia jednogłośną decyzją sędziów. To zwycięstwo dało mu trzeci triumf z rzędu i poprawiło zawodowy bilans MMA do sześciu wygranych przy jednej porażce. Jedyną rysę na tym koncie zostawił Arkadiusz Wrzosek, były kickbokser – wciąż jedyny, który pokonał Szpilkę w klatce.
Kto stanie naprzeciwko Szpilki w Gliwicach, na razie nie wiadomo – organizacja oficjalnie nie ogłosiła jeszcze jego rywala. W tle kategorii ciężkiej pozostaje Stefan Vojčák, obecny tymczasowy mistrz tej wagi. Nic jednak na razie nie wskazuje, by to właśnie on miał zmierzyć się ze Szpilką.
Do 19 grudnia zostało jeszcze kilka tygodni, a karta gali KSW 124 może się do tego czasu rozrosnąć o kolejne pojedynki. Na potwierdzenie przeciwnika Szpilki kibice muszą poczekać na oficjalny komunikat organizacji.