Kolano leci w stronę głowy zawodnika, a ten w tym momencie dotyka maty trzema punktami podparcia. Ten właśnie moment wywołał kolejną falę krytyki pod adresem Herba Deana. Do zdarzenia doszło na gali Dana White’s Contender Series, gdzie dobrze znany kibicom MMA arbiter zdążył popełnić aż dwa błędy – i to w jeden wieczór.
Pierwszy incydent miał miejsce w walce wagi piórkowej pomiędzy Ianem Sekuzą a Luką Borando. Sekuza trafił rywala najpierw kolanem w korpus, potem legalnym kolanem w głowę. Na koniec przyszło kolano już nielegalne – bo Borando w tym momencie podpierał się o matę trzema punktami. Walka zakończyła się przez TKO.
Sprawą zajęła się Komisja Atletyczna Stanu Nevada, analizując powtórki ze starcia klatka po klatce. Mimo oczywistego faulu komisja postanowiła nie zmieniać werdyktu na no contest, tłumacząc, że nielegalne uderzenie nie było na tyle poważne. Z taką oceną zdecydowanie nie zgadza się szef UFC Dana White. Jego zdaniem pojedynek Sekuza – Borando powinien zostać anulowany.
„Herb Dean jest w tym biznesie bardzo, ale to bardzo długo. Nie jest żółtodziobem i nikt nie musi go niczego uczyć. Po prostu to zawalił. Nie zgadzam się z decyzją komisji. Uważam, że ta walka powinna zostać uznana za nieodbytą. To było nielegalne kolano. Nie sądzę, żeby było celowe, ale koniec tego starcia nie powinien tak wyglądać”.
Drugi błąd Deana tego wieczoru dotyczył już walki wieczoru – starcia w wadze lekkiej między George’em Steinsem a Loai Abushaarem. Steins przeprowadził rzut, po którym głowa Abushaara mocno uderzyła o matę. Zamiast przerwać pojedynek od razu, Dean pozwolił jeszcze na kilka dodatkowych ciosów, zanim w końcu zatrzymał walkę.
Długa kariera, nie pierwsza kontrowersja
Dean nie jest w tym fachu nowicjuszem. W młodości sam próbował sił jako zawodnik MMA i karierę zakończył z bilansem 2-3. Sędziował na galach takich organizacji jak Strikeforce, World Extreme Cagefighting, King of the Cage czy Gladiator Challenge, a później pracował też z ONE, PFL, ACA i Bellator. Z UFC związał się kontraktem w 2004 roku i od tamtej pory – ponad dwadzieścia lat – pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych sędziów promocji.
To nie pierwszy raz, gdy decyzje Deana budzą wątpliwości wśród zawodników. Alex Pereira krytykował go wcześniej za to, że nie przerwał jego walki z Cyrilem Gane’em mimo nielegalnych uderzeń w tył głowy. Wydarzenia z gali DWCS pokazują, że temat jakości sędziowania w oktagonie wraca regularnie. Tym razem wrócił w jednym wieczorze aż dwukrotnie.
Dziesiąta minuta, czternasta sekunda. Z zewnątrz wyglądało to na zwykłe przerwanie gry – może kontuzja, może interwencja sędziego. Ale na Konya Buyukeehir Stadyumu na ten moment czekali wszyscy. Piłkarze Konyasporu i reprezentacji Palestyny zatrzymali mecz towarzyski, by uczcić sportowców, którzy zginęli podczas ataków w Strefie Gazy, i przypomnieć o potrzebie sprawiedliwości.
Spotkanie nazwano meczem przyjaźni. Rozegrano je w Konyi, a skończyło się wynikiem 2:2. Tego wieczoru liczył się jednak zupełnie inny rezultat.
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem kibice Konyasporu rozwinęli na trybunach wielkoformatową oprawę poświęconą sytuacji humanitarnej w Palestynie i dzieciom, które zginęły w trwającym konflikcie. Na banerach widniało hasło, które w mgnieniu oka obiegło relacje z meczu: „Kiedy dzieci śpią, zachowuje się ciszę, ale nie wtedy, gdy umierają”.
Tysiące zabawek na murawie
Na transparentach się nie skończyło. Kibice gospodarzy przygotowali akcję, podczas której z trybun na murawę poleciały tysiące zabawek przeznaczonych dla dzieci w Palestynie. Stadion zasypany pluszakami, chwilę po tym jak gra zamarła w geście pamięci – to właśnie ten obraz zdominował relacje z całego wieczoru.
Mecz w Konyi pokazał coś prostego: trybuny potrafią powiedzieć więcej niż niejedna oficjalna deklaracja. Wynik 2:2 zblednie w pamięci dużo szybciej niż kadry z tamtego spotkania.
Wolnego weekendu w październiku Verstappen może nie znać. Holender wystartuje w finałowym wyścigu GT, który odbędzie się na portugalskim torze w Portimao.
Mistrz świata Formuły 1 znowu udowadnia, że poza bolidem ciągnie go rywalizacja w samochodach turystycznych i GT. Tym razem stawką jest ostatnia runda sezonu, rozgrywana na wymagającym, pofałdowanym torze Algarve International Circuit w Portimao.
Zamiast odpoczynku między zobowiązaniami w Formule 1, Verstappena czeka więc kolejny pełny weekend za kierownicą. Od dawna powtarza zresztą, że starty poza głównym cyklem to dla niego nie obowiązek, a czysta przyjemność – i Portimao najwyraźniej nie jest tu wyjątkiem.
Oslo, Portugalia prowadzi z Norwegią 2:1. Kapitan drużyny jednak nie czeka na podziękowania od kibiców — w pośpiechu znika w tunelu prowadzącym do szatni. Cristiano Ronaldo w ogóle nie pojawił się na boisku w tym spotkaniu. A przecież jeszcze kilka dni wcześniej grał w podstawowym składzie przeciwko Walii, którą Portugalia pokonała 1:0. Teraz 40-letni napastnik znalazł się w centrum sporu, który może go kosztować miejsce w kadrze na wiele miesięcy.
Portugalska „A Bola” podaje, że Ronaldo może otrzymać od jednego do sześciu miesięcy zawieszenia za opuszczenie zgrupowania reprezentacji. Dziennik przypomina przy okazji o groźbie kary finansowej. Regulamin Portugalskiej Federacji Piłkarskiej nie pozostawia tu wiele miejsca na interpretację: zawodnik powołany do kadry, który bez uzasadnienia nie stawi się na treningu, meczu czy innym wydarzeniu reprezentacji, podlega karze zawieszenia od miesiąca do pół roku. Dochodzi do tego możliwa grzywna w wysokości od około 500 do 1 tys. euro. I jeszcze jedno — przepisy federacji przewidują automatyczne zawieszenie w przypadku nieobecności lub opuszczenia zgrupowania, bez konieczności wszczynania dodatkowego postępowania.
We wtorek Ronaldo nie trenował z resztą zespołu, tylko ćwiczył sam, w hotelowej siłowni. Przy obiekcie treningowym się pojawił, ale na murawę już nie wyszedł. Sprawa na tyle zaniepokoiła władze związku, że do Kopenhagi, gdzie przebywa reprezentacja, przyjechał osobiście prezes federacji Pedro Proenca. Odwołał nawet zaplanowaną wcześniej wizytę na meczu reprezentacji do lat 21, żeby zająć się sprawą Ronaldo.
Jesus broni gwiazdy, ale zapowiada zmianę w składzie
Selekcjoner Jorge Jesus próbował studzić emocje wokół całej sytuacji. „Ronaldo nie odmówił treningu. To było niemożliwe. Dzisiaj będzie trenował” — powiedział trener kadry. Zapowiedział jednak zmianę w wyjściowym składzie na nadchodzący mecz z Danią — miejsce Ronaldo ma zająć Goncalo Ramos.
„To ja podejmuję decyzje. Status nie daje piłkarzom prawa do traktowania ich inaczej niż pozostałych. Szacunek wynika z ich kariery” — podkreślił Jesus.
Brzmi to jak jasny sygnał: nawet najbardziej utytułowany piłkarz w historii reprezentacji nie stoi ponad zespołem. A dorobek Ronaldo w narodowych barwach rzeczywiście jest bez precedensu — to rekordzista Portugalii ze 234 występami i 146 bramkami strzelonymi dla kadry. Teraz jednak właśnie ta pozycja może zostać wystawiona na najtwardszą próbę, jaką zna portugalski regulamin dyscyplinarny.
Po pierwszej kwarcie tablica wyników nie zapowiadała jeszcze katastrofy. Wystarczyła jednak druga odsłona, w której rywale z Czarnogóry rzucili o 15 punktów więcej od Śląska, i ten fragment w zasadzie przesądził losy meczu. Wrocławianie, wracający do europejskich pucharów, we własnej hali przegrali z KK Budućnost Voli Podgorica 75:99.
To był pierwszy mecz 18-krotnych mistrzów Polski po powrocie do rozgrywek EuroCup. Zamiast efektownego otwarcia przyszła bolesna lekcja. W drugiej połowie przewaga gości urosła aż do 18 punktów — i to była przepaść, której gospodarze już nie zasypali.
Dużo mówią same statystyki rzutowe. Śląsk trafił zaledwie 7 z 19 prób za trzy punkty i 10 z 17 rzutów wolnych. Z takimi liczbami przeciwko doświadczonej drużynie z Podgoricy o wygraną trudno było nawet marzyć.
Franco: bez wymówek
Szkoleniowcem wrocławian jest Izraelczyk Danny Franco. Po meczu nie szukał usprawiedliwień, choć na okoliczności przygotowań zwrócił uwagę. „Wielu zawodników dołączyło do nas późno” — przyznał.
Mimo to za kalendarzem transferowym chować się nie zamierzał. „Nie ma jednak co szukać wymówek, bo nikt w EuroCupie czy polskiej lidze nie będzie na nas czekać” — podkreślił Franco.
„Pozwoliliśmy rywalom odskoczyć na 18 punktów”.
Na poprawę nastrojów kibice poczekają do niedzieli. 4 października Śląsk zainauguruje sezon 2026/2027 w PGE Basket Lidze, grając na wyjeździe z AMW Arka Gdynia.
Niespełna trzy minuty. Tyle trwała w Belgradzie ostatnia walka Jana Błachowicza – zakończona seryjnymi ciosami niepokonanego Navajo Stirlinga już w pierwszej rundzie. Pierwotnie Polak miał ponownie stanąć naprzeciw Bogdana Guskova, z którym wcześniej zremisował, lecz rywala zmieniono na Nowozelandczyka tuż przed galą. Dla byłego mistrza UFC był to kolejny ciężki wieczór w karierze, która od ponad trzech lat nie przynosi mu ani jednego zwycięstwa.
Błachowicz nie wygrał w MMA od maja 2022 roku, gdy pokonał Aleksandara Rakicia. Od tamtej pory stoczył pięć walk – trzy przegrał, dwie zremisował. Na liście jego rywali z tego okresu są Magomed Ankalaev, Alex Pereira i Carlos Ulberg – a więc absolutna czołówka wagi półciężkiej UFC. Teraz dołączył do nich Stirling, który 21 listopada na gali UFC w Katarze zmierzy się z Jiřím Procházką. To dobrze pokazuje, jak wysoko mierzy zawodnik, który rozprawił się z Polakiem w niecałe trzy minuty.
Rysiewski widzi scenariusz na pożegnanie
W tym kontekście głos zabrał Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy federacji KSW. W rozmowie na kanale „Zurnalista.pl” ocenił, że najlepszym rozwiązaniem byłaby teraz pożegnalna walka Błachowicza z Mamedem Khalidovem. „Nie miałbym oporu, żeby to powiedzieć, bo Janek jest chyba na tyle świadomym gościem, że wie, że nadchodzi ten moment” – powiedział Rysiewski.
Dyrektor sportowy KSW nie krył, że widzi w takim starciu naturalne domknięcie kariery Błachowicza, który – zanim trafił do UFC – zdobywał pas mistrzowski właśnie w KSW. „No nie wyobrażam sobie lepszego zwieńczenia wspaniałej kariery” – dodał. Zastrzegł przy tym, że nie zna jeszcze efektów rozmów dotyczących ewentualnego starcia z Khalidovem.
Na razie żadna ze stron nie potwierdziła terminu takiej walki, nie ma też oficjalnego ogłoszenia samego pojedynku. Słowa Rysiewskiego to na razie deklaracja preferencji – nie zapowiedź konkretnej karty walk.
Synoptycy nie zostawiają złudzeń: przez wszystkie trzy dni jazd na torze Sepang mają lać dość solidne opady deszczu. Tydzień po wyścigu w Baku stawka Formuły 1 przenosi się do Malezji, gdzie na torze Sepang International Circuit rozegrany zostanie… GP Bahrajnu. Brzmi jak pomyłka w nazewnictwie, ale to oficjalne miano rundy w Kuala Lumpur — tor wrócił do kalendarza jako odpowiedź na odwołane wyścigi, które miały odbyć się na Bliskim Wschodzie na początku roku. I to mimo że od Bahrajnu dzieli go blisko 6 tysięcy kilometrów.
Sepang nie jest dla Formuły 1 miejscem obcym, choć od ostatniej wizyty minęło sporo czasu — poprzedni wyścig w Malezji odbył się 9 lat temu. Budowę obiektu rozpoczęto w 1997 roku, a już dwa lata później, w 1999, tor przyjął pierwsze wyścigi F1 i MotoGP. Charakterystyczna prosta start-meta mierzy 927 metrów i widziała niejeden zwrot akcji.
Schumacherowie, Alonso i narodziny gwiazd
Pierwszy w historii wyścig F1 na Sepang w 1999 roku wygrał Eddie Irvine z Ferrari, choć pole position zdobył wtedy Michael Schumacher, wyprzedzając Irvine’a o prawie sekundę. Starszy z braci Schumacherów wracał tu potem po zwycięstwa w sezonach 2000, 2001 i 2004, a w 2002 roku na torze triumfował jego brat Ralf. Rok 2003 zapisał się w historii inaczej. To właśnie na Sepang Fernando Alonso zdobył swoje pierwsze pole position w karierze i dojechał do mety na trzecim miejscu, notując pierwsze podium. Sam wyścig wygrał wtedy Kimi Raikkonen w barwach McLarena, odnosząc swoje pierwsze zwycięstwo w F1, a drugi na mecie był Rubens Barrichello z Ferrari.
Alonso wrócił na szczyt podium w Malezji w 2012 roku, wygrywając w mieszanych warunkach pogodowych mimo trudnej w prowadzeniu konstrukcji Ferrari F2012. Rok wcześniej, w 2009, deszcz pokazał na Sepang swoją brutalną twarz — monsunowe opady przerwały wyścig, a punkty rozdano w połowie stawki. Pogoda od zawsze była tu drugim kierowcą na torze.
Rekordzistą Sepang pozostaje Sebastian Vettel z czterema zwycięstwami, odniesionymi w latach 2010, 2011, 2013 i 2015. To właśnie tu w 2013 roku Niemiec zignorował polecenie zespołowe Red Bulla „Multi 21” i wyprzedził Marka Webbera, zgarniając 25 punktów za zwycięstwo — jedna z bardziej pamiętnych kontrowersji dekady. Dwa lata później, w swoim zaledwie drugim starcie dla Ferrari, Vettel wygrał na Sepang pierwszy raz w czerwonych barwach. To wciąż ostatnie zwycięstwo Ferrari na tym torze, mimo że Scuderia ma tu na koncie najwięcej triumfów ze wszystkich zespołów — siedem. Drugi w tej klasyfikacji jest Red Bull, który wygrywał w 2016 i 2017 roku. W 2016 triumfował Daniel Ricciardo, gdy Lewis Hamilton odpadł z powodu usterki jednostki napędowej, a rok później na najwyższy stopień podium wjechał Max Verstappen, odnosząc dopiero drugie zwycięstwo w karierze.
Dziś Verstappen wraca na Sepang jako czterokrotny mistrz świata z 71 zwycięstwami na koncie. W tym sezonie wciąż jednak czeka na pierwszy triumf.
Baku zostawiło pytania bez odpowiedzi
Stawka przyjeżdża do Malezji z bagażem problemów sprzed tygodnia. McLaren wyjechał z Baku z zerowym dorobkiem punktowym, a szef zespołu Andrea Stella przyznał, że kierowcy tracili sporo czasu na prostych, bo konstrukcja MCL40 kiepsko radziła sobie z charakterystyką toru. Ferrari z kolei od Spa nie stanęło na podium, a wokół zespołu krążyły plotki o możliwym zwolnieniu szefa Fredérica Vasseura, który kieruje Scuderią od końcówki 2022 roku. Ferrari szybko zdementowało te doniesienia, zwołując w tej sprawie specjalną konferencję prasową.
Nie wszystkim Baku zaszkodziło. Racing Bulls zgarnęli sporo punktów po kolizji z udziałem dwóch kierowców Alpine, a Carlos Sainz przywiózł Williamsowi pierwsze od dawna punkty dzięki poprawionej wersji nadwozia przywiezionej do Baku. Dzięki temu Williams zajmuje obecnie 9. miejsce w klasyfikacji konstruktorów, zaledwie 5 punktów za Audi. Na czele stawki konstruktorów wciąż jest Mercedes, który na Sepang przywiezie specjalne malowanie na cześć wieloletniego sponsora tytularnego oraz pakiet poprawek do W17.
Pirelli szykuje na ten weekend mieszanki C2, C3 i C4, zwracając uwagę, że nawierzchnia w Malezji jest mocno chropowata i przypomina tor w Sakhirze. Przy prognozowanych opadach może się jednak okazać, że suche opony zejdą na dalszy plan. Weekendowi nie towarzyszy żadna z serii juniorskich FIA — cała uwaga skupi się więc wyłącznie na Formule 1.
Kwalifikacje zaplanowano na sobotę 3 października w godzinach 10:00-11:00, a sam wyścig wystartuje w niedzielę 4 października o 9:00. Wszystkie sesje będzie można śledzić na żywo w Eleven Sports oraz na platformie F1 TV.
Bez żadnej zapowiedzi, ot tak, pojawiło się na Instagramie: Natan Marcoń stoi obok Dany White’a, obejmuje go ramieniem i pokazuje do obiektywu zaciśniętą pięść. Internet zareagował niemal natychmiast.
Wszystko wskazuje na to, że do spotkania doszło w Stanach Zjednoczonych – najpewniej przy okazji pobytu polskiego zawodnika w jednym z kasyn. Pod zdjęciem Marcoń dodał krótki podpis: „Miło było Cię spotkać, Dano White”.
Marcoń, szerzej znany jako „Bóg Estetyki”, od miesięcy jest raczej daleko od klatki niż blisko niej. Żadnej walki MMA nie stoczył od prawie roku, a w samej federacji FAME nie było go od blisko dwóch lat. Pod koniec 2025 roku miał zmierzyć się z Pawłem Jóźwiakiem na gali FAME 28: Armagedon – tuż przed wydarzeniem jednak wycofał się i wypadł z karty walk.
Czy to furtka do UFC?
Fotografia z szefem największej organizacji MMA na świecie siłą rzeczy rozpala wyobraźnię kibiców. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, by spotkanie miało jakikolwiek związek z rozmowami o kontrakcie w UFC. Marcoń kojarzony był dotąd przede wszystkim ze sceną freak fightową – tam budował rozpoznawalność, występując w klatce i biorąc udział w programach promujących gale.
Czy i kiedy Polak zdecyduje się na kolejną walkę – nie wiadomo. Zdjęcie z White’em pozostaje więc na razie tylko ciekawostką. Ciekawostką, która po sieci rozchodzi się w zawrotnym tempie.
Dwie godziny i 44 minuty. Tyle zajęło Qinwen Zheng pokonanie notowanej na 231. miejscu rankingu WTA Han Shi w czwartkowym meczu I rundy China Open. Suchy wynik 7:6(6), 4:6, 6:2 niewiele mówi o tym, co działo się na korcie w Pekinie.
Chinka, mistrzyni olimpijska z Paryża, trafiła na przeciwniczkę, która sama musiała przebijać się przez kwalifikacje, żeby w ogóle znaleźć się w głównej drabince. To był jednak dopiero drugi akt podobnej historii. Wcześniej, podczas US Open 2026, to Zheng szła przez kwalifikacje i po drodze wyeliminowała między innymi Igę Świątek, zanim w ćwierćfinale zatrzymała ją Jelena Rybakina. Za ten wynik awansowała w rankingu WTA na 54. pozycję, a organizatorzy China Open docenili jej nazwisko i przyznali jej dziką kartę do turnieju w Pekinie.
Pierwszy set z Han Shi to był popis nerwów po obu stronach kortu. Zheng dwukrotnie gubiła przełamanie i musiała gonić wynik, by ostatecznie rozstrzygnąć partię w tie-breaku – dopiero piąty setbol dał jej seta. Druga odsłona potoczyła się zupełnie inaczej: w dziesiątym gemie Han Shi przełamała rywalkę i wyrównała stan meczu. O wszystkim zadecydował trzeci set. Zheng przełamała przeciwniczkę w trzecim i siódmym gemie, zamykając spotkanie wynikiem 6:2.
Zwycięstwo daje Chince awans do II rundy, gdzie w sobotę czeka ją starcie z rozstawioną z numerem 15. Anną Kalinską. Rosjanka miała zdecydowanie łatwiejszy start – pierwszą rundę ominęła dzięki wolnemu losowi.
Maraton Czarajewy i reszta drabinki
Najwyżej rozstawioną zawodniczką całego China Open jest Jelena Rybakina. Dla niej turniej w Pekinie to pierwszy start w roli liderki rankingu WTA. W I rundzie zmierzy się z Aliną Czarajewą z Armenii, która dopiero co stoczyła własną wielogodzinną batalię. Czarajewa pokonała Julię Starodubcewą 5:7, 7:5, 6:2 po trzech godzinach i 12 minutach gry, choć w drugim secie przegrywała już różnicą przełamania.
W pozostałych meczach I rundy Ashlyn Krueger rozprawiła się z Sofią Kenin 6:3, 6:3, Katie Volynets wygrała z Robin Montgomery 7:5, 7:5, a Brytyjka Sonay Kartal pokonała Hiszpankę Andreę Lazaro Garcíę 6:2, 6:3 i zapewniła sobie miejsce w drugiej rundzie.
Zmagania w głównej drabince pekińskiego turnieju potrwają do 11 października. China Open to impreza kategorii WTA 1000, rozgrywana na twardych kortach, z pulą nagród sięgającą 9,415 mln dolarów. Zwyciężczyni zgarnie nie tylko 1000 punktów rankingowych, ale i czek na 1,151 mln dolarów.
W nocy ze środy na czwartek w Cordobie reprezentacja Argentyny zagrała pierwszy mecz, odkąd Lionel Messi ogłosił koniec kariery reprezentacyjnej. Naprzeciw stanęła Boliwia – drużyna wciąż poukładana po bolesnej porażce z Irakiem w barażu interkontynentalnym o mundial. I nowy rozdział Albicelestes zaczął się od prawdziwej demolki: 4:0.
Selekcjoner postawił w ataku na duet Lautaro Martinez – Julian Alvarez, a tuż za nimi, w roli kreatorów, pojawili się Nicolas Paz i Alexis Mac Allister. Między słupkami, jak zwykle, znana z Premier League para rąk Emiliano Martineza. Już pierwsza połowa nie pozostawiła złudzeń, kto rządzi na boisku – do przerwy było 2:0 dla Argentyny.
Wynik otworzył Lautaro Martinez, trafiając w 19. minucie. Napastnik, na co dzień kolega klubowy Piotra Zielińskiego w Interze Mediolan, po letnim okienku transferowym nie zwolnił tempa ani trochę. Dziesięć minut później, w 29. minucie, na 2:0 podwyższył Nicolas Paz.
Po zmianie stron Argentyna nie zdjęła nogi z gazu. W 54. minucie Cristian Gabriel Romero wykorzystał dośrodkowanie z rzutu wolnego – znów posłane przez Nicolasa Paza – i ustalił wynik na 3:0. Kropkę nad i postawił Jose Lopez. Wszedł z ławki rezerwowych i w 86. minucie trafił na 4:0. Po stronie gości zgrzytnęła tylko żółta kartka dla Miguelito, a nad całością spotkania czuwał kolumbijski arbiter Jhon Ospina.
Co dalej z Messim i reprezentacją
Na tym zgrupowaniu Argentynę czekają jeszcze mecze z Burkina Faso i Beninem. To właśnie podczas starcia z Beninem dojdzie do oficjalnego pożegnania Lionela Messiego z kadrą narodową. Sam zawodnik ma dołączyć do zgrupowania już w niedzielę. Boliwia tymczasem zmierzy się z Gambią – i spróbuje wreszcie przerwać serię porażek.