Trzeciego seta nie było. Magda Linette przegrała z Kateriną Siniakovą 4:6, 3:6 już w pierwszej rundzie China Open 2026, a reprezentantka Czech nie dała jej nawet cienia szansy na odrobienie strat. To kolejna porażka w serii, która ciągnie się za Polką od miesięcy jak kula u nogi.
Bilans ostatnich występów Linette robi wrażenie – niestety nie takie, jakie chciałaby robić. Z dziesięciu rozegranych meczów wygrała tylko jeden. Spotkanie z Siniakovą, rozstawioną zawodniczką w stawce liczącej 96 nazwisk, tylko to potwierdziło: 34-letnia Polka wciąż szuka formy, która jeszcze niedawno trzymała ją w elicie światowego tenisa.
Mimo eliminacji z Pekinu do Polski Linette się nie wybiera. Zamiast tego czeka ją Wuhan Open 2026 – turniej rangi WTA 1000, zaplanowany na 12-18 października. Kłopot w tym, że do głównej drabinki, która w Wuhan liczy 56 nazwisk, Polka nie weszła z automatu. Jej aktualny ranking po prostu na to nie pozwolił.
Dwa zwycięstwa do turnieju głównego
Linette figuruje na liście zgłoszeń do kwalifikacji. Oznacza to dodatkową pracę, zanim w ogóle zagra o punkty w turnieju głównym – musi najpierw wygrać dwa pojedynki eliminacyjne. A to właśnie wygrywanie było w ostatnich tygodniach jej największym problemem.
Inaczej wygląda sytuacja innych polskich tenisistek zgłoszonych do Wuhan. Iga Świątek ma zagwarantowane miejsce w turnieju głównym, tak samo Maja Chwalińska. Swoją kandydaturę zgłosiła również Magdalena Fręch, która wciąż może uniknąć gry w kwalifikacjach – o tym zdecyduje ostateczny układ zgłoszeń.
Dla Linette Wuhan to więc kolejny egzamin charakteru, zanim dojdzie do starcia z czołowymi rywalkami. Najpierw eliminacje. Potem, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, szansa na rewanż za serię niepowodzeń, które ciążą na jej sezonie.
We wtorek wieczorem, 29 września, w ośrodku treningowym rumuńskiej kadry zorganizowano kolację piłkarzy z rodzinami. Gheorghe Hagi, selekcjoner Rumunii, sam pozwolił zawodnikom zaprosić żony i dzieci. Nic odkrywczego w samym pomyśle, ale w tym momencie to był raczej ratunek dla nastrojów w drużynie, która tydzień przed meczem z Polską wygląda na rozbitą.
Reprezentacja Polski zmierzy się z Rumunią w piątek o 20:45 w ramach Ligi Narodów. Drużyna Jana Urbana podejmuje rywala, który do Warszawy przyjeżdża w kryzysie — choć bilans samych Polaków też nie daje powodów do euforii. Po remisie z Bośnią i Hercegowiną oraz porażce ze Szwecją biało-czerwoni mają na koncie jeden punkt w grupie B4.
Rumunom idzie jeszcze gorzej. Przegrali oba dotychczasowe mecze w grupie — ze Szwecją 1:2 i z Bośnią i Hercegowiną 2:4.
Hagi milczał, potem przemówił
Według relacji portalu fanatik.ro, podczas zajęć po dwóch porażkach Hagi pozostawał wyraźnie skupiony i rzadko odzywał się do zespołu. Gdy w końcu zabrał głos, przemówienie było krótkie. Dopiero potem przyszedł gest z kolacją i rodzinami — rumuński selekcjoner chce rozluźnić atmosferę, zanim jego zespół wyląduje w Polsce. Przed czwartkowym lotem do Warszawy piłkarze mają dostać od dwóch do trzech godzin na spotkanie z bliskimi.
Do kryzysu nastrojów dołączają się kłopoty kadrowe. Louis Munteanu, 24-letni napastnik DC United, doznał skręcenia kostki przed piątkowym meczem w Warszawie. Dla Rumunów to bolesna strata, bo Munteanu miał być kluczową postacią ataku po kontuzji Denisa Dragusa z FCSB. Napastnik DC United rozpoczął w podstawowym składzie przegrany meczu ze Szwecją, a w starciu z Bośnią i Hercegowiną wszedł na boisko po przerwie.
Lista nieobecnych w kadrze Hagiego na mecz z Polską jest długa. Poza wyjściowym składem na Polskę znaleźli się: Andrei Burca, Matei Ilie, Lisav Eissat, David Matei, Raul Opruț, Vladimir Screciu, Vlad Dragomir i Darius Olaru.
4 września, podczas walki na gali GROMDA 26, kciuk przeciwnika trafił Daniela Gładysza prosto w oko. „W wyniku nieintencjonalnego faulu mojego przeciwnika, zostałem uderzony kciukiem prosto w oko” – opisał później sam zawodnik. Z ringu trafił prosto do szpitala. Walka o zwycięstwo zamieniła się w walkę o zdrowie.
Na gali GROMDA 26 Gładysz przegrał błyskawicznie z Pawłem Wróblewskim. To właśnie w trakcie tego starcia doszło do nieszczęśliwego wypadku – tak sam zawodnik nazwał później to zdarzenie. Po zakończeniu walki 30-letni zawodnik trafił na Oddział Okulistyczny Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu, gdzie przebywał od 4 do 15 września 2026 roku.
Lista diagnoz jest długa
Karta Informacyjna Leczenia Szpitalnego nie pozostawia wątpliwości co do powagi urazu. Jako rozpoznanie główne lekarze wpisali erozję rogówki, wylew krwi do komory przedniej (hyphaema) oraz jaskrę wtórną powstałą w wyniku urazu tępego kciukiem – oznaczoną kodem H05.2. Do tego dodatkowe kody: stłuczenie gałki ocznej i tkanek oczodołu (S05.1), następstwa innych wypadków (Y86), wylew krwi do komory przedniej oka (H21.0), zmiany w błonach rogówki (H18.5) oraz jaskra wtórna w innych chorobach oka (H40.5).
Z MMA Gładysz związany jest od wielu lat. Zawodowo zadebiutował w 2012 roku, walczył w organizacji PLMMA Mirosława Oknińskiego, mierzył się też z Brytyjczykiem Bradem Donovanem. Żadnej z zawodowych walk w MMA jednak nie wygrał. Na gołe pięści zadebiutował na gali GROMDA 18: Królowie Ulicy w 2024 roku – przegrał tam z Kamilem Janikiem po 1 minucie i 42 sekundach starcia.
Teraz liczy się jednak coś innego niż wynik sportowy. Na portalu pomagam.pl powstała zbiórka, której celem jest pomoc zawodnikowi w odzyskaniu widzenia w prawym oku. Organizatorzy chcą zebrać 20 tysięcy złotych – w ciągu jedenastu dni na konto wpłynęło już przeszło 11 tysięcy. Pieniądze mają pokryć prywatne konsultacje u okulistów specjalizujących się w urazach rogówki i jaskrze, zaawansowane badania diagnostyczne takie jak OCT czy perymetria, leki przyspieszające gojenie, a w razie potrzeby także operację i rehabilitację.
Przy stanie 6:6 w pierwszym secie Alexander Zverev musiał odrabiać stratę po piłce setowej Camerona Norrie’ego. Obronił ją i rozstrzygnął tie-breaka na swoją korzyść 7-1. Ostatecznie Niemiec wygrał 7:6(1), 6:4 i awansował do II rundy ATP 500 w Pekinie.
To był już dziewiąty mecz Zvereva z Norrie’em – i dziewiąte zwycięstwo Niemca. Bilans 9-0 mówi sam za siebie, Brytyjczykowi nie zostało żadnych argumentów. W drugim secie o losach spotkania zdecydowało jedno przełamanie, które Zverev wywalczył przy stanie 5:4. Cały mecz trwał 99 minut. Rozstawiony z numerem jeden Niemiec posłał w tym czasie 12 asów i 39 zagrań kończących, popełniając przy tym 17 niewymuszonych błędów. Zverev przyjeżdża do Pekinu jako triumfator tegorocznego Rolanda Garrosa i US Open, więc rola faworyta turnieju nie jest mu obca. W kolejnej rundzie zagra z lepszym z pary Juncheng Shang – Sebastian Baez.
Wielkoszlemowe rewelacje odpadają
Dzień w Pekinie okazał się bezlitosny dla tenisistów, którzy jeszcze niedawno robili furorę na kortach wielkoszlemowych. Flavio Cobolli, rozstawiony z numerem czwartym finalista tegorocznego Rolanda Garrosa, przegrał z notowanym na 84. miejscu w rankingu ATP Romanem Safiullinem 6:3, 6:2. W całym meczu oddał tylko pięć gemów.
Podobny los spotkał Botica van de Zandschulpa, który jeszcze niedawno był nieoczekiwanym ćwierćfinalistą US Open. Holendra pokonał Francisco Cerundolo 5:7, 6:3, 6:4 w meczu trwającym blisko trzy godziny – to już piąte zwycięstwo Argentyńczyka w piątym starciu tej dwójki.
Niespodzianki nie uniknął też Tomas Machac, który do głównej drabinki wszedł jako lucky loser po wycofaniu się kontuzjowanego Arthura Rinderknecha. Czech przegrał z grającym z kwalifikacji Alexem Molcanem 6:3, 6:2. Słowak zagra teraz w 1/8 finału z Karenem Chaczanowem.
Bez niespodzianek za to zakończyła się rywalizacja piątej rakiety turnieju Alexa de Minaura. Australijczyk pokonał Mariano Navone 7:6(4), 6:2, wykorzystując dwa z siedmiu break pointów. W następnej rundzie zmierzy się z Quentinem Halysem, który wcześniej rozprawił się z Ignacio Buse 6:1, 7:6(3).
Pekiński China Open to turniej ATP 500 rozgrywany na korcie twardym, z pulą nagród w wysokości 4,089 mln dolarów.
Wystarczyła jedna wzmianka. W środę w Londynie, na konferencji prasowej promującej pojedynek Fury’ego z Joshuą, Turki Al-Sheikh, finansujący walkę, zaczął po kolei wymieniać partnerów biznesowych. Gdy podziękował siedzącemu obok niego Nickowi Khanowi z grupy TKO, sala przyjęła to bez emocji. Chwilę później Al-Sheikh wspomniał też Danę White’a — i spokój w ułamku sekundy zmienił się w głośne gwizdy.
Co ciekawe, szefa UFC w ogóle nie było na londyńskim wydarzeniu. I nie musiał tam być — samo nazwisko wystarczyło, by kibice jasno dali do zrozumienia, co myślą o White’ie.
Taka reakcja publiczności szczególnie ucieszyła Eddiego Hearna, menedżera Joshuy. Nic dziwnego — White od lat jest krytykiem i biznesowym rywalem brytyjskiego promotora, a relacje między nimi nigdy nie były ciepłe, delikatnie mówiąc.
Pierwszy staredown po latach rywalizacji
Po konferencji Tyson Fury i Anthony Joshua stanęli twarzą w twarz po raz pierwszy w ramach promocji grudniowego pojedynku. Starcie wzroków trwało ponad minutę i miało spokojny, chwilami nawet żartobliwy przebieg. Fury w pewnym momencie wspiął się na palce, chcąc podkreślić przewagę wzrostu, a Joshua odpowiedział na koniec lekkim połaskotaniem rywala — napięcie puściło zupełnie.
Sam pojedynek to jedno z najgłośniej zapowiadanych starć w historii brytyjskiego boksu wagi ciężkiej. Dwaj byli mistrzowie świata zmierzą się 11 grudnia 2026 roku na Principality Stadium w Cardiff. Transmisję na żywo zapewni Netflix — wybór, który sam w sobie mówi wiele o skali przedsięwzięcia i globalnym zasięgu, na jaki liczą organizatorzy.
13 września w luksusowym apartamentowcu The Blade przy Deansgate w Wielkim Manchesterze doszło do zdarzenia, które może przekreślić karierę byłego mistrza świata w boksie. Jak wynika z dostępnych informacji, to tam Liam Smith zaatakował pracownika ochrony. Mężczyzna doznał poważnych obrażeń twarzy i musiał trafić do szpitala, gdzie przeszedł operację.
38-letni pięściarz z Liverpoolu usłyszał zarzut umyślnego spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Policja zatrzymała go niemal od razu po zdarzeniu. Dzień później Smith stawił już przed Sądem Magistrackim w Manchesterze. To jednak nie koniec — kolejna rozprawa, przed Sądem Koronnym w Manchesterze, wyznaczona została na 19 października.
Mistrz, który stracił pas do Canelo
Liam Smith to nazwisko dobrze znane kibicom boksu. Przez lata był mistrzem świata organizacji WBO w wadze junior średniej — pas wywalczył 10 października 2015 roku, pokonując Johna Thompsona. Obronił go trzykrotnie. Tytuł stracił 17 września 2016 roku w starciu z Meksykaninem Canelo Alvarezem, jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci światowego boksu.
Ostatnią walkę w karierze Smith stoczył 26 kwietnia 2025 roku. Miał wrócić do ringu na początku października, w pojedynku z Ilaru Kujalą w Finlandii, ale wycofał się z niego kilka dni przed walką z powodu kontuzji łydki. W całej karierze zawodowej zanotował 33 zwycięstwa, w tym 20 przez nokaut, przy pięciu porażkach.
Dziś przyszłość 38-latka zależy nie od kalendarza bokserskich gal, lecz od terminarza sądowego. To, co stanie się 19 października przed Sądem Koronnym w Manchesterze, pokaże, jak dalej potoczy się sprawa byłego mistrza świata.
W piątek rano czasu polskiego Magdalena Fręch wyjdzie na kort nr 3 w Pekinie. Czeka ją rywalka dziesięć lat młodsza, a mimo to taka, która w rankingu patrzy już z góry na wiele bardziej doświadczonych zawodniczek. To Nikola Bartunkova, 20-letnia Czeszka, o której mówi się jako o jednym z większych talentów kobiecego tenisa.
Starcie odbędzie się w II rundzie turnieju WTA 1000 w Pekinie, rozgrywanego na kortach twardych. Polka awansowała do tej fazy po zwycięstwie nad Elsą Jacquemot. Bartunkova na swoją rywalkę czekała w fotelu – jako zawodniczka rozstawiona z numerem 26. dostała w I rundzie wolny los.
Mimo młodego wieku Czeszka zdążyła już zbudować sobie solidną pozycję w rankingu WTA – zajmuje 34. miejsce. Tytułu w głównym cyklu WTA na koncie jeszcze nie ma, a jej najlepszym wynikiem wielkoszlemowym jest III runda. Ale to właśnie tempo, w jakim awansuje, i regularność wyników robią z niej zawodniczkę, przed którą ostrzegają się rywalki z dłuższym stażem.
Rewanż po porażce z Guadalajary
Dla Fręch to nie będzie pierwsze spotkanie z Bartunkovą. Pekiński mecz będzie w ich karierze dopiero drugim, pierwszy zakończył się jednak na niekorzyść Polki. We wrześniu 2023 roku, w ćwierćfinale turnieju w Guadalajarze, Czeszka wygrała 7:5, 6:4.
Teraz Fręch dostaje szansę na rewanż. Mecz zaplanowano jako drugi w kolejności od godziny 8:00 czasu polskiego, na korcie nr 3. Kibice w Polsce obejrzą spotkanie na antenach Canal+, które transmitują turniej w Pekinie.
Wpis wyskoczył na X bez żadnego ostrzeżenia. Rui Pinto, twórca Football Leaks, napisał w nim, że już w 2014 roku istniała osoba doskonale zorientowana w nieprawidłowościach wokół Manchesteru City – i że tą osobą był sam Gianni Infantino.
W cytowanym wpisie Pinto nie bawi się w niedopowiedzenia. „Już w 2014 roku był człowiek, który wiedział o nieprawidłowościach wokół Manchesteru City. Gianni Infantino, wówczas sekretarz generalny UEFA, nadużył swoich uprawnień, ujawnił poufne dokumenty i, krótko mówiąc, przechytrzył śledczych” – napisał. I rzeczywiście, w 2014 roku Infantino zajmował właśnie to stanowisko – sekretarza generalnego UEFA.
Według Pinto, obecny szef FIFA wykorzystał swoją wówczas zajmowaną pozycję i przekazywał poufne informacje. Zarzuty nie kończą się na Manchesterze City – Pinto twierdzi, że ten sam schemat miał działać również w przypadku Paris Saint-Germain.
Finansowa kara zamiast wykluczenia z Ligi Mistrzów?
Najcięższy fragment oskarżenia dotyczy skali konsekwencji, jakie mogły spotkać oba kluby. „Zrobił wszystko, co mógł, aby zarówno Manchester City, jak i PSG otrzymały jedynie karę finansową i uniknęły dokładniejszego dochodzenia, które mogło doprowadzić do wykluczenia ich z Ligi Mistrzów” – napisał Pinto. To właśnie publikacje Football Leaks z 2018 roku stały się jednym z punktów wyjścia do późniejszych postępowań wobec Manchesteru City.
Pinto nie zatrzymuje się na przywołaniu historii. Idzie dalej: jego zdaniem Infantino nie powinien w przyszłości kierować światowym futbolem. Słowa te padają, choć do kolejnych wyborów władz FIFA, zaplanowanych na 2027 rok, zostało jeszcze kilka lat.
Trzeba przy tym jasno zaznaczyć: to na razie wyłącznie oskarżenia. Niepotwierdzone, bez formalnego dowodu na to, że prezydentowi FIFA udowodniono opisane działania. Sam Infantino na razie nie odniósł się publicznie do tych twierdzeń.
Organizatorzy Toray Pan Pacific Open 2026 wreszcie opublikowali na swojej stronie pełną listę zawodniczek z bezpośrednim awansem do turnieju głównego. Wśród 17 nazwisk nie mogło zabraknąć dwóch Polek – Igi Świątek i Mai Chwalińskiej.
Stawkę otwiera Jelena Rybakina, liderka rankingu światowego. W Tokio zagrają też Jessica Pegula, Elina Switolina i Marta Kostiuk. Jest i była liderka rankingu, Naomi Osaka – nazwisko, które sama obecność w tym gronie podnosi prestiż turnieju.
Do Japonii Iga Świątek przyjedzie jako dziewiąta rakieta świata. Maja Chwalińska zajmuje obecnie 21. miejsce w klasyfikacji, tuż za nią na liście startowej widnieje Alexandra Eala, sklasyfikowana na 18. pozycji.
Resztę grona z bezpośrednim awansem tworzą Belinda Bencic, Iva Jović, Diana Shnaider, Sorana Cirstea, Elise Mertens, Jasmine Paolini, Anna Kalinskaja, Leylah Fernandez i Jekaterina Aleksandrowa.
Drabinka na 28 zawodniczek
Główna drabinka Toray Pan Pacific Open to w sumie 28 tenisistek. Do 17 nazwisk z bezpośrednim awansem dołączy sześć kwalifikantek, cztery zawodniczki z dziką kartą i jedna korzystająca ze specjalnego zwolnienia.
Turniej rozegrany zostanie w Ariake Coliseum w Tokio. Dla kilku zawodniczek, Igi Świątek nie wyłączając, ten wyjazd do Japonii to coś więcej niż kolejny turniej – w tle liczy się walka o miejsce w WTA Finals.
Wrzesień się skończył, a Rusłana Baszyrowa w Toruniu jak nie było, tak nie ma. Formalności, które miały potrwać kilka dni, rozciągnęły się na tygodnie i wciąż nie pozwalają 29-letniemu skrzydłowemu dolecieć do Polski. W klubie cierpliwości już nie ma – nikt nie chce dłużej grać w niepełnym składzie.
KH Energa Toruń przyznała, że rusza na poszukiwania kolejnego napastnika, bo sprawy formalne Baszyrowa ciągną się bez końca. Zarazem klub od razu zastrzegł: kontraktu z nim nikt nie zrywa. Baszyrow wciąż jest zawodnikiem toruńskiego zespołu, umowa obowiązuje.
Prezes Marcin Jurzysta mówił o tej decyzji bez owijania w bawełnę. „Chcę też bardzo wyraźnie podkreślić: ta decyzja nie oznacza rozwiązania kontraktu z Rusłanem. Ustaliliśmy, że gdy tylko zakończy sprawy formalne i będzie mógł przyjechać do Polski, dołączy do zespołu i wzmocni nasz skład” – oświadczył.
Jak dodał, dalsze czekanie zaczęło po prostu odbijać się na drużynie na lodzie. „Dziś jednak, dbając o drużynę i jej sportowe interesy, nie możemy dłużej pozostawiać składu bez dodatkowego napastnika. Dlatego podjąłem decyzję o zatrudnieniu kolejnego zawodnika do formacji ofensywnej” – wyjaśnił prezes.
Kim jest Baszyrow i kogo szuka Energa
Rozmowy z kandydatami na nowego napastnika toczą się już teraz, klub nie czeka z założonymi rękami. Jurzysta zaznaczył jednak, że pośpiech nie może przesłonić jakości wyboru. „Nie chcemy podejmować pochopnych decyzji tylko po to, żeby jak najszybciej uzupełnić skład. Chcemy podpisać kontrakt z zawodnikiem, który rzeczywiście będzie dla nas wzmocnieniem i podniesie jakość drużyny” – podkreślił.
Strata jest tym bardziej bolesna, że Baszyrow w minionym sezonie był jednym z filarów ofensywy Energi. 46 meczów, 40 punktów – 19 goli i 21 asyst. Na ławce kar spędził w tym czasie tylko 46 minut, a jego bilans plus/minus wyniósł +13.
Jurzysta nie zostawił miejsca na niedomówienia. „Nie rezygnujemy z Rusłana. Wzmacniamy drużynę” – zapowiedział prezes KH Energi Toruń.