⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

Na torze Sepang, gdzie przez lata ścigały się bolidy w barwach Petronasa, znów usłyszymy warkot silników F1 – po dziewięciu latach przerwy. Sama rywalizacja będzie nosić jednak nietypową nazwę: GP Bahrajnu w Malezji. Mercedes nie wyjedzie na tor w standardowym malowaniu. Zespół przygotował coś specjalnie na tę okazję – wersję bolidu zadedykowaną swojemu tytularnemu sponsorowi.

Historia tego sojuszu sięga 2010 roku, gdy Mercedes wrócił do Formuły 1 jako zespół fabryczny. Od tamtego momentu nieodłącznym towarzyszem Niemców jest malezyjski koncern Petronas – paliwowy gigant dominujący na rynku azjatyckim. To nie jest przypadkowy dodatek do nazwy: Petronas figuruje w pełnej, oficjalnej nazwie zespołu z Brackley, a koncern dostarcza Mercedesowi paliwa i smary używane w bolidach.

Charakterystyczny, seledynowy odcień Petronasa od lat wyróżniał srebrne strzały na starcie. Zwykle pojawiał się na sekcjach bocznych i tylnym skrzydle, czasem też na przednim skrzydle i lusterkach. Na GP Bahrajnu rozgrywanym w Malezji ten kolor zajmie jednak znacznie więcej miejsca – niemal cały przód bolidu, sięgając aż okolic sekcji chłodzenia.

Nie pierwszy taki gest

Mercedes nie eksperymentuje z barwami sponsora po raz pierwszy. Podobny zabieg zespół zastosował już podczas GP Singapuru w sezonie 2024, gdy przód bolidów przyjął kolor malezyjskiego partnera. Tym razem symbolika jest jednak silniejsza. Chodzi o powrót na tor, z którym Petronas i Formuła 1 wyrosły niemal razem.

Zanim trafił do Mercedesa, Petronas znał F1 z czasów BMW Sauber, gdy za kierownicą siadał Robert Kubica. Jeszcze wcześniej, w 1995 roku, malezyjski koncern zadebiutował w Formule 1 jako partner zespołu Sauber. Skala działania tej firmy widać nie tylko na torze – w Kuala Lumpur Petronas wybudował dwie wieże o wysokości 451 metrów, które na długo zdefiniowały panoramę miasta. Co roku koncern organizuje też wydarzenie sponsorskie dla kibiców, w którym biorą udział kierowcy Mercedesa, a niegdyś także załoga BMW Sauber.

Czwartkowy wieczór na korcie 3 kompleksu China Open rozstrzygnął, kto czeka na Igę Świątek w II rundzie. Xinyu Gao potrzebowała 83 minut, by poradzić sobie z Panną Udvardy, wygrywając 6:2, 6:3. Tym samym ostatnia piłka tego meczu ustaliła nazwisko kolejnej rywalki Polki w Pekinie.

Świątek, rozstawiona z numerem 8., w I rundzie nie zagrała wcale — dostała wolny los. Teraz w II rundzie trafia na Gao, która do turnieju w Pekinie dostała się dzięki dzikiej karcie. 28-letnia Chinka zajmuje obecnie 244. miejsce w rankingu WTA. Najwyżej w karierze była notowana na 125. pozycji, w lutym 2025 roku.

Mecz z Udvardy pokazał jedno: w tym tygodniu Gao returnuje wyjątkowo skutecznie. Węgierka czterokrotnie traciła podanie, a sama Chinka oddała swój serwis rywalce tylko raz. To właśnie ta dysproporcja zdecydowała o wyniku całego pojedynku.

Świątek i Gao nigdy wcześniej nie grały przeciwko sobie na zawodowych kortach — II runda w Pekinie będzie więc dla obu zawodniczek premierą. Mistrzyni China Open z 2023 roku zagra swój pierwszy mecz w stolicy Chin w sobotę, 3 października. Dokładną godzinę startu organizatorzy podadą dzień wcześniej, w piątek, razem z pełnym planem gier.

Co jest do wygrania w Pekinie

China Open to turniej kategorii WTA 1000 rozgrywany na kortach twardych. Pula nagród wynosi 9,415 mln dolarów, a zmagania w głównej drabince potrwają do 11 października. Zwyciężczyni zabierze z Pekinu czek na 1,151 mln dolarów i 1000 punktów do rankingu WTA.

W środę wieczorem Cristiano Ronaldo opuścił Kopenhagę – kilka godzin po konferencji prasowej selekcjonera Jorge Jesusa, zwołanej przed meczem Portugalii z Danią w Lidze Narodów. 41-letni napastnik wsiadł do prywatnego odrzutowca i poleciał do Madrytu. Od tego momentu liczniki obserwujących zaczęły pokazywać ubytki w czasie rzeczywistym – i dotknęło to zarówno reprezentacji, jak i samego zawodnika.

Jeszcze 29 września profil reprezentacji Portugalii na Instagramie przekroczył granicę 25 mln obserwujących. Świętowano to jako kolejny kamień milowy drużyny narodowej. Wystarczyło jednak, że Ronaldo wyszedł ze zgrupowania, a liczba zaczęła się osypywać. Portugalski serwis sicnoticias.pt ujął to krótko: „Z każdą sekundą liczba spada”. Obecnie konto reprezentacji liczy około 24,5 mln obserwujących – ubyło więc około pół miliona w ciągu kilku dni.

Sam Ronaldo zapłacił jeszcze wyższą cenę. W środę, tego samego dnia, gdy opuścił zgrupowanie, przestało go obserwować na Instagramie 63 tys. osób. To nie był odosobniony epizod – w ciągu poprzednich czternastu dni jego profil stracił ponad 508 tys. obserwujących. Mimo to pozycja Ronaldo w globalnej hierarchii social mediów ani się nie zachwiała: wciąż jest najczęściej obserwowaną osobą na Instagramie, z ponad 679 mln obserwujących. Reprezentacja Portugalii, choć traci w tempie zauważalnym z dnia na dzień, też wciąż figuruje wśród najpopularniejszych kont narodowych drużyn w mediach społecznościowych.

Co dalej z Ronaldo w kadrze?

Napastnik nie zostawił sprawy bez komentarza. Na Instagramie zapowiedział, że wyjaśni powody swojej decyzji. „W odpowiednim czasie powiem wszystkim Portugalczykom prawdę o powodach, które doprowadziły do mojego odejścia z drużyny narodowej, której zawsze byłem w pełni oddany” – napisał. Tymczasem portugalski dziennik „O Jogo” donosi, że Ronaldo już podjął decyzję o zakończeniu kariery reprezentacyjnej.

Reprezentacja Portugalii zagra z Danią w czwartek, 1 października, w trzecim meczu fazy grupowej Ligi Narodów. Początek spotkania zaplanowano na 20:45. Czy Ronaldo wróci na boisko w barwach narodowych? A może licznik obserwujących będzie dalej spadał? Na te pytania kibice czekają z większym napięciem niż na sam wynik meczu.

Jeszcze w poniedziałek Patrik Walemark był jednym z bohaterów meczu z Polską. W czwartek pakował już torbę do domu. Skrzydłowy Lecha Poznań opuścił zgrupowanie reprezentacji Szwecji z powodu infekcji – zaledwie kilka dni po tym, jak zaliczył asystę przy golu Viktora Gyokeresa na 3:0. 24-letni wahadłowy był wtedy jedną z najjaśniejszych postaci całego zespołu.

Problem okazał się jednak szerszy niż jeden pojedynczy przypadek. Na piątkowy mecz z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów selekcjoner nie będzie mógł liczyć aż na pięciu zawodników. Wirusem zarażeni są Yasin Ayari, Benjamin Nygren, Gustaf Lagerbielke, Elliot Stroud i właśnie Walemark.

Nie wszystkich dotknęło to jednak tak samo. Stroud i Walemark nie zagrają też w poniedziałek z Rumunią – obaj opuszczają zgrupowanie w całości. Ayari, Nygren i Lagerbielke przechodzą infekcję lżej. Odpadają tylko z meczu w Sarajewie z Bośnią i Hercegowiną, więc teoretycznie mogą jeszcze zdążyć wrócić do kadry na starcie z Rumunią.

Potter sięga po posiłki

Selekcjoner Graham Potter nie zwlekał. Na wirusową falę w kadrze odpowiedział od razu serią dodatkowych powołań. Pierwszy dołączył obrońca Eric Smith – zjawił się na zgrupowaniu już w środę wieczorem.

Nazajutrz rano Potter dociągnął skład o kolejne cztery nazwiska. Do Szwecji trafili Samuel Dahl z Benfiki, Hugo Bolin z Borussii Mönchengladbach, Felix Beijmo z FC Kopenhaga oraz Kena Sema z Pafos.

W Lechu Poznań liczy się przede wszystkim zdrowie własnego zawodnika. Klub przekazał, że Walemark wróci do treningów z drużyną, gdy tylko poczuje się lepiej.

Jeszcze w minioną niedzielę Carlos Alcaraz świętował w londyńskiej O2 Arenie triumf drużyny Europy w Pucharze Lavera nad zespołem Reszty Świata. Kilka dni później stał już na korcie w Tokio, po drugiej stronie globu, by rozpocząć zmagania w turnieju ATP 500. Taki skok między strefami czasowymi nie mógł przejść bez echa – i rzeczywiście odcisnął się na jego pierwszym meczu.

W czwartek 1 października 2026 roku Alcaraz pokonał Amerykanina Alexa Michelsena 7:6(1), 4:6, 6:1. Zajęło mu to dwie godziny i 31 minut. Numer trzeci światowego rankingu ATP nie uniknął wahań formy – musiał odrabiać stratę seta i tylko w trzeciej partii odzyskał pełną kontrolę nad przebiegiem spotkania.

Po meczu Hiszpan nie kryl, że przestawienie się na warunki panujące w Tokio było wyzwaniem. „Kort z pewnością jest nieco wolniejszy niż te w hali, więc przystosowanie się do tych warunków i dostosowanie mojego stylu gry było dość nietypowym doświadczeniem. Było trudno, ale cieszę się, że potrafiłem zaakceptować sytuację, zrozumieć, jak muszę grać, i ostatecznie odnieść zwycięstwo” – powiedział Alcaraz.

W kolejnej rundzie czeka go starcie z Włochem Matteo Arnaldim. Statystyka wyraźnie przemawia na korzyść Hiszpana: w dwóch dotychczasowych meczach głównego cyklu ATP wygrał oba – najpierw na US Open 2023, a później w Indian Wells podczas BNP Paribas Open 2024.

Jodar, też po Pucharze Lavera, wypada z turnieju

Znacznie gorzej zakończył się dzień dla innego Hiszpana. Rafael Jodar, rozstawiony z czwartym numerem, przegrał w pierwszej rundzie z Paragwajczykiem Adolfo Danielem Vallejo 1:6, 3:6. 20-letni zawodnik, podobnie jak Alcaraz, musiał w błyskawicznym tempie przelecieć z Londynu po Pucharze Lavera i zmienić kontynent oraz strefę czasową – i to najwyraźniej dało się odczuć na korcie.

Zwycięski Vallejo zagra w sobotę o ćwierćfinał z Matteo Berrettinim. Włoch dotarł do tego etapu po zwycięstwie nad Alejandro Davidovichem Fokiną 1:6, 7:6(1), 6:4 – mecz trwał dwie godziny i 21 minut. Sam Davidovich Fokina przyjechał do Tokio w dobrej formie, bo wcześniej pokonał Huberta Hurkacza w finale Chengdu Open 2026.

Hurkacz zresztą zostawił swój ślad w drabince turnieju w inny sposób. W Chengdu, w półfinale, pokonał Denisa Shapovalova, który teraz w Tokio awansował do drugiej rundy po wygraniu z Japończykiem Sho Shimabukuro 7:5, 6:1 w godzinę i 24 minuty. W sobotę Kanadyjczyk zmierzy się z Chilijczykiem Alejandro Tabilo.

Rywalizacja w głównej drabince Kinoshita Group Japan Open Tennis Championships 2026 potrwa do wtorku 6 października. Turniej rozgrywany jest na korcie twardym, a jego pula nagród wynosi 2,342 mln dolarów. Zwycięzca singla zarobi czek na 437,9 tys. dolarów i zgarnie 500 punktów do rankingu ATP.

Szatnia San Siro. Kilkadziesiąt minut po końcowym gwizdku. Barcelona właśnie odpadła w półfinale Ligi Mistrzów 2024/2025, a Gerard Martín siedzi zapłakany – nie może się otrząsnąć z emocji. I wtedy obok niego siada Wojciech Szczęsny.

Polski bramkarz nie przeszedł obok tego obojętnie. „Usiadł obok mnie i zapytał, dlaczego płaczę. Powiedział, żebym spojrzał, gdzie byłem półtora roku wcześniej i co od tamtej pory osiągnąłem. Przypomniał mi też, że w swojej karierze przegram jeszcze wiele meczów, ale najważniejsze będzie to, co uda mi się osiągnąć” – zdradził Martín w rozmowie z „Sportem”.

To tylko fragment dłuższej rozmowy, w której hiszpański obrońca opowiedział o swojej błyskawicznej drodze z UE Cornellà do roli ważnego ogniwa pierwszego zespołu Barcelony. Mecz z Interem – mimo przegranej i łez w szatni – sam ocenia dziś jako jeden z kluczowych momentów kariery. „Ze względu na okoliczności i znaczenie tego meczu myślę, że mogło to być spotkanie, w którym się ugruntowałem. Prawdopodobnie był to mój najlepszy mecz” – przyznał. W tamtym starciu zanotował dwie asysty.

Z lewej obrony na środek

Przez większość kariery Martín grał głównie na lewej stronie defensywy. Zmiana przyszła podczas letniego tournée Barcelony po Azji – to wtedy Hansi Flick zdecydował się wypróbować go na środku obrony. Dla 23-latka to kolejny krok w rozwoju, a klub chce go teraz nagrodzić: Barcelona pracuje nad przedłużeniem jego kontraktu.

Sam zawodnik nie kryje, że czuje się w klubie u siebie. „Niedługo rozegram setny mecz, więc mam nadzieję, że będzie kolejnych sto. I następne” – mówił. Zapytany, czy podpisałby z Barceloną dożywotni kontrakt, odpowiedział bez wahania: „Tak. Oczywiście musiałbym sobie na niego zasłużyć, ale tak. Na razie wszystko idzie dobrze”.

W wywiadzie nie zabrakło też słów o najsłynniejszym koledze z szatni. Lamine Yamal nazwał Martína jednym z najbardziej niedocenianych zawodników Barcelony, a obrońca odwzajemnił się komplementem. „Ludzie z zewnątrz mogą mieć inne wyobrażenie o tym, jaki jest naprawdę. Ja widzę go każdego dnia i wiem, że jest bardzo dojrzały i, choć może się tak nie wydawać, pokorny. Zasłużył na wszystko, co osiąga” – ocenił Yamala.

Na koniec Martín odniósł się do oczekiwań wobec zespołu w nowym sezonie Ligi Mistrzów. „Szczerze mówiąc, jest mi obojętne, czy mamy łatkę faworyta. Naszym celem pozostaje wygranie Ligi Mistrzów” – zadeklarował obrońca Barcelony.

Toruń, kwiecień tego roku. Sezon jeszcze trwa, a trener Srdjan Subotić już siada do rozmów z Viktorem Gaddeforsem o kolejnym kontrakcie. Szwed się wacha, klub czeka. Mija kilka miesięcy i okazuje się, że ta cierpliwość się opłaciła — w piątek, 2 października, startuje nowy sezon PGE Basket Ligi, a na parkietach znów zobaczymy nazwiska, które polscy kibice dobrze znają z poprzednich lat.

Gaddefors ponownie związał się z Arrivą Lotto Polski Cukier Toruń, czyli Twardymi Piernikami. Dla Suboticia to najważniejszy transfer minionego lata. „Podpisanie z nim nowej umowy wymagało ogromu pracy i cierpliwości” — przyznał trener w rozmowie z serwisem Z Krainy NBA. Rozmowy ciągnęły się miesiącami, zaczęły się jeszcze przed końcem poprzedniego sezonu, a Subotić nie kryje, dlaczego tak mu zależało właśnie na tym zawodniku. „Ma jakość, której w naszym budżecie po prostu nie da się znaleźć nigdzie indziej” — podsumował.

Daniels z Legii, Stein wraca po kontuzji

Inny powrót ma już na koncie pierwsze trofeum. Arguster Daniels, który sezon 2023/2024 spędził w PGE Spójni Stargard, tym razem trafił do Legii Warszawa. I od razu wystrzelił — został MVP Superpucharu Polski, turnieju, który zakończył się triumfem jego nowego klubu. Legia broni dwóch tytułów mistrza Polski zdobytych z rzędu i jasno celuje w trzeci, więc Daniels wchodzi do zespołu z poprzeczką zawieszoną wysoko.

Na Wybrzeżu z kolei czekają na powrót Alexa Steina, który wraca do Polski po poważnej kontuzji kolana. Stein ponownie zasili AMW Arkę, gdzie trafi pod skrzydła trenera Mantasa Cesnauskisa — a to nie pierwsza ich współpraca. Razem spędzili wcześniej sezon w Czarnych Słupsk, więc znają się dobrze, choć z innego miasta.

Słupsk to też przystanek w karierze Beau Beecha, który zanotował tam w przeszłości znakomity sezon. Teraz Amerykanin trafił do Zastalu Zielona Góra, gdzie pracuje trener Arkadiusz Miłoszewski. Zupełnie inną drogę powrotu przeszedł Mike Scott — w sezonie 2018/2019 wywalczył z klubem z Ostrowa Wielkopolskiego Puchar Polski, pod koniec 2021 roku podpisał kontrakt ze Startem Lublin, z którym dotarł do finału Pucharu Polski, przegrywając właśnie z Ostrowem. Teraz trafia do Górnika Zamek Książ Wałbrzych, zastępując w składzie Alterique’a Gilberta i Lovella Cabbila.

Najgłośniejszy powrót może się jednak rozegrać we Włocławku. Belgijski rozgrywający Manu Lecomte wraca do polskiej ekstraklasy po roku przerwy i podpisuje kontrakt z Anwilem. W sezonie 2024/2025 to właśnie on prowadził PGE Start Lublin do wielkiego finału PLK — teraz spróbuje powtórzyć tę formę w nowych barwach. Cały sezon ma dopiero przed sobą, a zacznie się on już w piątek.

Było lato. Ferrari świętowało jeszcze podium z Belgii i nikt w Maranello nie przypuszczał, że kilka miesięcy później cała koncepcja silnika na 2027 rok wyląduje w koszu, a prace trzeba będzie zaczynać od zera. Serwis Auto Racer poinformował, że Scuderia zbuduje całkowicie nową jednostkę napędową na sezon 2027. Powód nie jest techniczny, a kadrowy — odejścia kluczowych osób z działu silnikowego w trakcie prac zmusiły zespół do porzucenia pierwotnych planów i zaprojektowania zapasowej konstrukcji silnika.

To, co miało trafić do bolidu już w tym sezonie, zjawi się dopiero za dwa lata. Nowa jednostka była pierwotnie przewidziana na obecny rok — gdyby nie komplikacje wewnątrz struktury Ferrari, byłaby już na torze. Cel pozostaje ten sam od dawna: zasypać deficyt do Mercedesa i Red Bulla w obszarze silnika. Nawet żetony rozwojowe z programu ADUO, które miały poprawić jednostkę spalinową, nie przybliżyły Ferrari do rywali.

Słabość silnika najbardziej boli na długich prostych. Tam bolidy z Maranello tradycyjnie tracą najwięcej, zwłaszcza w konfrontacji z Mercedesem, który na prostych jest najmocniejszy w całej stawce.

Aerodynamiczna rewolucja po utracie przewagi

Na początku sezonu Ferrari miało najlepszy pakiet aerodynamiczny w F1 — to jego rozwiązania kopiowała konkurencja. Przewaga nie przetrwała jednak całego roku. Rywale systematycznie odrabiali straty i zbliżyli się do zespołu z Maranello. Według Auto Racer odpowiedzią ma być rewolucja aerodynamiczna bolidu na 2027 rok.

Paradoksalnie SF-26 wciąż jeździ nieźle na torach wymagających dużego docisku i oszczędzania opon, regularnie meldując się w czołowej grupie. Mimo to ostatnie podium kierowcy Ferrari to wciąż Spa, jeszcze przed przerwą wakacyjną. Przez cały sezon zespół wysyłał na tory kolejne pakiety ulepszeń, próbując odzyskać tempo.

Historia F1 podsuwa przykład, że cierpliwość w erze regulacji z efektem przypowierzchniowym bywa opłacalna. McLaren w 2022 roku, na starcie tych przepisów, zdobył tylko jedno podium — na Imoli. W 2023 roku zespół z Woking wlókł się na dole tabeli aż do GP Austrii. Rok później McLaren wygrywał wyścigi jeden za drugim i sięgnął po tytuł mistrza świata konstruktorów, a w ostatnim sezonie obecnych regulacji zgarnął już oba tytuły — konstruktorów i kierowców.

Czy Ferrari pójdzie podobną drogą — od zera do mistrzostwa? Na razie wiadomo tylko tyle: ostateczna decyzja dotycząca koncepcji bolidu na przyszły rok wciąż nie jest przesądzona.

Styczeń. Raul Asencio po raz pierwszy czuje, że z piszczelem jest coś nie tak. Dziewięć miesięcy bólu później trzeba było go operować – pękniętą kość piszczelową. W otoczeniu młodego obrońcy Realu Madryt coraz głośniej mówi się, że sztab medyczny klubu mógł poprowadzić tę sprawę inaczej, lepiej.

Przez te dziewięć miesięcy Asencio trenował i grał z nawracającym bólem, mimo że jego stan w ogóle nie pozwalał na normalne przygotowania. Klub od samego początku obstawał przy leczeniu zachowawczym. Lekarze postawili na małoinwazyjny zabieg, który miał usunąć nieprawidłowe komórki z obszaru blizny i źle zrośniętego zgrubienia kości. Nic z tego – efekt wyszedł zupełnie inny od zakładanego.

Latem rozważano operację, postawiono na odpoczynek

Po zakończeniu sezonu w klubie zastanawiano się nad operacją Asencio – licząc, że przerwa między rozgrywkami pozwoli skrócić jego absencję. Ostatecznie lekarze zdecydowali inaczej: lepszym rozwiązaniem miał być odpoczynek i rehabilitacja. Jak się okazało, decyzja przedwczesna. W sierpniu problem z kością wrócił. I tym razem Asencio dostał już zielone światło na operację.

Jak podaje „Marca”, osoby z otoczenia piłkarza sceptycznie patrzyły na stanowisko sztabu medycznego już wcześniej – uważały, że twierdzenie, jakoby operacja nie była konieczna, bo problem da się rozwiązać innymi metodami, było błędem. Po sierpniowym nawrocie i ostatecznej operacji to rozczarowanie jest jeszcze większe.

Teraz byłby już w pełni sprawny – żałują rozczarowane osoby z otoczenia piłkarza, na które powołuje się „Marca”.

Zabieg wykonano w trakcie trwającego sezonu. Dla obrońcy oznacza to przerwę liczoną w miesiącach. Boli to tym bardziej, że Asencio liczył na dobrą formę – miała mu otworzyć drzwi do składu Jose Mourinho. Portugalczyk przejął ławkę Realu latem, a to właśnie u niego piłkarz chciał sobie wywalczyć miejsce.

Na razie nie wiadomo, kiedy Asencio wróci do gry. Klub podkreśla, że wszystko zależy od przebiegu rehabilitacji i reakcji organizmu na leczenie.

Grudzień. KSW pracuje nad angażem Jarosława Jarząbkowskiego, znanego lepiej jako PashaBiceps. I pada propozycja rywala – nie byle jakiego. „No bardzo doświadczonego byłego mistrza KSW chcieliśmy mu dać. Krzysztofa Kułaka. Wjechałby amfibią” – zdradził Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy KSW, odpowiadając na pytanie Żurnalisty o potencjalną walkę Jarząbkowskiego w tej organizacji.

Do starcia jednak nie doszło. „Nie wiem czy w ogóle przedstawiliśmy tą propozycję Kułakowi, ale Jarek nie był gotowy na ten termin. Nie chciał” – przyznał Rysiewski. Sam Jarząbkowski nie był gotowy na proponowany termin i odrzucił pojedynek.

Kim jest Krzysztof Kułak

To nazwisko w środowisku MMA nie jest przypadkowe. Kułak stoczył siedemnaście pojedynków w KSW, z czego dziesięć wygrał. W klatce stawał naprzeciw Michała Materli, Alexandera Gustafssona i Alexeya Oleynika. Ma 45 lat i jeszcze w poprzednim roku startował w formule grapplerskiej.

Dla PashyBicepsa byłaby to zupełnie inna liga niż to, z czym miał do czynienia dotychczas. Jarząbkowski, były reprezentant Virtus.pro w grach z serii Counter-Strike, ma na koncie dopiero dwie walki w organizacjach freak fightowych. Zadebiutował w main evencie gali High League 2, gdzie przed czasem pokonał Michała „Owcę” Owczarzaka. Ostatni pojedynek przegrał błyskawicznie – z Marcinem Dubielem.

Wcześniej było jeszcze głośniej. FAME MMA ogłosiło jego starcie z byłym mistrzem świata w boksie Krzysztofem „Diablo” Włodarczykiem, zaplanowane na galę na Stadionie Narodowym. Walka ostatecznie wypadła z karty, a nowego rywala dla Jarząbkowskiego nie znaleziono.

Teraz w grze pojawia się kolejne nazwisko, jeszcze głośniejsze od poprzednich – mówi się o potencjalnym starciu PashyBicepsa z Mariuszem Pudzianowskim w main evencie październikowej gali FAME MMA. Czy do tej walki faktycznie dojdzie? To pokaże czas.

Instalacja aplikacji
Pobierz