„Ruchy, które widzieliście podczas tego face-offu, to były moje ruchy” — mogłaby powiedzieć Natalia Silva, patrząc na to, co Wang Cong zrobiła w piątek na scenie ważenia. Chinka odwzorowała charakterystyczne gesty, które sama Silva wykonuje podczas swoich walk, i zrobiła to prosto w twarz rywalce.
Natalia Silva i Wang Cong zawalczą o pas mistrzowski wagi muszej UFC na gali UFC 332 w Salt Lake City w sobotni wieczór. Napięcie sięgnęło zenitu już dzień wcześniej. Podczas finałowego face-offu na ceremonii ważenia Wang Cong zaczęła prowokować swoją rywalkę.
Chinka pojawiła się na wadze w charakterystycznym makijażu przypominającym Jokera. Uniosła ręce w pozycji bokserskiej i podeszła do Silvy, kręcąc biodrami w wyzywającym geście. To nie był przypadek. Wang Cong odwzorowywała w ten sposób ruchy, które Silva sama wykonuje w trakcie swoich walk.
Brazylijka nie zostawiła tego bez odpowiedzi. Gdy Wang znalazła się bardzo blisko, Silva odepchnęła jej ręce — i w tym momencie do akcji musiała wkroczyć ochrona, rozdzielając zawodniczki. To nie był jedyny moment napięcia tego wieczoru. Także inna para zawodniczek musiała zostać rozdzielona podczas tej samej ceremonii ważenia.
Starcie liderki rankingu z rozpędzoną Chinką
Na papierze to pojedynek dwóch zawodniczek w świetnej formie. Silva przystępuje do walki jako numer jeden rankingu wagi muszej, z serią ośmiu zwycięstw w UFC na koncie. Wang Cong nie ustępuje jej formą — wygrała cztery ostatnie walki w oktagonie. Dla obu to będzie pierwszy w karierze występ w roli walki wieczoru.
Starcie o pas wagi muszej to nie jedyna atrakcja karty głównej UFC 332. Kibice zobaczą też pojedynki Deivesona Figueiredo z Paytonem Talbottem, Kinga Greena z Estebanem Ribovicsem, Roberto Soldicia z Khaosem Williamsem oraz Ateby Gautiera z Romanem Kopylovem.
Szczególną uwagę przyciąga debiut Roberto Soldicia w UFC. Chorwat, były mistrz KSW w dwóch kategoriach wagowych, od razu zmierzy się z Khaosem Williamsem.
„Jeszcze trzy dni temu ta walka się nie odbywała” — wyznał Tyson Fury na konferencji prasowej. Słowa te odsłoniły dramatyczne negocjacje, które jeszcze niedawno mogły przekreślić jeden z najbardziej wyczekiwanych pojedynków w historii boksu.
Starcie Tyson Fury – Anthony Joshua zostało oficjalnie ogłoszone na 11 grudnia na Principality Stadium. Walkę pokaże Netflix, co już samo w sobie stawia ją w rzędzie najgłośniejszych wydarzeń sezonu. Jak się jednak okazuje, droga do podpisania kontraktu była dużo bardziej wyboista, niż sugerowały pierwsze doniesienia.
Media łączyły wcześniejsze zamieszanie wokół pojedynku z kwestią potencjalnego zaangażowania Dany White’a i organizacji Zuffa Boxing. Tę wersję wydarzeń podważał jednak Eddie Hearn, promotor Joshuy — zdaniem Brytyjczyka obraz sytuacji łączący kryzys negocjacyjny z udziałem White’a po prostu nie trzymał się kupy.
Fury przedstawił własną, znacznie bardziej osobistą wersję ostatnich dni przed ogłoszeniem walki. Mówił, że zadzwoniono do niego „z góry” z prośbą, by publicznie zaostrzył ton i wywarł presję na drugiej stronie. Tak powstały słowa, które później obiegły media społecznościowe — Fury nazwał tam Joshuę „tchórzem”.
Spór o miejsce walki na ostatniej prostej
Według Fury’ego obóz rywala stawiał kolejne warunki i szukał powodów, by odwlec finalizację kontraktu. Jednym z ostatnich punktów spornych miała być lokalizacja samej walki. „Ostatnią przeszkodą było: chcemy walki w Wielkiej Brytanii albo nic. Pomyśleli chyba, że nie zgodzę się na Wielką Brytanię. Dlaczego miałbym się nie zgodzić?” — relacjonował Fury. Nie krył, że ta kwestia w ogóle mogła zagrozić całemu przedsięwzięciu, go wprawiało w zdumienie.
Mimo tych perturbacji konferencja prasowa dotycząca walki odbyła się w Londynie zgodnie z pierwotnym planem. Fury podsumował ostatnie tygodnie słowami pełnymi ulgi, choć wciąż z nutą niepewności co do finału: „Zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, żeby ta walka doszła do skutku. Teraz pozostaje trzymać kciuki, żebyśmy obaj weszli do ringu”.
Do 11 grudnia i pojedynku na Principality Stadium zostało jeszcze kilka tygodni. Obie strony będą musiały w tym czasie utrzymać ustalenia wypracowane w ostatniej chwili.
„Niestety, w tym roku nie będę mógł zagrać w turnieju Rolex Shanghai Masters, tak jak miałem nadzieję” – napisał Jannik Sinner w mediach społecznościowych, informując o wycofaniu się z turnieju ATP Masters 1000 w Szanghaju.
Kolano wciąż daje o sobie znać. Od triumfu w Wimbledonie w 2026 roku lider rankingu ATP nie zagrał ani jednego meczu na męskim torze. Przez ten sam problem musiał już odpuścić turnieje na amerykańskich kortach twardych, a w ostatnich dniach zaczęły krążyć plotki o możliwej operacji i przedwczesnym pożegnaniu z sezonem.
W swojej wiadomości Sinner nie owijał w bawełnę – do Chin w tym roku nie poleci, i to już pewne. Decyzję ogłosił w sobotę, wrzucając relację na Instagramie. Zrobił to zaledwie kilka dni po tym, jak wycofał się z pekińskiego turnieju ATP 500.
Szanghaj był dla Sinnera szczególnym miejscem
Ta rezygnacja boli chyba bardziej niż inne – to właśnie w Szanghaju Sinner świętował triumf w 2024 roku. Mimo kontuzji sezon i tak był dla niego udany: Włoch zgarnął tytuły w Indian Wells, Miami, Monte Carlo, Madrycie i Rzymie, do tego dołożył wielkoszlemowe zwycięstwo w Wimbledonie.
Problem w tym, że seria absencji zaczyna go kosztować coś więcej niż stracone punkty za udział. Przez kłopoty zdrowotne Sinner może w każdej chwili oddać fotel liderki rankingu ATP Alexandrowi Zverevowi. Niemiec zyska dodatkowo w samym Szanghaju – bez rywala w drodze będzie tam najwyżej rozstawionym zawodnikiem.
Turniej rozegrany zostanie od 7 do 18 października 2026 roku. Sinner obejrzy go z boku, licząc, że kolano jeszcze w tym sezonie pozwoli mu wrócić na kort.
„Chrobry Głogów – Warta Poznań 1:3 (0:2)” – taki wynik przyniosła relacja z meczu kontrolnego obu klubów. Grano w systemie dwóch połów po 50 minut, a już do przerwy Warta miała na koncie dwa gole zaliczki.
Gospodarze od pierwszych minut musieli gonić wynik. W 22. minucie rachunek otworzył Jakub Kendzia, wykorzystując dośrodkowanie Aleksandra Wołczka z rzutu wolnego. Chrobry nie znalazł odpowiedzi i do szatni zszedł przegrywając 0:2.
Druga połowa i gol na odrobienie honoru
Po zmianie stron Warta nie zwolniła tempa i szybko podwyższyła prowadzenie. W 50. minucie na listę strzelców wpisał się Michał Smoczyński, a asystę przy tej akcji zanotował Filip Rejczyk. Poznaniacy trzymali mecz pod kontrolą i w doliczonym czasie, w 99. minucie, dobili rywala trzecim golem – strzelał Jakub Apolinarski, podanie przed uderzeniem zaliczył Mateusz Stanek.
Chrobry zdążył jeszcze odpowiedzieć w samej końcówce. W 100. minucie, w ostatniej akcji spotkania, gola kontaktowego strzelił Michał Kozajda i ustalił wynik na 1:3.
Między słupkami gospodarzy w pierwszej połowie stał Bąkowski, a od drugiej odsłony zmienił go Krzysztof Wróblewski. U Warty do przerwy bronił Bartosz Piechowiak, którego w 85. minucie zastąpił Mikołaj Baran.
Na długie rozpamiętywanie sparingowego wyniku nie ma czasu – już w najbliższym tygodniu oba zespoły wracają do rywalizacji w Betclic I lidze. W sobotę Chrobry Głogów podejmie u siebie Pogoń Grodzisk Mazowiecki, a dzień później, w niedzielę, Warta Poznań zagra na wyjeździe ze Stalą Mielec.
„Spotkanie z Shaq’em na trybunach dla fana basketu to niespodzianka większego kalibru niż rozmiar zwycięstwa naszej kadry” – napisał dziennikarz i prezenter telewizyjny Robert Sharif El Gendy pod zdjęciem opublikowanym na Instagramie. Na fotografii stoi razem z Shaquille’em O’Nealem, który niespodziewanie wylądował w Warszawie i z trybun PGE Narodowego śledził mecz Polska – Rumunia w Lidze Narodów.
Polacy rozbili Rumunów 6:0. Dla wielu kibiców na trybunach ciekawsze okazało się jednak to, kto siedział tuż obok nich. 54-letni O’Neal, czterokrotny mistrz NBA – trzy tytuły zdobył z Los Angeles Lakers, jeden z Miami Heat – przyglądał się meczowi piłkarskiemu, choć na stałe kojarzony jest z zupełnie inną dyscypliną.
El Gendy nie kryl emocji. „Czuję się wygrany podwójnie a moje zarwane za młodu noce dla NBA i tego między innymi gościa nie poszły na marne. Życie pisze zaskakujące dla nas scenariusze, bo jakbym w liceum powiedział że mam zdjęcie, a jeszcze będę miał wywiad z legendą kosza to nikt by w to nie uwierzył. Łączy nas piłka i to bardzo” – napisał. Dodał też, że na wywiad z O’Nealem przyjdzie jeszcze czas – dłuższa rozmowa jest w planach.
Koszykarska legenda w stolicy
Wizyta na Narodowym była dopiero wieczornym punktem programu. Wcześniej, pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie, O’Neal wziął udział w pokazowym meczu 3×3. Amerykanina przywitał prezydent stolicy Rafał Trzaskowski, a koszykarz zdążył jeszcze zajrzeć do studia „Dzień Dobry TVN”.
Na tym jednak polska trasa gwiazdy NBA się nie kończy. W sobotę 3 października w łódzkiej Atlas Arenie odbędzie się show „SHAQ Presents All Stars League 3”. Na scenie zobaczymy m.in. Pawła Domagałę oraz raperów O.S.T.R. i PlanBe, a sam O’Neal zasiądzie w jury konkursu wsadów. Wydarzenie ma też wymiar charytatywny – połowa środków z transmisji zasili konto Fundacji Cancer Fighters.
„Z koła bulikowego pociągnął z nadgarstka i trafił w samo okienko” – tak opisano akcję, która w 57. minucie ostatecznie pogrzebała nadzieje gości na odrobienie strat. Strzelcem był Mateusz Majkowski, obrońca HC Vitkovice Ridera U20.
W minionej kolejce czeskiej ekstraligi juniorskiej HC Vitkovice Ridera U20 ograły na własnym lodzie HC Vervę Litvínov U20 4:2. Jednym z głównych bohaterów gospodarzy okazał się właśnie Majkowski, autor gola w tym starciu.
Początek nie ułożył się po myśli gospodarzy. To Litvínov wyszedł na prowadzenie, już w 13. minucie. Vitkovice nie dały się jednak zapędzić w kozi róg i odpowiedziały jeszcze w pierwszej tercji, wyrównując wynik – po pierwszej odsłonie na tablicy świecił remis 1:1.
W drugiej tercji inicjatywa należała już do gospodarzy. Podwyższyli prowadzenie na 3:1, a samą tę część gry wygrali 2:0. Rozstrzygnięcie przyniosła trzecia tercja – Majkowski z koła bulikowego pociągnął z nadgarstka i trafił w samo okienko, podwyższając prowadzenie Vitkovic. Litvínov zdołał jeszcze zmniejszyć straty w końcówce, ale do odrobienia trzybramkowej przewagi było mu bardzo daleko.
Szczegóły meczu i sytuacja w tabeli
Kolejność trafień w meczu wyglądała następująco: Vondracek otworzył wynik w 12:23 (asysty Muller, Tittl), Svozil wyrównał w 18:11 (asysty Drabek, Plsko), Man dał prowadzenie Vitkovicom w 20:36 (asysty Sebesta, Kozel), Muron w przewadze 5 na 4 podwyższył na 3:1 w 38:06 (asysty Drabek, Pala), Majkowski trafił na 4:1 w 57:47 (asysty Pala, Sebesta), a Klempir ustalił ostateczny wynik na 4:2 w 58:24 (asysty Peroutka, Micek).
Gospodarze byli zdecydowanie bardziej aktywni pod bramką rywala – strzały na bramkę w tym meczu wyniosły 37-26 na korzyść Vitkovic. Nie brakowało też nerwów, o czym świadczą minuty karne w wymiarze 18-8, w tym dwie minuty kary zapisane na konto samego Majkowskiego. Na trybunach zjawiło się tymczasem zaledwie 91 widzów.
Dzięki wygranej Vitkovice awansowały na czwartą lokatę w tabeli ligowej – mają już 20 punktów po 10 meczach. Do lidera, HC Dynamo Pardubice U20, tracą obecnie cztery punkty.
Dla Majkowskiego był to pierwszy gol w tym sezonie. Polski obrońca ma na koncie w tej kampanii także trzy asysty w dziesięciu meczach, a w klasyfikacji plus/minus notuje wynik -2.
„To trzej zawodnicy, z którymi w ostatnim tygodniu załatwiliśmy kwestie przedłużenia kontraktów”
— mówił we wrześniu dyrektor sportowy Barcelony Deco, otwarcie przyznając, że klub pracuje nad zatrzymaniem Raphinhi, Marca Bernala i Xaviego Esparta.
Teraz te słowa zyskują konkretny wymiar. Jak podaje dziennikarz Fabrizio Romano, Raphinha, Marc Bernal i Xavi Espart uzgodnili już warunki nowych kontraktów z FC Barceloną. Deco ma mieć pełne porozumienie ze wszystkimi trzema zawodnikami. Klubowi zostało więc tylko sformalizowanie umów i ich oficjalne ogłoszenie.
Największą twarzą całej operacji jest Raphinha. Brazylijczyk jest kapitanem Barcelony, a w tym sezonie gra na pozycji nowej „dziewiątki” zespołu. Jego nowy kontrakt ma obowiązywać do czerwca 2030 roku.
Bernal i Espart — młodzież z La Masia zostaje
Drugie nazwisko na liście to Marc Bernal, wychowanek akademii La Masia, grający na pozycji defensywnego pomocnika. Jego nowa umowa ma obowiązywać do 2031 roku. Po poważnej kontuzji zawodnik wrócił do gry i znów zaczyna odgrywać coraz większą rolę w zespole — nic dziwnego, że zainteresowanie nim wykazuje wiele klubów, w tym zespoły z Premier League.
Trzeci z uzgodnionych kontraktów dotyczy 19-letniego Xaviego Esparta, który w tym sezonie przebił się do pierwszej drużyny Barcelony. Jego dotychczasowa umowa odpowiadała statusowi zawodnika rezerw. Nowy kontrakt ma już obowiązywać do czerwca 2030 roku.
„Jego przeciwnikiem na tym etapie będzie Karen Chaczanow” — taki werdykt wyszedł z siatki turnieju China Open 2026. To właśnie Rosjanin czeka na Huberta Hurkacza w ćwierćfinale pekińskiego turnieju ATP 500.
Polak dotarł do tej fazy po dwóch zwycięstwach w stolicy Chin. Teraz czeka go rywal, z którym od lat ma niewyrównany rachunek wzajemnych spotkań.
Mecz Hurkacz – Chaczanow zaplanowano na niedzielę, 4 października 2026 roku. Rozegrany zostanie na korcie Capital Group Diamond, a jego początek przewidziano na godzinę po 7:00 czasu polskiego. To drugi pojedynek dnia na korcie centralnym. Wcześniej, o 5:00 rano, na tym samym korcie zmierzą się Aryna Sabalenka i Nikola Bartunkova. Sabalenka w turnieju jest rozstawiona z numerem 2, jej czeska rywalka z numerem 26.
Tylko jeden mecz w historii
Hurkacz i Chaczanow spotkali się do tej pory tylko raz w głównym cyklu ATP. Było to w 2019 roku, w pierwszej rundzie halowego turnieju ATP 500 w Wiedniu — Rosjanin wygrał tamten pojedynek 6:4, 7:6(3). Od tamtego czasu minęło kilka lat, a obaj tenisiści zdążyli znacząco przebudować swoje pozycje w rankingu.
Dziś Hurkacz zajmuje 39. miejsce na liście ATP. Urodzony w Moskwie Chaczanow jest wyżej, na 27. miejscu w rankingu światowym. I wchodzi w pekiński turniej w dobrej formie — w tym roku dotarł do półfinału US Open 2026, co samo w sobie robi z niego niewygodnego przeciwnika dla Polaka.
Kibice w Polsce bez problemu będą mogli śledzić to starcie na żywo. Transmisja meczu Hurkacz – Chaczanow dostępna będzie w Polsat Sport 1 oraz w serwisie Polsat Box Go.
„Ona nigdy się nie poddaje” — to słyszy się o Jelenie Ostapence na tourze od lat, i w 1. rundzie China Open 2026 Łotyszka znów to udowodniła, odwracając losy pierwszego seta w starciu z Paulą Badosą. Wygrała 7:6(5), 7:5, choć droga do tego wyniku była wszystkim, tylko nie prostą.
W pierwszym secie Ostapenko musiała gonić wynik — przegrywała 1:4, potem 3:5. Doprowadziła jednak do tie-breaka i tam okazała się skuteczniejsza. Podobny scenariusz, tylko z odwróconymi rolami, powtórzył się w drugiej partii: Badosa prowadziła 5:3, a potem w kilka minut straciła cztery gemy z rzędu i cały set.
Dla rozstawionej z numerem 24 Ostapenko to kolejny punkt w rywalizacji z Hiszpanką — bilans wzajemnych meczów wynosi teraz 4-2 na jej korzyść. Dodajmy, że pokonana Badosa to bliska przyjaciółka liderki rankingu Aryny Sabalenki. W kolejnej rundzie, w poniedziałek, Ostapenko zmierzy się z rozstawioną z numerem 13 Elise Mertens. Dotąd grały tylko raz, w 2019 roku w Luksemburgu — lepsza była wtedy Ostapenko.
Switolina kontynuuje pogoń za WTA Finals
Elina Switolina, rozstawiona z numerem 6, zaczęła od porażki w pierwszym secie z Kateriną Siniakovą 1:6. Mecz jednak wygrała, 1:6, 6:4, 6:2. To już szóste zwycięstwo Ukrainki nad aktualną liderką rankingu deblistek. Ten wynik przybliża ją do awansu na WTA Finals 2026. W poniedziałek czeka ją starcie z Marią Sakkari.
Niespodzianką dnia była porażka Leylah Fernandez, rozstawionej z numerem 23 — Kanadyjka przegrała z Kamillą Rachimową 2:6, 6:4, 3:6. Wciąż może się chwalić tytułem mistrzyni turnieju w Singapurze, ale w Pekinie jej przygoda skończyła się już na starcie. Rachimowa w 1/16 finału zagra z Ivą Jović.
Sama Jović miała w pierwszej rundzie więcej roboty, niż pewnie zakładała — rozstawiona z numerem 10 pokonała Harriet Dart 2:6, 6:3, 6:3, a mecz trwał dwie godziny i 45 minut. Co ciekawe, mimo straconego seta Amerykanka zdobyła więcej punktów w całym meczu, 98 do 93 — miara tego, jak wyrównana była ta batalia.
Do III rundy awansowała też Belinda Bencić, rozstawiona z numerem 9. Z Anastazją Zacharową poradziła sobie 6:1, 7:6(3). W drugim secie Zacharowa serwowała po zwycięstwo, straciła jednak podanie, a chwilę później i cały tie-break. Mistrzyni olimpijska z Tokio w kolejnym meczu zagra z Amerykanką Ann Li.
Turniej w Pekinie rozgrywany jest na korcie twardym, w kategorii WTA 1000, z pulą nagród 9,415 mln dolarów, i potrwa do 11 października. Zwyciężczyni zgarnie 1000 punktów do rankingu i czek na 1,151 mln dolarów.
„Strzelenie gola zawsze smakuje wybornie, niezależnie od przeciwnika. Oczywiście, akurat przy tym dopisało mi szczęście, ale cieszę się, że ten gol padł” – powiedział Ville Heikinen, zaraz po tym, jak pokonał bramkarza swojej byłej drużyny, KS Unii Oświęcim.
Fin do niedawna bronił barw biało-niebieskich. W ich koszulce, pięć miesięcy wcześniej, rywalizował z Zagłębiem Sosnowiec o brązowy medal mistrzostw Polski w sezonie 2025/2026. Tamten pojedynek dobrze zapamiętają jednak kibice Zagłębia – właśnie w starciu z Unią sosnowiczanie zagwarantowali sobie pierwszy od 35 lat medal mistrzostw Polski.
Dziś role się odwróciły. Heikinen i Ołeksandr Peresunko, jeszcze w minionej kampanii koledzy z szatni w Oświęcimiu, w przerwie między sezonami przenieśli się do ECZD Zagłębie Sosnowiec. W piątkowym meczu obaj stanęli po drugiej stronie lodowiska – naprzeciw swojego dawnego klubu.
Heikinen, 32-letni środkowy pierwszego ataku Zagłębia, otworzył wynik już po nieco ponad pięciu minutach gry. To był jego drugi gol w sezonie i pierwszy strzelony na lodowisku w Sosnowcu.
Gospodarze ruszyli z miejsca i nie zwalniali. Przez pierwsze czterdzieści minut meczu to Zagłębie Sosnowiec dyktowało warunki na lodzie. „Myślę, że weszliśmy bardzo dobrze w ten mecz, na wysokiej intensywności. W miarę szybko zdobyliśmy dwa ważne gole. Stanowiły one ważne otwarcie tego pojedynku dla nas” – ocenił Heikinen, podopieczny trenera Matiasa Lehtonena.
Unia odpowiedziała w trzeciej tercji, ale było już za późno
Przewaga zbudowana w pierwszych dwóch odsłonach spotkania pozwoliła Zagłębiu przetrwać trudniejszy finisz. „Byliśmy bardzo aktywni w naszych działaniach na lodzie w pierwszych dwóch tercjach. W ostatniej odsłonie zwolniliśmy nieco naszą grę, przez co Unia strzeliła dwa gole. Podsumowując: cieszy zwycięstwo i świetny występ drużyny” – podsumował Heikinen. I rzeczywiście – w ostatniej tercji Unia Oświęcim zdobyła dwa gole, próbując odrobić straty.
Mimo napora rywali w końcówce, Zagłębie Sosnowiec dowiozło prowadzenie do syreny. Zwycięstwo oznacza awans na trzecie miejsce w tabeli TAURON Hokej Ligi.