„Izba rozpozna odwołanie w zakresie podniesionych w odwołaniu zarzutów i wyda rozstrzygnięcie merytoryczne. Jeżeli odwołanie zostanie uwzględnione, a umowa o zamówienie nie została zawarta, to Izba może m.in. nakazać zamawiającemu wykonanie lub powtórzenie czynności w postępowaniu albo unieważnić czynności zamawiającego w postępowaniu” – mówi Michał Trybusz, rzecznik prasowy Krajowej Izby Odwoławczej.
Budowa małej Hali Lodowej przy ulicy Chemików 4 w Oświęcimiu znów stoi w miejscu i nie wiadomo, kiedy ruszy. Jeden z przegranych oferentów drugiego przetargu po raz kolejny złożył odwołanie do Krajowej Izby Odwoławczej. Warta blisko 100 mln zł inwestycja musi więc czekać na kolejne rozstrzygnięcie.
Miasto ogłosiło już dwa przetargi na realizację pierwszego etapu przebudowy i rozbudowy kompleksu lodowego. W drugim postępowaniu wybrano ofertę firmy ARCO System na ponad 98,3 mln zł. Umowy z wykonawcą jednak wciąż nie można podpisać – jeden z pozostałych uczestników postępowania zaskarżył jego wynik do KIO, a termin rozprawy w tej sprawie nie został jeszcze ustalony.
Rzecznik Izby zaznacza, że o dalszym biegu sprawy zdecyduje to, co konkretnie zaskarżono. „Decydujące będzie, jaka czynność (zaniechanie), zamawiającego zostało zaskarżone odwołaniem i jakie zarzuty odwołania podniesiono” – podkreśla Michał Trybusz. Dodaje przy tym, że postępowanie prowadzone po unieważnieniu wcześniejszego przetargu to nowe, odrębne postępowanie, w którym mogli ponownie wystartować wykonawcy biorący udział w poprzedniej procedurze.
Co ma powstać w Oświęcimiu
Plany są konkretne. Hala ma mieć blisko 10 tys. m² powierzchni i pełnowymiarową taflę 60 na 30 metrów, a trybuny pomieszczą 290 osób. W obiekcie znajdzie się około 20 szatni, sala gimnastyczna i baletowa, przestrzeń do treningu na sucho, siłownia oraz zaplecze techniczne i administracyjne. Na realizację inwestycji Oświęcim otrzymał 37,6 mln zł dofinansowania z budżetu państwa.
Na razie nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy procedura przetargowa zostanie ostatecznie rozstrzygnięta i kiedy na placu budowy pojawi się wykonawca.
„Nie chciałbym zbyt wiele o tym mówić, bo sprawa trwała bardzo długo i był to trudny okres dla mnie, dla mojej rodziny, dla klubu, zawodników i dla nas wszystkich. Mamy decyzję Komisji Ligi. Przyjmuję ją z pokorą” – powiedział Adrian Siemieniec, cytowany przez portal sport.tvp.pl.
Trenera Jagiellonii Białystok spotkała kara finansowa w wysokości 100 tys. zł. Do tego przyszedł zakaz prowadzenia zespołu w sześciu meczach Ekstraklasy. Jest też trzeci element sankcji – dwuletnie wykluczenie z zawodów Ekstraklasy, zawieszone na trzy lata.
Chodzi o wiadomości SMS oraz sędziów Arkadiusza Kamila Wójcika i Pawła Raczkowskiego. Sprawą zajęła się najpierw Komisja Dyscyplinarna PZPN, potem przejęła ją Komisja Ligi Ekstraklasy – i to ona ostatecznie wydała decyzję o karze.
Siemieniec: temat wyczerpałem
Trener zapowiedział, że na tym kończy publiczne komentowanie sprawy. „Nie oceniam, czy kara jest za mała, czy za duża. Wszystko, co miałem do powiedzenia, powiedziałem. Ze swojej strony temat wyczerpałem” – stwierdził.
Przyznał się do błędu. Przeprosił za całą sytuację. „W ostatnim okresie było za mało piłki, a za dużo spraw wokół niej i ja również dołożyłem do tego swoją cegiełkę. Teraz chcę całą energię przekuć w zespół” – dodał.
Swoje stanowisko, jak zaznaczył, tłumaczył już wielokrotnie – przed Komisją Dyscyplinarną, przed Komisją Ligi, w pisemnym oświadczeniu i przed kamerami. Kto usiądzie za niego na konferencjach pomeczowych na czas zakazu – tego jeszcze nie wiadomo.
„Duża lekcja dla nas” — powiedział po meczu Szymon Zapała, środkowy Energa Trefla Sopot. I lekcja wyjątkowo bolesna, bo Dziki Warszawa rozbiły gospodarzy 102:63 w 1. kolejce PGE Basket Ligi.
Różnica na koniec meczu wyniosła 39 punktów. Taki wynik trudno zrzucić na zwykły lepszy dzień jednej ze stron. Zapała nie szukał wymówek — przyznał, że Dziki zagrały z bardzo dużą agresywnością, a jego zespół oddał rywalom aż 20 zbiórek w ataku. „20 zbiórek rywali w ataku? To jest niedopuszczalne” — ocenił, zapowiadając, że z tego meczu trzeba wyciągnąć jak najwięcej.
Dla sopockiego zespołu był to wieczór podwójnie trudny. Na ławce trenerskiej zadebiutował Krzysztof Roszyk, a do tego Energa Trefl musiał grać bez Michała Michalaka, który nie wystąpił z powodu absencji. Roszyk nie owijał w bawełnę po pierwszym spotkaniu w nowej roli. „Dziki w pełni zasłużenie odniosły zwycięstwo. Zdominowali nas fizycznie w każdym aspekcie gry” — powiedział.
Liczby, które mówią wszystko
Statystyki warszawskiej drużyny czytają się jak podręcznikowy popis gry zespołowej. 12 przechwytów, 20 zbiórek w ataku i 26 asyst — same te liczby wyjaśniają, skąd wzięła się 39-punktowa przewaga. Najlepszym zawodnikiem na parkiecie okazał się Quanterrius Jackson.
Michał Krasuski dopisał do tego 10 punktów, trzy zbiórki i dwa przechwyty. Jego samego bardziej niż własny wynik ucieszyła kolektywna gra kolegów. „26 asyst bardzo cieszy. To gra całego zespołu. Byliśmy bardzo dobrze przygotowani przez sztab” — mówił po meczu. Zwrócił też uwagę na szerszy kontekst formy Dzików. „Przez dwa miesiące mieliśmy bardzo dużo meczów i jako drużyna cały czas rośniemy” — podsumował.
Za sukcesem Dzików stoi włoski trener Marco Legovich. Po meczu nie krył satysfakcji, choć zaznaczał też respekt dla rywala. „Pomimo faktu, że wiedzieliśmy o problemach rywali ze składem, to mieliśmy bardzo dużo szacunku do zespołu z Sopotu. Przewagę dała nam energia” — powiedział. Dodał, że to, co jego zespół pokazał na parkiecie, było efektem całotygodniowej pracy. „Pokazaliśmy na parkiecie dokładnie to, co przygotowywaliśmy, co zakładaliśmy i nad czym pracowaliśmy przez cały tydzień” — stwierdził.
Na odpoczynek po takim występie nie ma jednak czasu. Już 6 października Dziki Warszawa zagrają na wyjeździe z estońskim Tartu Ulikool Maks & Moorits, debiutując w rozgrywkach FIBA Europe Cup.
"Jesteście tego pewni?" – dopytywał aktualny lider klasyfikacji generalnej F1, Andrea Kimi Antonelli, gdy sędziowie skasowali mu czas w Q2. Chwilę później okazało się, że to pytanie było zaledwie przedsmakiem znacznie gorszego dnia dla Mercedesa, niż ktokolwiek w zespole mógł przewidzieć.
Formuła 1 wróciła do Malezji po dekadzie przerwy za sprawą gościnnie zorganizowanego GP Bahrajnu, rozgrywanego na torze Sepang. I właśnie tam Max Verstappen, dość niespodziewanie, zgarnął pole position. Holender z Red Bull Racing przypieczętował je wynikiem 1:35.130, wyprzedzając Lewisa Hamiltona o 0,298 s.
Przed kwalifikacjami wszystko wskazywało na to, że najszybszy w stawce będzie Mercedes. W sobotnim treningu najlepszy czas zanotował właśnie Antonelli, a zespół przywiózł na wyścig szereg poprawek do bolidu W17. Rzeczywistość okazała się brutalna – srebrne strzały zakończyły kwalifikacje dopiero na czwartym i ósmym miejscu.
Verstappen dominował od Q1
Już w pierwszym segmencie kwalifikacji Verstappen ustanowił najszybszy czas – 1:36.477. Niewielką stratę zanotował Lewis Hamilton, 0,118 s, a tuż za nim uplasował się Charles Leclerc ze stratą 0,253 s. Warto odnotować jeden szczegół: kierowcy Ferrari pokonali mierzone okrążenia na pośredniej mieszance opon, podczas gdy Verstappen korzystał z miękkiego ogumienia.
W Q2 doszło do zwrotu, który zdefiniował cały dzień Mercedesa. Antonelli przekroczył limity toru podczas pierwszego przejazdu i jego czas został skasowany – stąd pytanie, które zadał sędziom, zastanawiając się, czy decyzja była słuszna. Musiał ponownie wyjechać na tor, sięgając po dodatkowy zestaw miękkiego ogumienia. Tego właśnie zestawu zabrakło mu później, w najważniejszym momencie. Mimo to Verstappen znów był najszybszy, z czasem 1:35.696, a Antonelli uplasował się na drugiej pozycji ze stratą 0,263 s.
W Q3 na chwilę zaskoczył Isack Hadjar, który czasem 1:35.558 wyprzedził duet Ferrari. George Russell kompletnie zepsuł swoje pierwsze mierzone okrążenie i spadł początkowo na piąte miejsce. Verstappen odpowiedział natychmiast, poprawiając wynik Hadjara aż o 0,308 s. Oscar Piastri w tej próbie przedzielił obu kierowców Ferrari, a Russell po nieudanym okrążeniu spadł na siódmą lokatę.
To właśnie wtedy koszt błędu z Q2 odbił się na Antonellim najmocniej. Z powodu wcześniejszej pomyłki miał w Q3 tylko jeden zestaw świeżego miękkiego ogumienia, co ograniczyło jego próbę. Lider klasyfikacji generalnej wykręcił trzeci rezultat, ze stratą 0,381 s do Verstappena.
W decydujących, drugich próbach poprawili się jeszcze Verstappen i Hamilton, ustalając tym samym czołową dwójkę. Antonelli spadł na czwartą pozycję. W niedzielę i tak jednak wystartuje z trzeciego pola – taki jest efekt kary nałożonej na Hadjara.
Ostateczna klasyfikacja Q3: Verstappen (Red Bull Racing) 1:35.130, Hamilton (Ferrari) +0,298, Hadjar (Red Bull Racing) +0,428, Antonelli (Mercedes) +0,501, Leclerc (Ferrari) +0,536, Norris (McLaren) +0,627, Piastri (McLaren) +0,632, Russell (Mercedes) +0,741, Gasly (Alpine) +2,080 oraz Bortoleto (Audi) +2,543.
„Zrobiliśmy już pierwsze okrążenie gokartem. Kiedy miał dwa miesiące, zabrałem go na jedno 'kółko’, trzymając go na kolanach i obejmując ramionami. Poczuł już wiatr na twarzy” – tak Fernando Alonso opisał pierwszą przejażdżkę syna, Leonarda. Wyznanie padło w rozmowie z hiszpańskim programem radiowym „El Larguero”.
Leonard ma teraz sześć miesięcy, a na tor trafił już jako dwumiesięczny chłopiec. Jego ojciec, 45-letni Fernando Alonso, dwukrotny mistrz świata Formuły 1, został tatą w marcu 2026 roku. Partnerką Hiszpana jest Melissa Jimenez.
Ojcostwo, jak sam przyznaje, zmienia perspektywę. „W przyszłym roku chcę dzielić z synem tory, podróże po świecie i robić wiele wspólnych zdjęć” – powiedział. Dodał, że koniec kariery w F1 da mu w końcu czas, którego teraz brakuje. „Kiedy odejdę z Formuły 1, jasne jest, że nie będę co roku podróżował do 24 krajów. Mam nadzieję, że dzięki temu będę mógł spędzać z nim więcej czasu” – stwierdził kierowca Aston Martina. O synu mówił zresztą z czułością rzadko spotykaną u sportowca w tej branży: „Myślę, że jest zachwycony wszystkim. Teraz jest bardzo uśmiechniętym dzieckiem i to naprawdę wspaniałe”.
To jednak nie znaczy, że Alonso szykuje się do pożegnania z kokpitem. Po miesiącach spekulacji na temat dalszej kariery w F1 przedłużył umowę z Aston Martin. Nowy kontrakt wiąże go z zespołem Lawrence’a Strolla przynajmniej do końca 2027 roku.
Trudny sezon zespołu z Silverstone
Na torze dzieje się jednak znacznie gorzej. Aston Martin wszedł w sezon 2026 z nową jednostką napędową od Hondy, a pierwszy bolid powstał pod okiem Adriana Neweya. Efektów jak na razie nie widać.
Zespół wprowadził wersję B bolidu na Grand Prix Węgier, a wyścig później dołożył kolejne ulepszenia jednostki napędowej. Przełomu wciąż brak. Po dotychczasowych rundach Aston Martin zajmuje dziesiąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów z trzema punktami na koncie – i to wszystkie trzy wywalczył sam Alonso.
Wychodzi więc sezon dwóch prędkości. Na torze – cierpliwość i walka o punkty w pojedynkę. Poza nim – emocje zupełnie innego rodzaju, znacznie przyjemniejsze.
„3 października w Legionowie odbędzie się gala Fight Mode 2: Lombard vs Szadziński” – tak organizatorzy ogłosili drugą edycję cyklu, który na jednej karcie miesza MMA, boks i walki na gołe pięści. W sumie na widzów czeka dwanaście pojedynków, a w głównym starciu chodzi o coś więcej niż tylko wynik na papierze.
Walką wieczoru będzie starcie Hectora Lombarda z Gracjanem Szadzińskim w kategorii do 92 kg. Nazwisko Lombarda – znane z klatek UFC i Bellatora – ściąga do Legionowa więcej uwagi niż cała resztą listy startowej razem wzięta. Poza klasycznymi formatami organizatorzy wstawili do karty także walki na gołe pięści, a w tych zobaczymy między innymi Wiktorię Czyżewską, Normana Parke’a i Alberta Sosnowskiego.
Karta główna i karta wstępna
Na karcie głównej, oprócz pojedynku wieczoru, zaplanowano starcie Wiktorii Czyżewskiej z Jessicą Kusz w kategorii 65 kg. W wadze open zmierzą się Vasyl Halych i Łukasz Parobiec, a w walce na gołe pięści w limicie 85 kg naprzeciw siebie staną Wojciech Sobierajski i wspomniany Norman Parke. Do 95 kg powalczą Hubert Łąkowski i Artur Kubiak, a w kategorii kobiet do 65 kg Dominika Rybak zmierzy się z Anną Andrzejewską.
Na tej samej karcie odbędzie się też pojedynek Jędrzeja Durskiego z Tomaszem Gromadzkim w wadze 85 kg oraz starcie bez limitu wagowego – tu Maciej Smokowski wyjdzie naprzeciw Albertowi Sosnowskiemu. Do 65 kg zobaczymy jeszcze Oktawiana Markiewicza przeciwko Danylo Yefremovowi.
Kartę wstępną otworzą trzy pojedynki wagowo ciężkich zawodników. W kategorii do 105 kg Mateusz Urbanowicz zmierzy się z Krzysztofem Wiśniewskim, do 110 kg Przemysław Rekowski powalczy z Erykiem Wosiem, a w wadze 87 kg w klatce staną Mateusz Wojtkowiak i Dawid Lis.
Gdzie i jak obejrzeć galę
Transmisja na żywo popłynie przez stronę fightmode.tv w systemie pay-per-view. Do wyboru są dwa pakiety: standard w jakości HD 720p za 49,99 złotych oraz premium w FULL HD 1080p za 59,99 złotych. A dla tych, którzy nie chcą płacić – organizatorzy puszczą pierwsze trzy starcia karty bezpłatnie na kanale YouTube organizacji Fight Mode. Wyniki poszczególnych walk będą aktualizowane na żywo od godziny 20:00.
„Potwierdziliśmy kalendarz, więc dwa ostatnie Grand Prix – w Katarze i Abu Zabi – odbędą się zgodnie z planem. To nasza decyzja, oparta na informacjach, którymi dysponujemy i zapewnieniach, które otrzymaliśmy. Są to informacje absolutnie niezbędne” – powiedział szef F1 Stefano Domenicali.
W padoku te słowa przyjęto z lekkim niedowierzaniem. Z rozmów prowadzonych za kulisami wynika coś innego: zdecydowana część kierowców nie ma ochoty lecieć na Bliski Wschód, bo obawia się wojny w Iranie i możliwej eskalacji w całym regionie. GP Kataru wyznaczono na 29 listopada, GP Abu Zabi na 6 grudnia. Oficjalnie żadnego z tych wyścigów nikt jeszcze nie odwołał.
Ale deklaracje Domenicalego to jedno, a przygotowania to drugie. Za kulisami ktoś już szykuje wariant awaryjny. Włoski serwis Formula Passion dowiedział się, że na torze w Imoli trwają prace nad tak zwanym „planem B”. Chodzi o zorganizowanie GP Emilia Romagna w miejsce GP Abu Zabi. W takim scenariuszu sezon 2026 skończyłby się 6 grudnia i byłby krótszy o jeden wyścig – bo rundy zastępującej GP Kataru pod koniec listopada po prostu nie da się zorganizować, zarówno z powodów logistycznych, jak i pogodowych.
Dla samych Włochów to ryzykowna gra. Zarządcy toru w Imoli muszą już teraz dostawiać dodatkowe trybuny, nie mając żadnej gwarancji, że grudniowy wyścig w ogóle się odbędzie. Liberty Media, właściciel F1, obiecało jednak zwrócić Włochom poniesione koszty, gdyby GP Emilia Romagna ostatecznie nie doszło do skutku.
Setki milionów na szali
Bo w tle tej całej sprawy stoją naprawdę duże pieniądze. GP Kataru i GP Abu Zabi mają przynieść F1 od 100 do 200 mln dolarów przychodów, a promotorzy obu wyścigów płacą organizatorom jedne z najwyższych stawek w kalendarzu – od 50 do 80 mln dolarów. Umowy Grand Prix mogą jednak zawierać klauzulę siły wyższej. Jeśli wyścig trzeba odwołać z powodu okoliczności niezależnych od promotora – wojny na przykład – klauzula ta przewiduje zwolnienie z opłaty albo jej zmniejszenie. Liberty Media podkreśla, że nie ma tu jednej reguły dla wszystkich – wszystko zależy od zapisów konkretnej umowy.
Precedens już był, i to niedawno. GP Emilia Romagna w Imoli odwołano w 2023 roku z powodu powodzi, która zalała region. Według Autosportu uruchomienie klauzuli siły wyższej oznaczało wtedy, że promotor nie musiał płacić opłaty szacowanej na około 20 mln dolarów. Inaczej wygląda sytuacja, kiedy za odwołaniem stoi wina samego promotora – w takim przypadku Formuła 1 może domagać się nie tylko należnej opłaty, ale też odszkodowania za utracone przychody.
Głosu w tej sprawie nie szczędzą sami kierowcy. Max Verstappen, cytowany przez crash.net, zapytany o ewentualny strajk odpowiedział: „Nie chodzi o to, że powiedziałem, że nie chcę się tam ścigać. Powiedziałem tylko, że chciałbym tam polecieć, ale tylko w odpowiednich warunkach. Ufam F1 i FIA. Wierzę, że podejmą właściwą decyzję, bo mają więcej informacji niż my”. Czterokrotny mistrz świata wolał jednak nie deklarować wprost, czy sam przyłączyłby się do strajku.
Lewis Hamilton przyjął ton znacznie bardziej ostrożny. Siedmiokrotny mistrz świata liczy, że do strajku nie dojdzie, i ma nadzieję, że sytuacja geopolityczna uspokoi się na tyle, by personel F1 mógł bezpiecznie dolecieć do Kataru i Abu Zabi. „Nie znam wszystkich szczegółów tego, co dzieje się w Katarze i Abu Zabi. Nie wiem, jak może się potoczyć sytuacja” – powiedział Hamilton.
„Z jakiegoś powodu nikt nie wspomina, że ostatnio ścigaliśmy się w Azerbejdżanie, który leży tuż obok Iranu. Mam nadzieję, że będziemy się mogli ścigać na Bliskim Wschodzie. Mam nadzieję, że nadejdzie tam pokój i uda się zorganizować oba wyścigi zgodnie z planem, bo to są świetne tory”
Brytyjczyk przypomniał przy tym, że F1 niedawno ścigała się już w Azerbejdżanie – kraju graniczącym z Iranem. Czy to argument, który uspokoi resztę stawki? Odpowiedź przyniosą najbliższe tygodnie, wraz z kolejnymi doniesieniami z Imoli i z samego Bliskiego Wschodu.
„Reprezentacja Polski wygrała z Rumunią aż 6:0 w Lidze Narodów” — tym wynikiem biało-czerwoni zapisali się w historii. Rywalom zafundowali jedną z najgorszych porażek w ich powojennych dziejach.
Rumunia nie przegrała różnicą sześciu goli od 1967 roku, a sześciu bramek w jednym meczu nie straciła od 1977 roku. Mecz w Warszawie wywrócił więc do góry nogami statystyki sięgające niemal pół wieku wstecz.
O losach spotkania zdecydowano bardzo wcześnie. W 22. minucie Radu Dragusin zobaczył czerwoną kartkę, a chwilę później Robert Lewandowski wykorzystał podyktowany rzut karny. Kapitan reprezentacji Polski nie zatrzymał się na jednym golu — trafiał jeszcze w 47. i 86. minucie. Resztę bramek dopisali Piotr Zieliński i Jan Bednarek, a listę strzelców zamknął samobójczy gol Virgila Ghiți.
Ostatni raz tak źle było w 1977 roku
Poprzednim meczem, w którym Rumunia straciła sześć goli, był pojedynek z Jugosławią rozegrany 13 listopada 1977 roku. Był to mecz eliminacyjny o awans na mistrzostwa świata w Argentynie, a Rumunia grała u siebie, w Bukareszcie. Po pierwszej połowie prowadziła nawet 3:2, ale ostatecznie przegrała 4:6. Dla gospodarzy trafiali wtedy Iosif Vigu, Anghel Iordanescu, Ladislau Boloni i Dudu Georgescu. To jednak nie wystarczyło wobec hat-tricka Safeta Susića oraz goli Drazena Muzinicia, Aleksandara Trifunovicia i Zorana Filipovicia. Ta porażka skutecznie przekreśliła szanse Rumunii na wyjazd na mundial.
Jeszcze gorzej było dekadę wcześniej. 24 maja 1967 roku Rumunia przegrała w Zurychu ze Szwajcarią 1:7, w meczu eliminacji mistrzostw Europy. Po dwa gole dla gospodarzy zdobyli Fritz Kunzli i Rene Quentin, kolejne trafili Rolf Blattler i Karl Odermatt, a jedną z bramek dołożył samobójczym strzałem Emil Dumitriu. Honorowego gola dla Rumunów strzelił Nicolae Dobrin.
Na kolejne mecze obie reprezentacje wyjdą tego samego dnia. Polska zagra w poniedziałek, 5 października, na wyjeździe z Bośnią i Hercegowiną w Zenicy — początek o 20:45. Rumunia tego samego wieczoru zmierzy się ze Szwecją w Bukareszcie, również o 20:45.
„Pochodząca z Shenzhen tenisistka” – te kilka słów niewiele mówi o tym, co 16-letnia Xinran Sun zrobiła w ten weekend na kortach China Open. W sobotę dziewczyna, która dopiero w tym tygodniu zadebiutowała w kobiecym tourze WTA, pokonała rozstawioną z numerem 27 Cristinę Bucsę 6:4, 7:5 i awansowała do III rundy turnieju WTA 1000 w Pekinie.
To był dopiero drugi zwycięski mecz Sun w karierze w WTA Tour. Pierwszy rozegrała kilka dni wcześniej, gdy w swoim debiucie na tym poziomie ograła Niemkę Evę Lys – ta skreczowała przy stanie 6:1, 3:0. Z Bucsą było już trudniej. Chinka musiała się solidnie napracować: w pierwszym secie obroniła dwa break pointy, a przełamanie na własną korzyść zdobyła dopiero w dziesiątym gemie. W drugiej partii Hiszpanka doprowadziła do wyrównania 2:2, ale ostatnie słowo należało do Sun – przełamała rywalkę w 12. gemie i zamknęła mecz.
Nazwisko Xinran Sun do niedawna znali głównie kibice śledzący tenis juniorski. Jako juniorka doszła do finałów Rolanda Garrosa i Wimbledonu, a US Open wygrała – to wystarczyło, by stać się numerem jeden na świecie w rankingu juniorskim ITF. W seniorskim rankingu WTA wciąż jest notowana dopiero na 582. miejscu. Po pekińskim tygodniu ta liczba zacznie wyglądać zupełnie inaczej.
Gauff czeka w poniedziałek
Nagrodą za awans jest starcie z gwiazdą światowego formatu. W III rundzie China Open 2026 Sun zmierzy się w poniedziałek z Coco Gauff, rozstawioną w turnieju z numerem 3. Amerykanka dotarła do tej fazy po zwycięstwie nad Kolumbijką Camilą Osorio.
W Pekinie nieźle idzie też gospodyni imprezy. Qinwen Zheng, mistrzyni olimpijska z Paryża, awansowała do III rundy po meczu z rozstawioną z numerem 15 Anną Kalinską, która skreczowała przy stanie 6:7(4), 6:4, 3:0. W poniedziałek Zheng zagra z Marie Bouzkovą. Ta wcześniej pokonała Australijkę Kimberly Birrell 6:4, 6:4, mając na koncie rozstawienie z numerem 18.
China Open to turniej kategorii WTA 1000, rozgrywany na korcie twardym, z pulą nagród wynoszącą 9,415 mln dolarów. Zmagania w głównej drabince potrwają do 11 października, a triumfatorka otrzyma 1000 punktów do rankingu WTA oraz czek na sumę 1,151 mln dolarów.
„Borussia Dortmund nie rezygnuje z pozyskania Marcela Reguły” — podaje niemiecki serwis „Ruhr Nachrichten”, który wymienia 19-letniego skrzydłowego Zagłębia Lubin jako jeden z celów transferowych klubu.
Niemieckie media twierdzą, że Borussia zamierza wrócić do stołu negocjacyjnego w sprawie Polaka. „Ruhr Nachrichten” nie zostawia miejsca na domysły — klub z Signal Iduna Park ma w planach zimowy transfer Reguły.
Ta historia ma już swój ciąg dalszy. Latem Reguła był o włos od przeprowadzki do Bundesligi — Borussia Dortmund miała wtedy wysłać samolot do Polski, żeby domknąć transakcję na miejscu. Coś jednak poszło inaczej. Plany legły w gruzach na ostatniej prostej okienka transferowego, gdy władze klubu postawiły finalnie na wypożyczenie Ethana Nwaneriego z Arsenalu.
Book: najpierw ktoś musi odejść
Dyrektor sportowy Borussii Ole Book nie owija w bawełnę: zimowe wzmocnienia zależą od tego, kto wcześniej opuści klub. „Obecnie nie mamy szczególnie dużej głębi składu. Możliwe jednak, że najpierw konieczne będzie odejście któregoś z zawodników, zanim sprowadzimy nowego” — powiedział w rozmowie z „Ruhr Nachrichten”.
Dla samego Reguły to sezon pełen kontrastów. W poprzedniej kampanii ligowej zaliczył 31 występów, strzelił pięć goli i dodał pięć asyst. W tym roku, po dziewięciu meczach, ma na koncie dwa trafienia — statystyki skromniejsze, ale klasa pozostała ta sama. To właśnie ona nie uszła uwadze selekcjonera: w piątek wieczorem skrzydłowy Zagłębia zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Polski, w meczu, który Biało-Czerwoni rozbili Rumunię 6:0.
Dla Borussii Dortmund to kolejny argument, żeby nie spuszczać tematu Reguły z oczu przed styczniowym oknem transferowym.